piątek, 18 listopada 2011

PRACOWNIA

Brama prowadząca do "Pracowni" z ulicy Jana z Kolna
Fot. Ewa Domarecka All Right Reserved

Ewie za miłość
Wojtkowi Mazurowi - za 40 lat przyjaźni


A pewnego razu, to wzięli i posadzili mnie z prac ręcznych, śpiewu i W.F. na drugi rok. Kiedy 1 września zasiadłem w ławce piątej klasy, weszło dwu wysokich chłopaków - Wojtek Mazur i  Bartek Michałowski, syn gdańskiego malarza, którzy też oblali i relegowano ich z macierzystych szkół za jakieś tam nieważne drobiazgi. Ponieważ obaj byli równie wysocy jak ja, zacząłem się obawiać o mój prymat nad klasą, więc na przerwie poszedłem z nimi za szkołę zapalić, choć wtedy nie paliłem i musiałem udawać, że palę. Do klasy tego dnia nie wróciliśmy, tylko poszliśmy na Starówkę i tak się zaczęła ta nasza przyjaźń, która z Wojtkiem łączy mnie do dziś, mimo upływu 40 lat.

____________________________


Pracownia mieściła się przy ulicy Jana z Kolna w olbrzymim podwórzu odrapanych z tynku kamienic, postawionych na początku 1907 roku. Słowo „pracownia” w odniesieniu do tej maleńkiej komórki, dawnego składziku czy piwniczki pasuje jak kurwie aureola - nobilitująco. Wspomnienia zazwyczaj nobilitują, a to przecież są wspomnienia, więc mają właściwości nobilitujące. Jakby powiedział Konfucjusz: „Prawdziwe historie istnieją tylko dzięki fikcjom”, więc znajdziesz tutaj nieco fikcji, ale tylko w ilości niezbędnej dla zaistnienia prawdy. A poza tym, mój Drogi, kto to słyszał żeby zupę żółwiową robić z żółwia? Jest na głowiźnie, więc sam rozumiesz.
Jana z Kolna biegnie równolegle do murów okalających Stocznię imienia Lenina. To była od zawsze ulica na wskroś robociarska, czego sąsiedztwo Stoczni oraz architektura i nazwa sąsiedniej ulicy - Robotnicza - dowodzą najlepiej. Dowodzą też, że stoczniowiec od zawsze zapierdalał ciężko, zarabiał mało, przy tym żarł byle co, a pił - jak żarł. No i umierał, jak pił i żył. „A cóż jest śmierć? Świerszczem jeno” zapisał Johan z Quito w swoim „Bestiarium”.
Na Jana z Kolna nie czytało się poezji; tu się mieszkało, kopulowało, spało, chlało i kradło, w wolnych chwilach bijąc matki, żony, kochanki i dzieci a czasami mordowało sąsiada czy zbłąkanego wędrowca. Dla flaszki, zegarka albo ot, z nudów i dla draki, żeby fajno było. I fajno było.
Wchodziłeś w mroczną, zaszczaną bramę omijając śmietniki, pijaczków i parszywe kundle, wychodziłeś na zalaną słońcem przestrzeń brudnego piachu, otoczonego z trzech stron niebotycznymi ścianami z cegieł wydrylowanych z tynku. Na tym piachu wyrosło wbrew zawieruchom losu kilka olbrzymów-kasztanowców, kępki rachitycznych traw i jakieś krzewy samosiejki. Śnieguliczki? Może śnieguliczki, a może forsycje; cholera je tam wie. Z okien zwisało szaro-bure pranie, spod niego wyglądały dziwne twarze: damskie, opatrzone tlenionymi, natapirowanymi kokami albo męskie, rodem z katalogu zboczeń a wszędzie uwijały się hordy rumianych jak śledzie dzieciaków. Tylko po wrzaskach i oszalałym galopie można je było odróżnić od tych, które zdążyły powiększyć grono aniołków na pobliskim cmentarzu dziecięcym przy Oliwskiej Bramie.
Gdzieś tak na jesieni 1969 roku Wojtek otrzymał ksywę „Filip”, która była wynikiem reakcji uczuleniowej na tekst jaki kiedyś wygłosił. Mówił o sztuce, a staliśmy wtedy w klatce schodowej przy Podwalu Staromiejskim 109/112/C, pijąc z butelek owocowe wino za dwadzieścia jeden złotych plus dwa zety na SFOS czyli Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy. Prawdą jest, że w „przedmiocie odbudowy Stolycy” sporo dołożyliśmy do cegieł i zaprawy, więc w dowód wdzięczności Warszawiacy powinni się nam zrewanżować, nazywając jakąś stołeczną, maciupką uliczkę albo zaułek „Ulica Chłopaków z Gdańskiego Podwala” czy „Zaułek Chłopaków z Gdańska”. No, mniejsza; obejdzie się. Bóg z nimi!
Ten tekst, który cudownie zamienił Wojtka na Filipa dotyczył Caravaggio, ale że piliśmy tanie owocowe wino, więc to nie była właściwa chwila ani kompania żeby gadać o pacykarzach, nawet największego kalibru; chłopaki nie byli na takie teksty duchowo przygotowani.
- Wyrwał się, jak Filip z konopi! Zarechotał Andrzej Bejnarowicz a jego starsi bracia - Jasio i Stasio i reszta koneserów w składzie: spec od tatuaży Kuba Sobusiak, moja miłość - malutka, ale fantastycznie cycata Renata Różańska, nieodstępna przyjaciółka Irka Mankiewicz, stateczny żartowniś Jurek Kłobucki, maślakowaty w działaniu Marian „Zielonka” oraz ja - przyjaźnie zawtórowaliśmy. I tak się porobiło, że właśnie w owej mistycznej chwili Wojtek przestał figurować w rejestrach niebieskich jako bezkształtny, prozaiczny Wojciech, a narodził się artysta uskrzydlony jak Pegaz - Filip. A później, w czas nieodległy od wydarzenia wyżej opisanego, Filip doznał porażenia na widok mumii księżniczki egipskiej, którą zobaczył w Muzeum Archeologicznym na pięknej ulicy Mariackiej. Księżniczka była z ważnej dynastii ale bezimienna, za to tu i tam, po egipsku, kolorowo malowana i Filip zobaczył, „jak się te kolory na niej kochają”. Nie zmyślam, tylko cytuję, bo tak właśnie powiedział. No, a jak zobaczył namiętny seks tych kolorów, to go poraziło i w tamtej chwili ostatecznie, na wieki wieków amen, stał się Malarzem.
