sobota, 15 grudnia 2018

O Magazynie Literackim


Szanowni Czytelnicy!

Przepraszając za nader nieczęstą obecność na łamach Magazynu wynikającą z przyczyn zdrowotnych, pragnę zapewnić że wraz z pomagającym mi Przyjacielem będziemy starać się zagwarantować jak najwyższy poziom Magazynowi a także Czytelni i Poezji będącymi jego integralną częścią.
Nie ukrywam, że obecna formuła tj. prezentowanie obszernych fragmentów literatury z najwyższej półki tych autorów, którzy przeszli do historii poezji i prozy wnosząc do światowej spuścizny nowe style, formy i ożywcze nowości, ma na celu przypomnienie iż nikt nie rodzi się pisarzem, nikt nie stworzy przyzwoitej literatury w oderwaniu od tych którzy tworzyli przed nim, bo jak powiedział Mario Vargas Llosa odbierając w roku 2010 w Sztokholmie Nagrodę Nobla 
 
Gdybym przywołał tutaj wszystkich pisarzy, którym zawdzięczam coś albo wiele, ich cień pogrążyłby nas w ciemności

Nie wolno zapomnieć, że literatura polska jest nierozerwalnie powiązana z literaturą światową. Nieznajomość twórczości polskich pisarzy i poetów piszących przed nami, to grzech śmiertelny wobec naszego narodu dziś i przyszłych pokoleń. To stwierdzenie nie ma podtekstu politycznego, nie jest serwilizmem służącym przypochlebieniu się jakiejkolwiek opcji politycznej, to fakt. Naród który nie zna korzeni swojej literatury, jest narodem bez przeszłości i bez przyszłości, podobnie jak naród, który nie pamięta o swojej historii. Charles de Coster nie bez przyczyny tytułowany jest zaszczytnym mianem Ojca belgijskiej literatury, bowiem w powieści Przygody Dyla Sowizdrzała zwanej Biblią Flamandów, dał przykład ewolucji świadomości narodowej i literackiej. Warto o tym pamiętać nie tylko z okazji rocznic, ale przede wszystkim na co dzień.
Czy zmienimy formułę Magazynu na inną? Pracujemy nad tym pamiętając o wszystkich, którzy publikowali na naszych łamach a których zawsze serdecznie i z życzliwością zapraszamy.

Sławomir Majewski


piątek, 14 grudnia 2018

Emily Brontë

Wróciłem właśnie z wizyty u mego gospodarza, sąsiada-samotnika, z którym będę musiał utrzymywać stosunki. Okolica naprawdę piękna! W całej Anglii nie znalazłbym chyba drugiego tak odludnego miejsca. Prawdziwy raj dla mizantropów - w sam raz dla takich jak ja i pan Heathcliff. Cóż za typ! Z pewnością nie odgadł, jaką poczułem do niego sympatię od chwili, gdy na mój widok czarne jego oczy zamigotały podejrzliwie, a palce stanowczym gestem wsunęły się głębiej za kamizelkę. - Pan Heathcliff? - zapytałem. Skinął głową. - Jestem Lockwood, pański dzierżawca. Poczytywałem sobie za obowiązek złożyć panu moje uszanowanie zaraz po przyjeździe. Mam nadzieję, że nalegając tak usilnie na wynajęcie mi Drozdowego Gniazda nie sprawiłem panu kłopotu. Dowiedziałem się wczoraj, że miał pan zamiar... -
DALEJ

