czwartek, 24 listopada 2011

Naga kobieta leżąca na brzuchu

Collage Sławomir Majewski. Copyright by Sławomir Majewski



W marcu ulotnili się spod kurateli rodziców i od tej pory bezskutecznie szukali mieszkania tułając się po strychach, piwnicach i przybudówkach u przyjaciół z ogólniaka. Odwiedzili dziesiątki adresów z ogłoszeń ale zazwyczaj już na progu oświadczano im kategorycznie, że oferta jest nieaktualna. Mieli po osiemnaście lat i żyli na kocią łapę więc nic dziwnego, że wzbudzali uzasadnione podejrzenia co do swoich zasad religijnych a szczególnie do swojej wypłacalności. Byli wypłacalni.
W lipcu poszli na dyskotekę, na której poznali dwóch studentów medycyny z Kongo. Zamieszkali z nimi w akademiku, śpiąc na wolnym łóżku. Nie przejmowali się, że tamci każdej nocy ich podglądają. Podniecało ich to więc kochając się zrzucali kołdrę na podłogę. Niech sobie patrzą.
Żeby uniknąć dociekliwości portierek, Marcel każdego ranka wyskakiwał przez okno w kiblu na parterze i biegł do pracy przez morenowe wzgórza. Ona do dziesiątej leżała w łóżku paląc papierosy i rozwiązując krzyżówki, potem bez skrępowania ubierała się przy współlokatorach i szła do przyjaciółek-mężatek, zazdroszcząc im bobasów, nowych kiecek i złotych obrączek.

Pod koniec października Berenika obwieściła Marcelowi
- Kochanie, chyba mamy mieszkanie! I opisała mu spotkanie z przyjaciółką jej zmarłego ojca, artystką, dodając że kobieta mieszka sama w ogromnej, secesyjnej willi na tych morenowych wzgórzach niedaleko Jaśkowej Doliny.
- Więc do pracy będziesz mieć tylko parę minut autobusem. Ubierz się elegancko, wieczorem do niej idziemy.

Przyszli z różą zerwaną z trawnika na rogu ulic Partyzantów i Topolowej. Kobieta uściskała ich serdecznie a prowadząc do salonu zaproponowała herbatę z pigwy, ciasteczka sojowe i wino z owoców morwowca. Jak prawdziwa artystka opasywała głowę zrolowaną apaszką a do brudno-beżowej kiecki po kostki, nosiła koronkowe bolerko z brudno-zielonej włóczki i holenderskie saboty. Była ciut po pięćdziesiątce.
Pogryzając niesmaczne ciasteczka, opisali jej swoją sytuację i nadludzkie starania wynajęcia czegokolwiek: wertowanie gazet, tułaczki pod najodleglejsze adresy Trójmiasta, kończąc na opisie dwu par afrykańskich oczu.
- No bo dla nich taka biała dziewczyna... Pani rozumie.
Artystka rozumiała.
- No ale ja się im wcale nie dziwię, Bereniko. Przecież jesteś nad wyraz piękna.
Proszę panią, każdy facet się na nią gapi, nie tylko ci Murzyni.
- Mówmy sobie po imieniu, dobrze? Zaproponowała Hanna.
Zgodzili się.
- A pamiętasz, kochanie, jak cię kiedyś prosiłam żebyś mi pozowała?
- Oczywiście, Haniu. Oczywiście, że pamiętam.

Kilka lat temu błądząc ot tak, bez celu po uliczkach starego Wrzeszcza, Berenika spotkała panią Hoffman wracającą ze sklepu. Odniosła jej ciężkie zakupy i w rewanżu została zaproszona na greckie wino. Wspominając ojca Bereniki, oglądały albumy z dziełami Toulouse-Lautreca, Egona Schiele, Balthusa i Łempickiej. Przeszły do pracowni.
Berenika patrzyła na malowidło z nagą, perwersyjnie wygiętą dziewczyną, kiedy pani Hoffman objęła ją za szyję i mówiąc
- Jesteś tak piękna, że koniecznie musisz mi pozować, kochanie...  I zaczęła ją namiętnie całować miętosząc piersi i sięgając pod spódniczkę. Zaskoczona i trochę pijana Berenika poddała się. Była prawie północ kiedy wytrzeźwiała, ubrała się i wyszła z willi zastanawiająca się, co powie matce i siostrze.