Noż, kurwa! Czy ja nie napisałem wyraźnie, że to właśnie w tamtej chwili stał się malarzem? Napisałem wyraźnie! Dlaczego to takie istotne? Bo właśnie od tamtej chwili Filip już niczego innego nie robił, tylko malował. Oczywiście, jeszcze jadł, defekował i szczał; pił, palił, pieprzył dziewuchy, chodził na spacery śpiewając pod nosem „Słońce, słońce w ramionach...”, wariował, dyskutował i robił wiele różnych, bardzo fajnych i całkiem do dupy rzeczy, ale tak naprawdę nie robił niczego innego, tylko malował. A jak nie malował, to szkicował to, co miał zamiar namalować.
Napisałem, w którym momencie Filip stał się malarzem bo kiedyś, kiedy już umrze i będzie zupełnie nieżywy, zechcą o nim pisać w ważnych gazetach. I będą jak te głupie zamieszczać fotografie jego obrazów i jego samego na tle jakichś sosen, paproci, grzybów i fikusów. Jego samego albo z żoną Zosią, synem Krystianem, córkami Anią i Marysią a nawet (co nie daj Bóg!) na tle jakichś modelek, gołych i z cycami na wierzchu; jak siorbał żurek albo karmił łabędzia na Motławie; gruntował płótno, chlał ze mną wódkę a hordy nikomu nieznanych kutasów będą się chwalić znajomością z nieboszczykiem-artystą. Będą o nim mówić: „Nieboszczyk był moim serdecznym Przyjacielem” albo „Pamiętam, że to ja wskazałem mu właściwy kierunek” oraz „W tym oto parku oddałam się Mistrzowi”, a jakiś komornik powie ze łzami w oczach: „Ja panu Wojciechowi umarzałem, bo on twórca był!” I wtedy na pewno jakieś mendy napiszą w pośmiertnych panegirykach na cześć Wojciecha-Filipa coś w tym stylu: „Już od dziecka mały Wojtuś pragnął zostać malarzem, jak ten pan Rembrandt”, a ja wówczas (o ile dożyję) będę musiał wziąć i iść i wystrzelać jednego z drugim skurwysyna po pyskach, a po co mnie na stare lata policja na karku i kłopoty z sądami? Czy ja mam za mało problemów z astmą, osteoporozą, zawrotami głowy, byłymi żonami i kochankami? I kochankami kochanek? Ech!
Więc Filip był malarzem już ładny kęs czasu i zdawało się, że nie brakło mu niczego, jak temu panu w Psalmie 23. Ale to nieprawda - brakło mu pracowni, bo w jego mieszkaniu Nr 4/a poza nim, co oczywiste, była jeszcze Mama Wojtka zwana familiarnie Panią Bożeną i Wojtka Babcia - nobliwa Madame Salomea, przez uszanowanie określana jako Babcia Wojtka. Madame Salomea w Grudniu 1970 roku na widok strzelających czołgów dostała udaru i po tym wszystkim już tylko patrzyła bezradnie w sufit w oczekiwaniu na masaż odleżyn, owsiankę i przewijanie. Była jeszcze Ewa-poetka o drżącym, nieśmiałym głosie, przez Wojtka określana lakonicznym: „moja Siora” oraz ich pies, biały szorstkowłosy kundel o głębokomorskim imieniu Meduza.
Wyłącznie z obywatelskiego obowiązku informuję stosowne Organa, że poza wymienionymi powyżej lokatorami na metrażu mieszkania numer 4/a nielegalnie przebywał najprawdziwszy, posrebrzany tulski samowar z wtopionym nad kurkiem wianuszkiem najprawdziwszych carskich, złoconych medali. Medale nie były za odwagę czy wojnę z Japończykiem w 1905, tylko za nad wyraz piękne kształty samowara. Wprawdzie od lat siedemdziesiątych nie było wichrów wojny (poza tą ruchawką jaruzelską w osiemdziesiątym pierwszym), ale i tak samowar poooooszedł się jebać razem z kurkiem i medalami, a gdzie - nie zgadniesz!
Kochany, ja wiem i Ty wiesz, że jak się wtedy nie miało pracowni i co najgorsze, pieniędzy na jej wynajęcie, to albo się szło do lasu na Oliwską Bramę i wieszało na buku mając przed oczyma niezapomniany widok na Stocznię i dźwigi, albo (jak ten uprzejmy student Raskolnikow) zabijało się jakąś lichwiarkę czy inną bogobojną niewiastę żeby zdobyć pieniądze i poczesne miejsce w pitavalach. No, a w najgorszym przypadku to się szło do roboty w tej piekarni Starego Pellowskiego, rodzonego ojca naszego szkolnego kolegi Grześka tam, przy zbiegu Podwala Staromiejskiego i Igielnickiej albo tam, na ulicę Czopową do firmy „Dagoma”, układać świeżutkie jabole w drewnianych skrzynkach. Ale tak czynili w owych pięknych czasach tylko degeneraci a nie ludzie sztuki. Wszyscy, ale na pewno nie Filip, malarz obrazów na płótnach.
Zapytasz Szlachetny Podróżniku, co w tej sytuacji zrobił Filip? Ano, wziął ci on i pogadał z sąsiadami i dali mu oni pozwolenie na pacykowanie, picie wina, dymanie dziewuch i robienie różnych innych fajnych rzeczy w ichnim składziku pod kasztanowcem, a wszystko bezpłatnie i bez ograniczeń etyczno-moralno-prawnych. Była wtedy piękna wiosna ubiegłego, dwudziestego wieku, rok mniej więcej 1973, kiedy to w najlepsze kwitły sobie pospołu: kasztanowce, komunizm i beznadzieja.
Pracownia wyglądała jak brudny grzyb i tkwiła zaraz na lewo od wylotu bramy; ot, przybudóweczka z ciemnoczerwonej cegły z daszkiem krytym papą. Miała drzwi z desek i skobel z kłódką zamiast Yale, a okrywał ją miłym cieniem gigantyczny kasztan, rozpościerając wspaniałe konary. Wchodziłeś pochylając głowę i schodząc po trzech obitych z cementu schodkach już byłeś w środku na wspaniałej, ruchomej podłodze z ceglanego gruzu, a tam czekały na ciebie: stęchlizna, mysie odchody i smród kocich sików. Wewnątrz panował cudowny rembrandtowski półmrok, bo Filip natychmiast zamalował wapnem okno, gdyż zaczynało się na poziomie gleby ukazując wyłącznie brudny piasek, pobite flaszki i dżdżownice wijące się beztrosko wśród perzu. W kąciku wprawdzie był jeszcze otwór wentylacyjny czyli wakans po dwu cegłach ale przez ten wakans można było zobaczyć co najwyżej kawałek nieba, potrzaskane tynki, szczającego menela albo - jak się miało fart wieczorową porą - jak w mieszkaniu na parterze ładniutka szesnastolatka stoi w wannie pokazując cycki. Resztę dzieweczki można sobie było powyobrażać, więc plan amerykański wcale nam nie wadził.