Jane Austen

Duma i uprzedzenie

Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony. Jakkolwiek za pojawieniem się takiego pana w sąsiedztwie niewiele wiadomo o jego poglądach czy uczuciach, owa prawda jest tak oczywista dla okolicznych rodzin, że przybysz zostaje od razu uznany za prawowitą własność tej czy innej ich córki. - Mężu drogi - zwróciła się pewnego dnia do pana Benneta jego małżonka - słyszałeś, że wydzierżawiono nareszcie Netherfield Park? Mąż odparł, że nic mu o tym nie wiadomo. - Naprawdę - zapewniała go żona. - Pani Long wpadła przed chwilą i opowiedziała mi wszystko. Pan Bennet milczał. - Czy naprawdę nie jesteś ciekaw, kto go wydzierżawił? - zawołała wreszcie zniecierpliwiona. - Ty chcesz mi o tym powiedzieć, a ja nie oponuję. Było to wystarczające zaproszenie. - No więc, mój drogi, pani Long powiada, że Netherfield wydzierżawił jakiś młody, ogromnie bogaty człowiek, skądś z północnej Anglii, że przyjechał z Londynu w poniedziałek wolantem w cztery konie, aby wszystko obejrzeć, i tak mu się spodobało, że natychmiast ugodził się z panem Morrisem i ma objąć Netherfield jeszcze przed świętym Michałem, a część służby przyjedzie już w końcu przyszłego tygodnia. - Jak się nazywa? - Bingley. - Żonaty czy kawaler? - Och, kawaler, mój drogi, oczywiście. Kawaler i to z dużym majątkiem - cztery czy pięć tysięcy funtów rocznie. Pomyśl, jakie to szczęście dla naszych dziewcząt! - Nie rozumiem. Cóż to ma z nimi wspólnego? - Ach, mój drogi! jakiś ty męczący! Myślę, że się z którąś z nich ożeni, przecież to jasne. - Czy ów pan osiedla się tutaj w tym właśnie zamiarze? - W tym zamiarze? Niedorzeczność! Ale bardzo możliwe, że się w którejś z nich zakocha, i dlatego musisz mu złożyć wizytę natychmiast po przyjeździe. - Nie widzę po temu powodów. Możesz pojechać ty z dziewczętami albo - jeszcze lepiej - wyślij je same, boć przecież jesteś równie ładna jak one i jeszcze mu się najbardziej spodobasz! - Pochlebiasz mi, mój drogi!

środa, 12 grudnia 2018

Tortilla Flat

John Steinbeck

Jest to opowieść o Dannym, o przyjaciołach Danny'ego i o domu Danny'ego. Jest to również opowieść o tym, jak Danny, jego przyjaciele i jego dom stali się nierozerwalną całością: i jeśli w Tortilla Flat mówi się o domu Danny'ego, nie ma się na myśli drewnianego szkieletu niegdyś obitego bielonymi deskami i rosnącej przed nim wybujałej dziko róży kastylskiej. Nie, gdy się mówi o domu Danny'ego, mówi się o całości, na którą składają się ludzie, ich radości i smutki, dobroć i słabości. Dom Danny'ego przypominał legendę o Okrągłym Stole, a jego mieszkańcy Rycerzy siedzących wokół Stołu. I ta opowieść przedstawia pełną historię zżycia się mieszkańców domu Danny'ego, historię rozkwitu ich Jedności i powstania potężnego i mądrego zespołu. Nie został tu również pominięty opis przygód przyjaciół Danny'ego i ich dobrych uczynków, a co najmniej ich dobrych myśli i dobrych intencji. Z opowieści tej dowiemy się także o tym, jak zginął talizman i jak rozpada się Jedność. O wszystkim tym wiedzą doskonale mieszkańcy Monterey, starego miasta na wybrzeżu kalifornijskim, i często o tym mówią, dodając wiele barwnych szczegółów. 

niedziela, 9 grudnia 2018

Apel środowiska literackiego


Minister Finansów
Teresa Czerwińska
Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Piotr Gliński
Dyrektor Instytutu Książki
Dariusz Jaworski


LIST TWÓRCÓW KSIĄŻEK DLA DZIECI
W SPRAWIE ZASAD FINANSOWANIA SPOTKAŃ AUTORSKICH

Szanowni Państwo!
 