- Ależ naturalnie że pamiętam, powtórzyła Berenika i zadeklarowała, że chętnie będzie pozować gdyż ostatnio często chodzą z Marcelem do muzeów i rozmaitych galerii sztuki, więc doskonale rozumie potrzeby artystów.
- To jasne, że artysta potrzebuje modela. I niekoniecznie jako wzór. Czasami tylko do kontemplacji, jako natchnienie prawda, Haniu?
- Wspaniale to ujęłaś kochanie, powiedziała rozpromieniona artystka i ze słowami 
- A teraz pokażę wam wasze lokum, zaprowadziła ich do wielkiego pokoju z oknami wychodzącymi na ogromne, stare modrzewie. Z naciskiem podkreśliła, żeby nie zawracali sobie głowy czynszem.
- Po pierwsze, na biednego nie trafiło a po drugie, to nie pieniądze się liczą, tylko sztuka i miłość.
Przeszli do pracowni żeby obejrzeć jej obrazy, głównie kobiece akty, choć zobaczyli też kilka martwych natur, ptaszka w klatce i zagłodzoną dziewczynkę z balonikiem. Wszystko w tonacjach brudno-beżowo-zielonych, jak przyodziewek malarki.

Marcel wstawał o piątej rano, zjadał kanapkę popijając zimnym mlekiem i całował śpiącą Berenikę. Nie spieszył się, bo do pracy miał tylko dziesięć minut autobusem. Wychodząc cichutko otwierał i zamykał za sobą ciężkie drzwi, choć rozległe przestrzenie willi wykluczały aby mógł kogokolwiek zbudzić. Był szczęśliwy, że nareszcie mają kąt dla siebie i że będą mogli go urządzić tak, jak zechcą.
Berenika zazwyczaj spała do dziesiątej; leżąc wypalała papierosa i rozwiązywała krzyżówkę albo odrzucała kołdrę i wpuszczała do łóżka Hanię. Kochały się a potem robiły śniadanie i szły do pracowni, gdzie Berenika najpierw pozowała a później kładła się na otomanie i znowu poddawała namiętnym pieszczotom .
W połowie grudnia okazało się że Berenika jest w czwartym miesiącu ciąży, o czym nie miała najmniejszego pojęcia. Nie mdliło jej, nie wymiotowała, nie miała kaprysów. Wprawdzie jadła nieco więcej, niż zwykle, no ale przecież żyli bez stresów. Ucieszyli się z tej ciąży. Szczególnie wniebowzięta była Hania, której córka wyemigrowała do Kanady z jakimś profesorem z Politechniki i od lat nie dawała znaku życia.
- Nawet nie wiem czy już jestem babką, czy nie. No ale nic to, kochani. Teraz będziemy mieli dzidziusia.

W drugiej połowie maja Berenika urodziła śliczną, zdrową dziewczynkę. Dali jej na imię Kasia, żeby było po staropolsku. Gdy kilka dni po połogu Hania przywiozła wymęczoną Berenikę razem z Kasią zakutaną w różowy pled, zaskoczony Marcel wzniósł brwi na widok koloru córeczki. Dziewczynka była czarna jak sierpniowa noc nad Kongo.
- Dziecko, to dziecko. Trzeba je kochać bez względu na kolor skóry, Marcelku, powiedziała łagodnie acz stanowczo Hania.
- To który z nich jest ojcem?
Berenika wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Albo jeden albo ten drugi.