Oczywiście, kiedy Filip raz wszedł do piwniczki, to już z niej nie wyszedł aż przemienił ją wapnem i miotłą, młotkiem i piłą, wodą i proszkami w prawdziwe atelier prawdziwego malarza, takie ze sztalugami, kasetami na farby i pędzle, półkami na butle z terpentyną, olejem lnianym, rozpuszczalnikami i cholera wie, czym jeszcze.
Zniknął odór samotnych nocnych zwierząt, nadgniłych kartofli i pordzewiałych rowerów i nastał czas Człowieka Renesansu. Na parapecie zamalowanego okna ustawił Filip stare radio i choć już nie było na co patrzyć, to było czego słuchać: zapalało się magiczne oko i płynęły sobie wiersze Vasco Popa, Baczyńskiego, Whitmana, Leśmiana czy Eliota, różne słuchowiska teatralne czy piosenki w wykonaniu Pani Demarczyk, bardzo chętnie „Jaki śmieszny jesteś pod oknem” lub „A może byśmy tak, Najmilszy”. No, że do Tomaszowa może by.
Z Filipem w Pracowni na czas jakiś zaegzystował Wojtek Berowski zwany Plamą albo Paparuchem, syna Pana Berowskiego alias Hulajnogi o którym wspomniałem. Wojtek malował obrazki o nieustalonych formach i mglistych treściach, a po nauki chadzał do Ryśka Stryjca. Niebywale trudno jest ustalić, kim chciał Paparuch zostać gdy już będzie duży, gruby i wysoki poza tym, że pragnął objawić się Urbi et Orbi jako Paparuch szeroko znany i bardzo ceniony. Że jakimś twórcą, to pewne; ale czego? Tylko jeden Bóg wiedział i oczywiście sam Paparuch, ale nie jestem pewien czy w takiej właśnie kolejności należało uszeregować posiadaczy tajemnicy. Mieszkał sobie i mieszkał Paparuch, aż tu pewnego wrzosowego poranka Filip obudził się, zaszedł do Pracowni i - patrzajcie no tylko! Nie zastał Paparucha! Żeby znaleźć swoje miejsce pod słońcem, wyjechał ci on na kraj świata, czyli do Rajchu.
Bywali w Pracowni tacy ówcześni koryfeusze i luminarze, jak choćby drewnianoręki poeta-malarz Miecio Czychowski, archimandryta ceramiki i rzeźby Buni Tusk, kolorysto-kubista Lutek Chmura, grafik niedościgłego kunsztu Rysio Stryjec zwany gdańskim Durerem czy bezrobotny wówczas dziennikarz-społecznik Leszek Sławiński. Nieczęsto wstępowali okoliczni gentlemani z gatunku „pożyczcie-na-flaszkę”, ale nader często przychodziła Ruda Elka słynąca z niepohamowanego zapotrzebowania na seks i wódkę. Bywała okutana w wielobarwne wełny i sznureczki borsuczowłosa Gaja-od-Smętnego-Jasia wraz z towarzyszem swoim, Jasiem Smętnym o twarzy szarawej i pomiętej, jakby wyfiletowanej z żuchwy i małych, rozbieganych oczkach zaszczutego legawca, ale duszy gołębiej i sercu szczerozłotym. Bywał nabab bursztynowy Józek-Rzeźbiarz oraz inny Józek zwany „Faktycznie”, z ogromnej plejady Józków a zwany „Faktycznie”, bo jak zeżarł a nabrudził talerzy i garnków albo nieładnie narzygał, to proszony o sprzątnięcie po sobie bajzlu odpowiadał z rękami złożonymi nieruchomo na podołku:
- Faktycznie, trzeba!
I gad ani drgnął, nie poruszył się, nie zrobił niczego oszczędzając energię i czas na pozazmysłowe komunikowanie się z Bogami w sprawie pozyskania kolejnych funduszy na alkohole, co obecni kwitowali pełnym wyrzutu wołaniem:
- Noż, kurwa! Józek!
Ale to ich wołanie było równie beznadziejne, jak krzyki Izraelitów zagubionych na puszczy Judzkiej.
Jak meteory wpadali jacyś niewidziani od lat koledzy z ulotnymi dziewczynami w bananowych sukienkach oraz cała masa innych fajnych ludzi. Co ich ciągnęło do Pracowni? Ano, lubili popatrzyć na obrazy Filipa i pogadać o sztuce w duchu: jak-to-się-robi? Lubili wychlać jabłkowitego wina, czystej wódki albo gdańskiego browarka rozlewanego w prześliczne buteleczki-garbuski. Uciekali od szarzyzny i prozy życia; od problemów lokalowych, gównianej perspektywy na przyszłość, ogólnej niemożności. Wstępując do Filipa, wstępowali do innego świata zostawiając surrealizm komunizmu tam, gdzie prezentował się wyśmienicie tam, w zaszczanej obskurnej bramie, na prawo od wyjścia z Pracowni.
A jeśli nikt nie wstępował? A, jeśli nikt nie wstępował, nawet Paparuch ani „Faktycznie”, to na pewno zjawiałem się ja i robiliśmy flaszkę in situ albo szliśmy na spacer kopać jesienne liście, wdychać letnie powietrze, szurać butami w śniegu, wypić o wiośnie lampkę „Mistelli” w klubie studenckim „Żak” lub herbatkę w „Rudym Kocie”, innym zacnym klubie przy ulicy Garncarskiej, gdzie Czerwone Gitary i parę innych kapel grywało za kotleta nim się wypasły.
A jeśli szalały jesienne czy zimowe sztormy, kiedy sypał śnieg z deszczem, kłębiła się lodowata, obrzydliwa mgła i dopadały nas gdańskie klimaty zwątpienia struchlałych serc i porażające mózgi depresje, siedzieliśmy z Filipem w Pracowni, słuchając w milczeniu radia przy winie „Bianco” mającym zawartość SO3 absolutnie zgodną ze światowymi normami.
Właśnie do tej, a nie innej Pracowni zaprosiłem na pierwszą randkę moją późniejszą rozwódkę Beatę i razem z nią przyprowadziłem dwa wyśmienite, owocowe wina bowiem powszechnie wiadomo, że nic tak nie przydaje romantyzmu pierwszym randkom, jak pracownie ubogich artystów pełne tanich win serwowanych z cukrem, cynamonem i goździkami, podgrzewanych do odpowiedniej temperatury w starych, poobijanych czajnikach z Olkusza. No, może większego romantyzmu przydaje księżyc nad laguną w jakieś południowej części Pacyfiku, ale co tu gadać o jakichś małżach, perłach, langustach, palmach, kokosach, nagich kobiet, piratach, zakopanych skarbach czy Pacyfikach, kiedy rzecz działa się w mieście Gdańsku za siermiężnej komuny, na przystoczniowej ulicy Jana z Kolna, Anno Domini 1973?