My, polscy twórcy książek dla dzieci: pisarze, ilustratorzy i tłumacze, zwracamy się z apelem o uregulowanie zasad finansowania prowadzonych przez nas spotkań autorskich. Takie spotkania stanowią integralną i bardzo ważną część naszej pracy, służąc jednocześnie rozbudzaniu zainteresowań czytelniczych dzieci i młodzieży, wspierając ich wrażliwość, potencjały i talenty. Do niedawna nasza działalność opierała się na zawieranych przez nas z organizatorami umowach o dzieło z kosztami uzyskania w wysokości 50%. Niektórzy organizatorzy nadal podpisują z nami umowy o dzieło, jednak od pewnego czasu – zgodnie z wytycznymi Instytutu Książki – coraz częściej umowy o dzieło są zastępowane umowami zleceniami. Zrealizowane już umowy o dzieło bywają podważane – ZUS pozywa do sądu organizatorów oferujących autorom takie umowy. Zastępowanie umów o dzieło umowami zleceniami pozbawia nas możliwości stosowania 50% kosztów przychodu, podczas gdy realizacja spotkań pociąga za sobą duże i niemożliwe do uniknięcia wydatki (np. kosztowne dojazdy do miejscowości w całej Polsce, noclegi, zakup niezbędnych materiałów). Te wydatki opłacamy z własnych honorariów. Najczęściej wraz z podatkiem przekraczają one 50% kwoty umowy.  CAŁOŚĆ

William Butler Yeats

Hanrahan Rudy i inne opowiadania

Rudy Hanrahan, nauczyciel wiejski, rosły, silny, rudowłosy młodzieniec, wszedł do stodoły, gdzie w wigilię Samhain siedziało paru mężczyzn ze wsi. Była to niegdyś chata mieszkalna, a gdy właściciel wybudował sobie lepszą, połączył dwie izby i przeznaczył do przechowywania rozmaitych rzeczy. Na starym kominku płonął ogień, łojowe świece wetknięto w butelki, a na deskach, położonych na dwóch beczkach na kształt stołu, stała czarna flasza mieszcząca kwartę. Niemal wszyscy mężczyźni siedzieli wokół ognia, a jeden śpiewał długą zawiłą pieśń o człowieku z Munster i człowieku z Connacht, którzy wiedli spór o swe krainy. Hanrahan podszedł do gospodarza i rzekł: – Otrzymałem wieść od ciebie. Powiedziawszy to urwał, gdyż stary człowiek z gór, w koszuli i spodniach z nie bielonego barchanu, który siedział samotnie nie opodal drzwi, przyglądał mu się, obracając w dłoniach starą talię kart i mamrocząc. – Nie zwracaj na niego uwagi – rzekł gospodarz – to jedynie obcy, który przyszedł przed chwilą, a zaprosiliśmy go, gdyż to wieczór Samhain; sądzę jednak, że jest niespełna rozumu. Posłuchaj, a usłyszysz, co mówi. Poczęli więc słuchać i usłyszeli mamrotanie starca odwracającego karty: „Wino i Dzwonki, Odwaga i Moc; Żołądź i Czerwień, Wiedza i Rozkosz”. – Gada tak już od godziny – rzekł gospodarz, a Hanrahan odwrócił oczy od starego, jak gdyby nie chciał nań patrzeć. – Otrzymałem wieść od ciebie – rzekł ponownie Hanrahan. – Powtórzył mi posłaniec: „Jest w stodole wraz z trzema krewniakami z Kilchriest, a jest też z nimi paru sąsiadów”. – Oto mój krewniak, który pragnie cię widzieć – rzekł gospodarz i przywoławszy młodzieńca w sukiennej kapocie, słuchającego pieśni, powiedział: – Oto Rudy Hanrahan, dla którego masz zlecenie. – Zaiste, miłe to zlecenie – powiedział młodzieniec – gdyż przesyła je twoja miła, Mary Lavelle. – Jak otrzymałeś zlecenie od niej i skąd ją znasz?  DALEJ