MISTRZ

Mieczysław Czychowski. Fot. Zbigniew Kosycarz



A ja Wam wspomniałem o Mietku Czychowskim, wielkim poecie-malarzu, który bywał w Pracowni i spijał z nami owocowe wina? Wspomniałem. Więc temu Mieciowi należy się oddzielna świeczka, bo Nieborakowi zmarło się w 1995 roku i jak do tej pory, żadna cholera nie raczyła Mu poświęcić złamanego, dobrego słowa a przecież ilu z tych kutasów, które kiedyś piły z Nim wódkę za jego pieniądze, mówiło śliniąc Mu policzki:
- Mieciu! Mordo ty moja! Ty jesteś dzisiaj największy polski poeta!  
A ile się Go naopluwali w Stanie Wojennym, że nie do tych „co trzeba” Literatów przystał i „w oporze” udziału nie bierze? Czy być możliwe, że Mietek popierał komunę w jakiejkolwiek postaci? No, skoro w „oporze” udziału nie brał... Kurwa wasza mać! Ja brałem i ja za Niego ręczę głową i imieniem. Ręczę przed tymi wszystkimi śmieciami, którzy „udział w oporze” brali za pomocą pyska zamoczonego w szklankach z bimbrem albo ukradkowym przeczytaniem ulotki przyklejonej na jakimś murze, bo jakoś o ich działaniach realnych i zagrożonych wtedy więzieniem, nic mi nie było i nie jest wiadome. Coponiektóre skurwysyny opluwają go i teraz, nawet po śmierci! No, dość o świniach, teraz o Mietku!
Pewną nocą sierpniową w 1972 roku, wędrowałem ociemniałym Gdańskiem w towarzystwie Wojtka-Filipa; dwa chude pachołki, kochankowie muz, ważący się snuć nocne wizje przyszłych sukcesów. Byliśmy po winach owocowych, co dobre są i tanie i po wielu papierosach, i pyski nam się nie zamykały, bo tyle mieliśmy do powiedzenia: oceany nieprzebrane!
U zbiegu ulic Szerokiej i Grobli III widzimy samotną postać w ciemnej marynarce i kwiecistej koszuli; podąża ku nam ciężko, a po krokach kilku już wiemy, kto zacz: Pan Mieczysław, Poeta Wielki. Z szacunkiem powitawszy, podążamy za rozkazem:
- Klucze mi Ludwik zostawił, idziemy rozpić, co kupione na noc samotności!
W pracowni zapach oleju lnianego, farb, schnących mastyksów, terpentyn; jakiegoś zadawnionego jak blizna, bigosu w zapleśniałym garnku; kurzu i łajna gołębiego uszczelniającego dachówki.
W kuchence Ludwikowej przytulnie i zacisznie. I stanęła na środku kuchennego stoła, na czerwonokrwistej kracie ceraty ona, Pani owej nocy najważniejsza czyli: Czysta Czerwona Kapslowana a do pomocy - trzy szklanki, trzy cebule i jakiś wysoce podejrzany chlebuś razowy z nieznanej epoki.
Mietek wydobył chrzan z szufladki i nakazał trzeć go ze skórą i piaskiem, bo taki jest najzdrowszy a potem do butelki łyżeczką wrzucać i wstrząsać.
- No, mówi, teraz chwilkę na papieroska, a potem...
A potem przez szmatkę to odcedziliśmy, do szklanek i - siup. Nasze kawalerskie!
Jakieś zmartwienie siedziało Mu pod połą wyświechtanej marynarki, przylegało do serca pod kwiaciastą koszulą żółtą, jak złowrogi polip.
- Co Cię męczy Mietku drogi? Pytamy na przemian, a On tylko drewnianą dłonią stuka w blat, papierosa od papierosa odpala i "Ech" mówi na odczepne. Aż nagle:
- To ja wam, pętaki, wiersz przeczytam.
- A to nam przeczytaj, Mistrzu Mieczysławie!

I czytał, że O kuli ziemskiej chodzi... a potem, uśmiechnięty bezradośnie, jakby patrzył w sam środek jakiegoś strasznego wspomnienia, co Go za gardło wciąga w bezdenność smutku, powiedział:
- No i taaak... Ano, tak. Co tu dużo gadać, tak... Ja wam powiem, szczeniaki, że nic nie jest tak, jak powinno... Ot, jak to i tamto zapomnieć? Jak darować - oderwane? Jak oderwać i przykleić swoją przeszłość, choć tak niebogatą? A po chwili, kiedyśmy w milczeniu dopijali:
- A, szczeniaki wy jeszcze jesteście, co możecie pojąć?
I siedzieliśmy, właściwie w milczeniu, do białego rana po to, żeby Mistrza sam na sam nie zostawić ze sobą, w tej marynarce wyświechtanej i kwiaciastej, żółtej koszuli i zębatej przeszłości, i kto wie - w czym jeszcze straszniejszym, nie do wypowiedzenia. Tak...
A razu pewnego około 1980 roku Mistrz siedział w autobusie. Kiedy się dosiadłem:
- Cześć!
- Oooo! Cześć! Gdzie jedziesz?
- Ja, gdzie i ty - dalej nie zajedzie.
- No tak. A co u ciebie?
- Nic nowego; wiesz: baba, praca, dziecko, baba praca, dziecko...
- No, tak... A piszesz?
- Ja? Nie żartuj! Ty piszesz... A co tam ja mogę napisać?!
- Ech, se jaja robisz... No, poważnie: co napisałeś?
- A takie tam, wiesz: szuflada... Ja dozorca jestem w Proremie, dozorca nocny, cieć, stróż; czyli taki chuj od pilnowania mienia, by nie przeszkodził wróg! To co ja tam mogę napisać?
- Ale piszesz. Warunki masz: portiernia, noc cisza...
- No, mam. To i coś tam...
- Masz coś przy sobie?
- No, mam...
I podaję mu tę kartkę, złożoną we czworo, jak tajemny liścik do ładnej pani, która chce na jakimś moście, albo w przewiewnym kiblu pociągu od-do, pociągać, wyginać się, waginać; prężyć tężejąc woczypatrząc i krzyczeć, jak przy mężu nie odważy się. Się i już!
Więc on czyta, a ja udaję, że cycki tej stojącej z siatką, tej "ty masz dwadzieścia lat, ja mam dwadzieścia lat, przed nami - siódme nieba!" w takiej ładnej, taniej, a la jedwab sukience w motyle, prześwitującej tak, że między smukłymi nogami sarny widać całą jej bezmajtkowość piękną i zaraz jakieś myśli, że gdyby tak ten autobus nas zawiózł niespodzianie, jak jaki porwany przez poetę autobus marzeń, i nas tak zawiózł i dowiózł i jakby się drzwi otworzyły, to byłaby plaża i ten, wiecie, zapach dziwny: sól, jod, rokitnik, olejki do opalania, oranżada, lody mewa-na-śmietanie-kto-poliże-temu-stanie-wońtroba-wew-poprzek-po-złotemu-za-patyk... A potem ona się rozbierze, do naga, do naga, do naga; bo to jest sen sensacyjno-liryczno-erotyczny i nie wątroba w poprzek staje mi na ten widok, jak się rozbiera wyzywając słońce piersiami małymi ale pięknymi o! twardnieją jej sutki widzę to przecież i wtedy podchodzę i kładziemy się na jednym, kraciastym kocu i mówię jej:
- Jezu! Chryste! Królu mój Izbawco! Czekałem na ciebie Dziewczyno Przepiękna - lata całe, wieki całe, na mogiłę własną przysięgam - czekałem...
A ona, patrząc na mnie, pyta sarnio:
- Kto to jest Izbawca?
Ach, czy to ważne?!
- Małgorzato - mówię jej - Małgorzato moja od Mistrza rodzona - kocham cię... Czekałem...
Ale ona wstaje, idzie nago do tej wody jodempachnącej i tonie i nie wraca więcej, a ja pozostaję między krabami; jakieś muszle, morszczyny, patyki... Jakiś smutek niebywały, jakaś samotności czeluść
- Pętla! Krzyczy Pan Kierowca.
- To jest dobre, mówi Miecio i oddaje mi kartkę. Albo, wiesz co? Daj mi to, zapytam w "Literach", może puszczą...
- A wiesz ty co? Ty weź tę kartkę i zapytaj w "Literach". Może puszczą.
- No.
No i dojechaliśmy do Kokoszek. Wysiadamy idziemy kroczymy gadamy: o tym i tamtym. O nieboskłonie. O skłonach dziewczyn w łóżkach. O zającach w polu. O polatywaniu ptaka. O kwileniu niemowlęcia. Stajemy: On tam, ja - tam. Ale jest jedno "ale" mocarne, jak megalit: oto przed nami buda drewniana, malowana zielono, z wielkim szyldem
PIWIARNIA
- Chodź - powiada Mietek - Zalejemy ryje.
- Avanti, Mistrzu! Tylko nie rzucaj ręką swą, albowiem, możesz nieprzychylnie sposobić dosię; a przecież było to w czasach, kiedy jeszcze nikt nie śnił o proszku "Dosia"!


SZTUKA, JAK WEWNĘTRZNE LUSTRO.

Mietek uważał, że sztuka musi oddawać wewnętrzne pasje i namiętności twórcy; obojętne – czy dotyczy pisania poezji czy malarstwa.
- „Sztuka jest światłem wewnętrznym, jak wewnętrzne lustro odbijające niczym księżyc, wszystkie stany duszy artysty. Brzmi to banalnie, wiem; jak natchnione bredzenie romantyków, ale tak właśnie jest, nie inaczej” powiedział, kiedy kontemplowaliśmy obrazy Ludwika Chmury i dodał drugą, najważniejszą część swojej myśli
– Twórca, obojętne czego, jeśli tworzy z wyrachowaniem, kalkulowaniem, bardziej tak - na rozum, niż z pasji, nie jest twórcą. Jest zerem”.
Ludwik Chmura był długololetnim przyjacielem Mieczysława; artystą-malarzem mocno zainfekowanym swoimi stanami świadomości, częstokroć odmiennymi od stanów powszechnie znanych, jako „normalne”.
- Co to znaczy: normalny stan duszy? Pyta Mietek retorycznie - Normalnym stanem twórcy, jest jego przyrodzona zdolność postrzegania i emitowania w dowolnej formie i materii siebie samego. Taki profesor Dąbrowski nazywa nas, twórców, ludźmi o pozytywnie zdezintegrowanej osobowości. Czasami oznacza to schizofrenię, czasami dezintegrację. Pozytywną, zatem pożądaną!
I uśmiechał się, dotykając płócien nosem, jakby chciał wchłonąć w siebie nie tyle zapachy farby i oleju, ile nasycone nimi przekazy, pozytywnie zdezintegrowanych osobowości przyjaciela.
Kiedy dzisiaj czytam Jego poezje, mam wrażenie, że jest obecny przy lekturze; zamyślony, zasłuchany w to, co napisał, a ja czytam. Widzę Go w wyświechtanej marynarce, koszuli w kwiatki, z drewnianą dłonią w czarnej, skórkowej rękawiczce, jak z pochyloną głową wpatruje się w siebie i opisane pejzaże swojej duszy. I zawsze w moich wspomnieniach świeci kiepskie, żółtawe światełko żarówki niemocnej; zawsze jest jakiś mrok poza czytającym, realnym mną i ezoterycznym Nim; mrok pełen światów nienazwanych, a pulsujących jakimś lękiem i bólem. Jakąś Jego przeszłością, która lepiej żeby nigdy się nie wydarzyła...
- Jak pisać dobrze? Postawiłem Mu pytanie ale wiedział, o co mi szło.
- Dobrze pisać myślą. Najpierw myślą niemą; smakować obrazy i nakładać na siebie wieloznaczność słów, które te obrazy oddają. Aż się wypełnią tobą i tym, co powiedzieć chciałeś: pełne bólu, bo wszystko jest cierpieniem, nawet miłość: kiedyś przeminie, dlatego – kochaj z bólem, pisz z bólem i cierp, że mogłeś jeszcze boleśniej, a starczyło ci tylko na parę lichych słów.
- Uważasz, ze nie ma skończonego wiersza, obrazu, powieści? Zapytałem.
Wypiliśmy wódkę, zapalili po sporcie; patrzyłem, jak certoli się z odpowiedzią, zamyśla, przekopuje pokłady wiedzy i doświadczeń. W końcu, nakazał gestem polać znowu i powiedział, patrząc na mnie przez wódkę w szklaneczce:
- Ty na prawdę myślisz, że ktokolwiek napisał cokolwiek, co byłoby ostateczne, skończone, doskonałe do tego stopnia, że już lepiej nie można? Przecież nawet świat, choć sporządzony ręką Boga, można udoskonalić. I nie jest to żadna herezja: mamy prawo i zadanie poprawiać w nieskończoność nasz świat dookolny, a co dopiero – naszą twórczość, która najczęściej nie tylko nie jest doskonała, ale nawet dobra w stopniu zadowalającym... Ile ja, synku, napisałem w życiu bzdetów, chłamu, zwyczajnej – makulatury, której teraz wstydzę się i do końca życia będę wstydzić! Piszesz ledwie parę lat, poczytaj, coś napisał w pierwszym wierszu i zobacz, jak napisałbyś to dziś. A jak popatrzysz na to za dziesięć-dwadzieścia lat!... Nie, kochany, nie ma dzieł skończonych, nie ma arcydzieł „nie-do-poprawienia”!
Dzwonek do drzwi obwieścił przybycie gości i weszła panna, nazwijmy ją Wiewiórka dla włosów koloru ognia i jej koleżanka, powiedzmy - Anula, dziewczęta jakieś z prowincji, przybyłe Pekaesem. Obie miały walizki z tektury prasowanej i włochate czapeczki a la mode w on czas i obie pytały o Pana Artystę - Ludwika.
- Pana artysty-Ludwika nie ma. Pan artysta-Ludwik pojechał gdziekolwiek, syntetyzować rozpierzchłe elementa doczesności. Obwieścił Mietek, wcielając się w rolę kamerdynera i szerokim gestem zaprosił panienki do środka atelier. Panienki, odrobinkę zmęczone i głodne, odrobinkę zmarznięte (noc była listopadowa, czas rychtowania bagnetów i niecenia powstańczych ogni) oraz cokolwiek nieufne, weszły do kuchenki gdzie wesoło buzowały gazowe palniczki i szumiał imbryk obiecując herbatę. Widok najjaśniejszej siwuchy rozjaśnił im oblicza, więc pośpieszyłem z kieliszeczkami, a Mietek szarmancko ocierał taborety z łupin cebuli, okruchów chleba i czegoś tam, niewiadomego pochodzenia.
Jak się wkrótce okazało, Panny przyjechały na zaproszenie Ludwika, który wystosował je do nich jakie dwa-trzy lata nazad na gorącym sopockim molo, po równie gorącej, sopockiej nocy na piasku.
- Tak serdecznie zapraszał, że pomyślałyśmy sobie: właściwie – czemu nie? No i jesteśmy!
No i były; pulchniutka jedna, chudziutka druga. Obie w mini-spódniczkach w szkocką kratę z kosmatej materii, botkach z lśniącego, krwistoczerwonego skaju, moherowych sweterkach o dekoltach w serek.. Wytapirowane koczki, ciałka pachnące za uszkami „For You” i - jakże by inaczej! - „Być Może, a spod obu mini ulatniała się intensywna woń płynnego dezodorantu do części intymnych „Fan 05””. Obie panienki boskie i jak najbardziej na miejscu, mimo lekkiej obsuwy w czasie.
„Skoczyłem” do sklepiku na rogu Podwala Staromiejskiego i Igielnickiej, zakupiłem literek tej z czerwoną kartką; nikt mi dowodu nie sprawdzał, (wówczas jeszcze takowego nie miałem) bo wyrosłem nad podziwienie. Po powrocie zastałem Miecia i panienki pogrążonych w ożywionej paplaninie. Zamarłem w progu kuchni: Mietek-bawidamek? Takiego Go jeszcze nie znałem!
Do dziś nie wiem, jak to się dzieje, że kiedy człowiek pije wódkę, to im więcej pije, tym bardziej zacierają mu się różnice intelektualne?! Panienki głupie nie były ale ich chichotanie, przykrywanie łapkami usteczek roześmianych, „co nie?” wypowiadanie na koniec każdego zdania, jakoś bardziej wiochną trąciło, niż intelektem. Panny kształcone były w zawodowej szkole odzieżowej i sfastrygować to i owo potrafiły. Z ożywieniem opowiadały o zawiłościach kunsztu krawieckiego i roztaczały perspektywy własnych zakładów krawieckich.
Mietek oprowadzał panny po pracowni, wyciągając z Ludwisiowego stryszku obraz za obrazem. Zachodziłem w głowę, czy aby nie myśli na moich oczach realizować własnej adaptacji „Pigmaliona” Pana Bernarda, ale nie, bowiem z tymi panienkami nie to wchodziło w rachubę; krawiectwo albo śmierć! było ich herbowym zawołaniem, jak No Pasaran! dla jednej takiej Dolores!
Widok malowanych aktów przyprawił dziewczęta o gorące rumieńce i nerwowo zaczęły spoglądać po sobie jakby bały się, że zaraz, za sekundkę obaj - Mietek i ja rzucimy się na nie, obedrzemy z szatek i przerżniemy bez litości na podłodze, wśród pędzli i kropelek zastygniętych olejnych farb, więc czym prędzej wróciliśmy do kuchni, polaliśmy i rozmowa potoczyła się jak gładko oliwiona alkoholem lokomotywa. Aż tu nagle, w pewnym momencie