Lapis

MALCOLM LOWRY

LAPIS



Wcześnie rano mężczyzna opuszcza portową knajpę, morze pachnie mu w nozdrzach, ma flaszkę whisky w kieszeni, i sunie lekko po bruku jak okręt, który opuszcza przystań. Natychmiast wpada w burzę, chwieje się na wszystkie strony i szaleńczo próbuje wrócić. Nie trafia już teraz do żadnego portu. Wchodzi do następnej knajpy. Wynurza się stamtąd misternie podreperowany, ale ponownie wpada w tarapaty. Tym razem jest gorzej: omal nie potrąca go tramwaj, zderza się z murem i potyka o kubeł na śmiecie, do którego wrzucił butelkę. Przechodnie przypatrują mu się, jedni oburzeni, inni uśmiechnięci, a niektórzy patrzą nań nawet z niejaką lubością. Teraz usiłuje zakotwiczyć się w zaułku; z miną strapioną opiera się o mur, jakby coś sobie przypomniał. I raz jeszcze zaczyna się pielgrzymka, lecz jej trasa jest tak nieokreślona, że wydaje się, iż jest raczej poszukiwaniem czegoś, a nie próbą przypomnienia. A może tak, jak ten biedny kot, który w bójce stracił oko, mężczyzna szuka po prostu swego wzroku? Nad chodnikami unosi się żar - potężna moc; nad nim, wokół, pod nim jęczy i ryczy Nowy Jork; białe ptaki łyskają w drgającym powietrzu, most rozkracza się nad rzeką. Kiwają do niego odległe reklamy: „Najlepsze i najtańsze", „Romeo i Julia - największa historia miłosna świata", „Nigdy nieubezpieczony", „Kiedy nadchodzi, uderza ból"... Wchodzi do następnej knajpy, gdzie niebawem zaczyna opowiadać o ludziach, których nigdy nie znał, o miejscach, których nie widział. Przez otwarte drzwi czuje obecność szpitala, który wznosi się nad rzeką. Nieopodal niego, nad spluwaczkami, kulą się aroganckie brodate twarze i wygląda na to, że się ich boi. Pot zlewa mu czoło. Z głębi knajpy słychać jęki i tykanie zegara. Na ulicy pielgrzymka zaczyna się od nowa; wędruje od baru do baru, jakby czegoś poszukiwał w kręgu ciągle widocznego szpitala, jak gdyby bary były jedynie punktami na jakimś obwodzie. Na ulicy przybrzeżnej, gdzie słychać dzwony, zatrzymuje się; straszna stara kobieta w czarnym welonie, który tylko częściowo zakrywa jej zniszczoną twarz, usiłuje wrzucić list do skrzynki pocztowej - próbuje kilkakrotnie, aż wreszcie wrzuca list drżącymi rękami, które wcale nie są podobne do rąk. Przychodzi mu do głowy dziwna myśl: ten list jest do niego. Pociąga łyk z butelki. Na Elevated wieje błogi wiaterek; stamtąd widać rzekę, lecz on chodzi, jakby pokonywał przeszkody, albo jak Ahab błądzący z jednej strony na drugą kołyszącego się mostka, „czując, że okiem swym obejmuje oceany, z których wyłonić się może ten jego upiorny niszczyciel". Na dole, na ulicy żar jest straszliwy. Migotają skrótowe nagłówki: „Tysiące mdleją podczas fali upałów: setki umierają", ,,Roosevelt pomstuje na podżegaczy wojennych", „Wojna domowa w Hiszpanii". Wchodzi do kościoła, usta mu się ruszają w czymś modlitwopodobnym. W środku jest chłodno; na ścianach obrazy drogi krzyżowej. Zdaje się, że nikt nie patrzy. Szczególnie w kościele lubi sobie popić. Lecz później dochodzi do miejsca zupełnie niepodobnego do kościoła. Jest to szpital; cały dzień krążył wokół niego, teraz ma go przed sobą bliżej niż kiedykolwiek. To jego cel. Przytykając butelkę do ust, pije długo: krople spływają mu po szyi, mieszają się z potem. - Chcę usłyszeć pieśń Murzynów - wrzeszczy. - Veut-on que je disparaise, que je plonge, a la recherche de l'annesu... Jestem wysłany, by zbawić ojca, znaleźć syna, wyleczyć wieczną okropność trójcy, rozwiązać nieuleczalną okropność sprzeczności!