Nie rzucę za siebie wzrokiem.
Jeszcze mi będzie potrzeby.
Spoglądam przez ramię na jutro,
Tak stare, jak moje wczoraj...

Zacytował siebie Mietek i Panny zamurowało!
- Pan to gada, jak poeta, co nie? Zapiszczała Wiewiórka entuzjastycznie, dziabnęła kielicha i zakąsiła. Szybko uświadomiłem panienki z Kim mają zaszczyt chlać wódę w Ludwikowym atelier na poddaszu kamieniczki przy ulicy Grobla III, tej z widokiem na inne kamieniczki i ruiny kościoła Świętego Jana w starożytnym mieście Gdańsku, psiamać! I w dodatku nieopodal dawnej fabryki Wódki Gdańskiej „Gold Wasserem” zwanej. Zapadła nabożna cisza...
I zrozumiały panny przez opar alkoholu, że trafiło im się jakieś wielkie, niedoopisania szczęście, jakiś cud niemożebny, że oto one, podlotki z zakurzonej pomorskiej wsi siedzą przy jednym stole z Prawdziwym Poetą! Z takim poetą w dodatku, którego się drukuje, a nawet - rzecz niesłychana - czyta, jednym słowem z Wieszczem!
Mietek monologował przez wszystkie wielobarwne, nie do wypowiedzenia strefy nocy, a ja to i owo sobie zapisywałem na papierze pakowym, jak ten fragment wiersza i kilka innych Jego tekstów. Reszta z pamięci, ale to moja pamięć, udźwiękowiona taśma filmowa zapisana w systemie Panavision Dolby Stereo.
Siedziałem sobie obok Anuli płowowłosej i czułem ciepło bijące spod szkockiej kraty spódniczki i moherowego sweterka z dekoltem w serek. I nie wadziliśmy o trzeciej rano Panu Mietkowi w jego zapędach edukacyjnych względem Wiewiórki, tylko poszliśmy do pracowni, legnąć między obrazy, pospołu z tubkami farb i rozwichrzonymi głowami pędzli a o poranku pachnącym jajecznicą, oprowadziliśmy panny mądre po Starówce; w popołudnie senne napchaliśmy schabowymi z kapustą w barze mlecznym „Neptun”; wieczorkiem nasyciliśmy piwami w restauracji Hotelu „Jantar”, pośród zacnych stoczniowców, cinkciarzy, Dziwek i złodziei oraz licznych, tlenionych pań z działów socjalnych.
Na koniec, lodowatą nocą wróciliśmy do pracowni śpiewając „Kapitańskie Tango”, niosąc butelczyny z okowitą i chrzan, by ucierać ile sił w rękach jego korzeń oraz dwie panny ładne i pokłady niezmierzonych, pozytywnie zdezintegrowanych osobowości. Miało się może na sonet, na jaki obraz. A może na dwa obrazy i trzy sonety? Nie wiem i nigdy się już nie dowiem! Tak było!
Albo ten Leszek Sławiński, o którym też wspomniałem, jako starym bywalcu Filipowej Pracowni Pod Kasztanem. Noż, kurwa mać! Ze świecą szukać drugiego takiego faceta, jak Leszek, a gdzie nie szukasz, w jakichś przepastnych trzewiach Internetu - nie ma Gościa! Mało, że nie ma, zda się - nigdy nie było! Był, był, spokojna Twoja rozczochrana! Ja Go pamiętam. A skoro ja Go pamiętam, to powiem, co pamiętam. Jasne, że powinienem o tak czcigodnej, jak Leszek postaci napisać jakąś skomplikowaną a nadętą rozprawę, ale tak mam, że panegiryczne rozprawy „z okazji” i „ku czci” mam w dupie, więc napiszę, jak i dlaczego pamiętam Człowieka. Wprawdzie nie uchroni mnie to od wrzasku oburzenia, jaki wyda chór wujów, że niby szargam świętości, że „to nie tak było”, że to, śmo i owo, ale to moje wspomnienia i jak się komu nie podoba, to może sobie na znak protestu co najwyżej strzelić w torbę z gwoździa!
Wiem, że aby zaciekawić dzisiejszego, znudzonego wszystkim Czytelnika należy wspomnienia obowiązkowo wyposażyć w elementy niezbędne do zaciekawienia znudzonego wszystkim Czytelnika. Zatem w coś pikantnego; w jakieś gołe baby, popierdółki, monstrualne ochlaje w towarzystwie bab, oczywiście nagich albo chociaż półnagich i, co także oczywiste - w aspekty naszej degeneracji, jak choćby pobyty w domach wariatów (Świecie, Srebrzysko, Kocborowo, Górna Grupa), izbach wytrzeźwień (Konopnickiej), stawanie przed Kolegiami do Spraw Wykroczeń (Piwna) za szczanie na peronach (Iława), sianie zgorszenia przez demonstrowanie zawartości rozporków piszczącym z uciechy licealistkom (Malbork, Starogard Gdański) albo używanie wyrazów powszechnie uważanych za obelżywe (wszystkie możliwe miasta), czy też spółkowanie z natchnionymi poetkami, malarkami, rzeźbiarkami itp. na parkowych ławkach (Sopot, Wrzeszcz, Pohulanka), klatkach schodowych (Żabi Kruk, Ogarna, Szeroka, Garncarska, Podwale Staromiejskie, Węglarska), plażach (Stogi, Brzeźno, Górki Wschodnie i Zachodnie, Gdynia), molo (Sopot), kinach (Motława, Kameralne, Żak) teatrach (Sopot), piwnicach (Podwale Staromiejskie, Na Piaskach, Węglarska, Żabi Kruk) i strychach (Podwale Staromiejskie, Węglarska, Krosna) i w innych, których nie pomnę.
Trzeba uczciwie przyznać, że wspomnienia, które mam wprawdzie przebijają się przez opary alkoholu i papierosową mgłę, szelest zsuwanych majtek i trzask rozpinanych staników czy rozrywanych zębami opakowań prezerwatyw Eros-Ex, jednak to nie zawęża moich powrotów do przeszłości wyłącznie do wyżej wymienionych, ekscytujących i jak najbardziej, ale przecież nie najważniejszych elementów wydarzeń i wspomnień.


CZYCHOWSKI, SŁAWIŃSKI i PANNA G.
albo
DWAJ PRAWI LEWORĘCZNI