sobota, 8 grudnia 2018

Karol Hubert Rostworowski

Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Pod wpływem rodziców zaczął studia rolnicze w Halle, które rzucił w 1900 r. Rok później rozpoczął naukę gry na fortepianie i kompozycji w lipskim konserwatorium. W 1907 r. studiował filozofię w Berlinie. Podróżował do Włoch i Francji. W 1908 r. zamieszkał w Czarkowach nad Nidą, a po wybuchu I wojny światowej - w Krakowie. Po 1920 r. rozpoczął współpracę z "Głosem Narodu", związał się z Narodową Demokracją. W latach 1933-1937 był członkiem Polskiej Akademii Literatury, a w latach 1934-1937 reprezentował Stronnictwo Narodowe jako radny krakowski.  DALEJ


William Saroyan

TRACY I JEGO TYGRYS


Rozdział 1

Thomas Tracy miał tygrysa. A właściwie czarną panterę, lecz to bez znaczenia, ponieważ uważał ją za tygrysa. Pantera miała białe zęby. Oto w jaki sposób Tracy dostał swego tygrysa: Kiedy miał trzy lata i uczył się nazywać rzeczy, usłyszał, że ktoś woła: Tygrysie! Tracy nie wiedział, co to znaczy, ale zapragnął mieć własnego tygrysa. Pewnego dnia, chodząc z ojcem po mieście, zobaczył coś dziwnego w oknie rybnej jadłodajni. - Kup mi tygrysa – powiedział. - To jest homar – wyjaśnił ojciec. - W takim razie nie chce go – odparł chłopczyk. Kilka lat później Tracy poszedł z matką do zoo i ujrzał prawdziwego tygrysa zamkniętego w klatce. Z pewnością tamto zwierze można było nazwać słowem, które chłopiec tak dobrze zapamiętał, ale to nie był jego własny tygrys. Przez wiele lat Tracy oglądał w słownikach i encyklopediach ilustracje przedstawiające rozmaite zwierzęta; widywał je także na obrazach i w filmach. Były wśród nich dumnie kroczące pantery, lecz Tracy nigdy nie przypuszczał, że któraś z nich stanie się jego tygrysem. Pewnego dnia wybrał się do zoo. Miał wówczas piętnaście lat; palił papierosy i oglądał się za dziewczynami. Wtedy to niespodziewanie stanął oko w oko ze swoim tygrysem. Okazała się nim pogrążona we śnie czarna pantera. Zbudziła się natychmiast, uniosła głowę i spojrzała na Tracyego; powstała, wydała pomruk właściwy panterom, co zabrzmiało jak ‘grrr’, i zbliżyła się do rogu klatki. Przez chwilę przyglądała się chłopcu, a następnie ruszyła ku podwyższeniu, na którym przedtem spała. Ułożyła się tam ociężale i popatrzyła w dal, a spojrzenie jej biegło w przestwór lat i odległości tak długo i daleko, jak lata i odległości istnieją w przestworzach. Tracy stał przy klatce, obserwując czarną panterę. Patrzył na nią przez całe pięć minut, potem wyrzucił niedopałek papierosa, odchrząknął, splunął i opuścił zoo. - To jest właśnie mój tygrys – powiedział. Nigdy już nie wrócił, żeby popatrzeć na swego tygrysa; wcale nie było mu to potrzebne. Miał go. Miał go na własność, bo przez pięć minut obserwował tamto zwierzę patrzące w dal z obojętnością i dumą – jak to zwykle tygrysy. DALEJ

John Galsworthy - Saga Rodu Forsyte



Była godzina piąta po południu. Lipcowe słońce, oświetlając hali w Robin Hill poprzez grube okno w suficie, rzucało plamę blasku akurat na zakręcie szerokiej klatki schodowej. Pośrodku tej smugi świetlnej stał mały Jon Forsyte w błękitnym płóciennym ubranku. Włoski gorzały mu w tym oświetleniu; gorzały i oczy pod zmarszczonymi brewkami, bo oto malec - jak to już czynił niezliczone razy w oczekiwaniu na przyjazd ojca i matki - zastanawiał się, w jaki sposób po raz ostatni zejść schodami na dół. Czy przebyć cztery schody jednym skokiem, a pięć dalszych... na siedzeniu? To już przestarzałe! Po poręczy? Ale jak? Na buzi, nogami w przód? To już bardzo przestarzałe! Na brzuszku, boczkiem? Do niczego! Na plecach z rozkrzyżowanymi w dwie strony ramionami? Nie wolno! A może na buzi, głową w przód, w sposób nie znany dotąd nikomu poza nim samym?... Taki był powód zmarszczki na rozjaśnionej słońcem twarzyczce małego Jona... W owym czasie - to jest w lecie 1909 roku- różne prostoduszne istoty, noszące się właśnie z myślą uproszczenia mowy angielskiej, nie wiedziały nic, rzecz prosta, o małym Jonie, w przeciwnym bowiem razie przyznałyby się doń jako do swego ucznia. Jednakże na tym świecie można wszystko aż nadto uprościć - bo oto prawdziwe imię chłopca brzmiało Jolyon, a jego żyjący ojciec i zmarły brat przyrodni z dawna już zagarnęli dla siebie dwa inne skróty: Jo i Jolly. Trzeba nadmienić, że mały Jon uczynił, co w jego mocy, by zgodniej z powszechną wymową nadać swemu imieniu najpierw formę Jhon, później zaś John; formę Jon /przyswoił sobie dopiero wówczas, gdy ojciec wytłumaczył mu, że jest to konieczne. Ojciec posiadał dotąd tylko część jego serca - część nie zajętą przez stajennego Boba, co grywał na harmonii, i przez niańkę zwaną ,,Da", która w niedziele i święta przy odziewała fioletową sukienkę, a w życiu prywatnym, jakie dorywczo prowadzą i słudzy domowi, nosiła nazwisko Spraggins. Matka ukazywała się chłopcu jedynie na podobieństwo zjawy sennej - cudownie pachnąca, gładziła mu główkę przed samym zaśnięciem i czasami przycinała jego złotobrązowe włoski. Gdy sobie rozbił czoło o piec w dziecinnym pokoju, przyszła zatamować krew, a gdy dręczyły go złe sny, siadała na łóżku i tuliła główkę chłopca do swej szyi. Była mu droga, ale daleka, ponieważ „Da" była tak bliska, a w sercu mężczyzny trudno naraz pomieścić więcej niż jedną kobietę. Z ojcem, naturalnie, łączyły go też więzy szczególnej wspólnoty - mianowicie mały Jon roił sobie, że gdy dorośnie, zostanie również malarzem, z tą tylko maleńką różnicą, iż nie będzie malował obrazów jak ojciec, ale ściany i sufity, stojąc na desce pomiędzy dwiema drabinami, przepasany zapaćkanym fartuchem i owiany miłym zapachem świeżego wapna... Poza tym ojciec brał go z sobą do Richmond Park, gdzie chłopak mógł jeździć na kucyku, zwanym dla swej maści Myszką. Mały Jon urodził się ze srebrną łyżką w buzi - może trochę za wielką i zbyt wygiętą. Nie zdarzyło mu się słyszeć, by ojciec lub matka zwracali się gniewnie czy to do siebie, czy do niego, czy do kogokolwiek innego; stajenny Bob, kucharz, Jane," Bella i reszta służby a nawet „Da"- jedyna osoba nakładająca mu pewne hamulce - zwracając się do niego mieli szczególny ton głosu. Jon był przeto święcie przekonany, że świat jest siedliskiem doskonałej a nie ustającej uprzejmości i swobody. Świadomość Jona - dziecka 1901 roku - zaczęła się kształtować właśnie wtedy, gdy jego ojczyzna po owym przykrym ataku szkarlatyny, jakim była wojna z Burami, przygotowywała się do liberalnego odrodzenia przypadającego na rok 1906.     DALEJ