A jednego lata to pojechaliśmy z Mietkiem Czychowskim i Leszkiem Sławińskim oraz moją ówczesną dziewczyną, śliczną Panienką o azjatyckich rysach i pięknym imieniu na literę Grażyna do Stężycy. Byliśmy - co oczywiste - pod silnym wpływem, bo kto nie pod wpływem pakuje się w pociąg wąskotorowy tzw. kowbojkę i tłucze - ot, tak sobie - blisko 50 km, żeby popatrzyć na "fajne jezioro Raduńskie"? Jezioro fajne, bo fajne ale w końcu tylko jezioro, a w dodatku odległe od najbliższej knajpy na Mariackiej o wspomniane już 50 kilometrów! Ale nic to! Pojechaliśmy, bo jak nie jechać, kiedy szumi wóda, łza się w oku kręci od natchnienia na wszystko, co nie miejskie, nie kamienne, ceglaste, asfaltowe?
W siatkach mamy wódę, bułki i salceson czarny oraz śledzia z beczki, co od Baby pod Halą Targową przy Placu Dominikańskim z beczki zakupiony został. Poszliśmy na Dworzec, kupiliśmy bilety i - jaaaaazdaaaa! Jakoś tak przez Gdynię i Kościerzynę. Po drodze opróżniliśmy jedną flaszę, pijąc za zdrowie dam, zdrowie pana konduktora, pana maszynisty; współpasażerów, mojej Panienki, Leszkowej konkubiny Bożeny zwanej Żabą, arcyuroczej, taktownej i mądrej Pani; wszelkiej rodziny Mietkowej oraz - słońca, ptaków, drzew i PKP jako takich. Takoż, sine ira et studio, wszelkiej omnipotencji.
Od stolicy Kociewia do jeziora - jeszcze pieszo z 5 kilometrów więc zlądowaliśmy na późne południe wprost pod parasole drzew, opodal Mewiej Wyspy; były to rybitwy, ofkors, ale mniejsza z zawiłościami ornitologicznymi. Rozłożyliśmy ekwipunek stanowiący nieodzowne wyposażenie wszystkich artystów w plenerze: tu - bułki, wódka w wodę pod cień gnijącej łodzi - niech chłodnieje; a salceson, śledzie i jabłka - tam. Marynarki zrzuciliśmy, Panienka śliczna rozzuła sukienki i brodzi jak czapelka po wodzie w samych majtkach i staniczku czyli właściwie goła. Manet, nieprawdaż?
Polaliśmy sobie w cudaczne, plastikowe, "teleskopowe" szklaneczki, zapiliśmy wodą z jeziora, zakąsili śledzikiem i bułką. Na wodę sobie patrzymy, na Panienkę, na dwie ciężkie szalupy rybackie sieci wlokące. A Leszek opowiada, jak go koledzy dziennikarze, na spółkę z UB i PZPR, pozbawili pracy; jaką nędzę cierpi - moralną i finansową; jak upokorzony jest duch jego wolny, bo za słowa prawdy - na bruk. I zaparli się jego, i Człowieka w sobie, przyjacioły jego, co we wrogi się zamieniły najpierwsze, a szpetne.
Poszło o artykuł w "Dzienniku Bałtyckim" czy "Wieczorze Wybrzeża" pt. "Utopione Sumienie", w którym opisał na podstawie weryfikowalnych dokumentów, jak to ówczesna dyrekcja spichrza zbożowego nad Motławą, nakazała wysypać setki ton pszenicy do tej Motławy właśnie, co potwierdzili nurkowie z Klubu Płetwonurków, i na co on, Sławiński Leszek kwity żelazne miał, niepodważalne i świadków w osobach dramatu. Osobami dramatu byli właśnie owi koledzy-dziennikarze (w tym niejaki Czajkowski, co potwierdził sam Leszek w artykule dalece późniejszym na łamach Dwutygodnika Społeczno-Zawodowego "Kwadrat" w 1981r.)
Ad rem: Leszek kwity wprawdzie miał, ale - ufny jak pierwsza naiwna, wręczył je panu prokuratorowi i paru innym panom (jak się okazało - z UB), którzy oprotestującą wizję lokalną w mętnych wodach rzeki naszej, ukochanej Mateczki-Motławy, przeprowadzić ponownie uradzili z towarzyszami z KW w Gdańsku.
Dlaczego ponowna wizja? Kto nie rozumie owych czasów, temu wyjaśniam: PRL, ojczyzna ludzi ciężkiej pracy (i nędznej płacy) nie mogła sobie pozwolić na skandal z marnotrawieniem zboża, żniętego w pocie robotniczo-chłopskich czół, na chleby nasze, socjalistyczne. Zatem:
- Nieprawdą jest, towarzyszu Sławiński, że towarzysz dyrektor ze śpichlerza, wydał zarządzenie, aby owo zboże nasze, socjalistyczne, w wodę mętną wypieprzyć! Jesteście warchołem, kłamcą i potwarcą, Sławiński i my was za to ujebiemy, że gorzko pożałujecie. No i po Leszkowych kwitach żelaznych, zniknęły raz na zawsze w skórzanych teczkach Ubowców, razem z przyszłością człowieczą "niejakiego Sławińskiego", tak odtąd opisywanego przez właściwe organa. Kopie? Jakie „kopie” Ty nieszczęsny, nowoczesny użytkowniku kserokopiarek, skanerów i drukarek laserowych?! Jakie kopie?
Słuchamy z Mietkiem już chyba setny raz tej historii; setny raz widzimy płaczącego, faceta, który tyle przeżył, że na pięć powieści in folio by się nadało. Bo kudy temu kłamcy i mitomanowi - Kosińskiemu, z jego surrealistycznymi bredniami w "Malowanym Ptaku" o swoich rzekomych cierpieniach, do prawdziwej historii życia w czas Apokalipsy! To nie on, tylko Leszek patrzył jak Niemcy rozstrzeliwują jego matkę i ojca; jak palą jego białorusko-polski dom. To nie on, tylko Leszek codziennie oglądał palec swój, wbity kolbą mauzera w spodnią część prawej dłoni; spał po krzakach, po rowach, jarach i żarł zgniłe kartofle, piekł psią padlinę w dymiących ruinach chałupy jakiejś spacyfikowanej wsi, łowił ryby gołymi rękami. Obdarte, usmarkane, przerażone dziecko zagłady. A Kosiński Jerzyk? Jerzyk wojenny czas bezpiecznie i ciepło przepędził na poddaszu domu polskiej rodziny i mógłby za Leszkiem co najwyżej nosić walizki! Munchhausen nieszczęsny.