Dom duchów

Isabel Allende Llona

Mojej matce, babce i innym niezwykłym kobietom występującym w tej opowieści

Barrabas przyjechał do nas drogą morską, zapisała delikatną kaligrafią mała Clara. Już wówczas miała zwyczaj zapisywać rzeczy ważne, później zaś, gdy zaniemówiła, zapisywała również błahostki, nie podejrzewając, że w pięćdziesiąt lat później posłużę się jej zeszytami, by przywrócić pamięć o tamtej epoce i przetrwać czasy trwogi, które nadeszły. Barrabasa przywieziono w Wielki Czwartek. Siedział we wstrętnej klatce pokryty własnymi ekskrementami i moczem i spoglądał zagubionym wzrokiem nędznego i bezbronnego więźnia, lecz po królewskim sposobie trzymania łba i rozmiarach kości można było się domyślić, że wyrośnie na owego legendarnego giganta, jakim stał się później. Rankiem tego dnia panowała senna, przypominająca jesień atmosfera, toteż nic nie zwiastowało wydarzeń, które opisała dziewczynka, aby nie poszły w niepamięć; miały one miejsce podczas sumy w kościele św. Sebastiana, w której wzięła udział wraz z całą rodziną. Figury świętych przykryto na znak żałoby fioletowymi płachtami, które jak co rok o tej porze dewotki powyciągały z szafy w zakrystii i odkurzyły, i pod żałobnymi prześcieradłami królestwo niebieskie wyglądało jak stos mebli przed przeprowadzką - tego żałosnego efektu nie mogły zrównoważyć ani świece i kadzidło, ani jęki organów. Zamiast pełnokształtnych świętych z identycznymi twarzami cierpiętników, w wyszukanych perukach z włosów zmarłych, rubinach, perłach, szmaragdach z malowanego szkła i strojach florenckiej szlachty, widać było sterczące groźnie ciemne, zamazane sylwetki. Jedynym, któremu żałoba wychodziła na korzyść, był patron kościoła, św. Sebastian, ponieważ podczas Wielkiego Tygodnia oszczędzano wiernym widoku jego nieprzyzwoicie wygiętego ciała, przeszytego pół tuzinem strzał, ociekającego krwią i łzami niczym cierpiący homoseksualista, którego rany, cudownie świeże dzięki pędzlowi ojca Restrepo, budziły w Clarze wstręt.   DALEJ

wtorek, 4 grudnia 2018

Matka z rozstępami

Nie wiem kiedy dorosłam. Nie spodziewałam się, że któregoś dnia stanę przed lustrem i spojrzę sobie w twarz z myślą: Co się z Tobą stało? Stoisz tu w dresie i bez makijażu, z cellulitem przyklejonym do każdej części Twojego ciała i rozstępami szerokości łyżeczki do herbaty. Miało być inaczej. W tym wieku miałam mieć plan na życie, pasmo spełnionych marzeń za sobą, pokaźną sumę uzbieraną na koncie... Miałam też być szczęśliwą żoną z własnym mieszkaniem; choćby na kredyt. Wiesz... kot, pies, gromadka dzieci, plotki z przyjaciółkami ( w tym malowanie paznokci przy kawie i objadanie się szarlotką, która nie odkłada się w biodrach), ciekawą pracę wykonywaną z pasją i entuzjazmem. Myślałam, że w tym wieku będę niezależna, elegancka, nienapiętnowana cellulitem i rozstępami. Nawet paznokci nie pomaluję bo obgryzam. I tutaj w myśl wdziera mi się tekst piosenki, znienawidzonego od lat, Martyniuka: „Jak do tego doszło, nie wiem. Nie mogę jeść, nie mogę spać..." Zaraz, zaraz. Stop.   DALEJ



Czekamy na kontakt Autorką
 


Zima


(...) Pamiętam zimę z puszkiem, gdy zachorowałam, mama wiozła mnie na sankach do lekarza, bo tylko tak można było. I taką, jak złamałam sobie rękę, wchodząc pod górkę do szkoły rano, a później biegałam szczęśliwa z gipsem po krzesłach w domu. Ale też, jak czułam zimy lód w tunelu, który wyrobił dziadek na podwórku, żeby przechodzić. Cały ogród wyglądał jak igloo.



Czekamy na kontakt Autorką
 

Poczta Literacka

Bohdana Wrocławskiego


DALEJ