- Opowiedz o niej. Prosi Leszka Mietek i mruga do mnie porozumiewawczo; uśmiecha się wiedząc, że "w tym temacie" i Leszek zaraz się uśmiechnie, i pojaśnieją mu oczy. Mietek się nie myli, przecież znają się jak dwa łyse konie!
- Ech! Zaciąga Leszek tęsknie, a śpiewnie i gęba mu pęcznieje. Ech, to była baba!
Oblizując wiecznie zaślinione usta, w których brakuje przednich zębów, polewa do pełna, więc wypijamy i się zamieniamy w słuch.
 - Była starsza o... No, wiele, wiele lat; wysoka jak topola, jasnowłosa, z cycami jak cebry, a tyłek miała - obszerny, jak białoruski piec do spania... Piła, jak chłop i harowała, jak chłop - w polu, w oborze, chlewie, domu. Sama była, mąż na wojnę poszedł - nie wrócił. A dzieci pomarły... Dopadła mnie, jak kradłem jaja z kurnika; lała mocno, pomyślałem - zabije! Biła i płakała, płakała, i biła ale nie zabiła - przygarnęła sierotę.
Zamieszkałem z nią, pomagałem - w czym i jak mógł pomagać jej, haziajce, taki wtedy szczeniak, jak ja. No i, ma się rozumieć, stało się, że jednego razu zlądowaliśmy w jej łóżku, w którym odtąd z nią sypiałem.
Pojaśniała, wystrzeliła pod sufit, a i ja - jakbym dorósł od kochania tego dzikiego. Bimber pod kindziuka czy szupienię piliśmy codziennie, wieczorami po robocie, a w niedziele od południa. Kłóciliśmy się zawzięcie o byle co, a że kobietą ognistą była - na koniec każdej awantury lała mnie i z pogardą pytała:
- Co z ciebie za chłop? Ech, ty...
Aż razu jednego, kiedy znowu się awantura zaczęła i czas obijania mojej gęby się zbliżył, poderwałem się i lać ją zacząłem - gdzie popadnie. Głowa - nie głowa! Plecy-nie plecy! Kopniakiem w dupę? A jakże! I jeszcze!
- Nie, kochanieńcy, ja jej wtedy nie biłem, ja ją katowałem jak dziki, ciemny białoruski mużik, dokładnie tak, jak katowali wtedy swoje kobiety dzicy, ciemni białoruscy mużicy. Ot, co! Wylazła ze mnie dusza chama. co nazwisko niechamskie nosił! Ot, co!
Skończyłem bić, wódkę dopiłem i - won, na pole. Zapaliłem, stoję i gapię się na topole, a wtem słyszę: woła mnie cichutko, pokornie, łagodnie, jak nie ona!
Teraz do chałupy mnie ciągnie, do łóżka wrzuca i powiada rozamorowana:
- Nu, teraz to ty chłop nastojaszczy!
Pytam:
- Dlaczego?
- A co to za chłop, co baby nie leje, kiedy mu pyskuje? Nalałeś, znaczy - mężczyzna jesteś, a mnie pora nazad być kobietą. I żoną.
Tak... Dokoła - wojna, a u nas: sielanka i przaśna, i piękna...
Wiele historii podobnych do tej, miał w zanadrzu pamięci ten były żołnierz AK, od wielkich odstających a la Glemp uszu noszący pseudonim "Gacek". No i fajnie! No i jakże piękna to historia z morałem filozoficznym nader i wielce pouczającym, jak z opowiadania jakiegoś zdolnego, kresowego pana pisarza.
Milczymy sobie i fajnie nam jest z tym naszym milczeniem. Panienka przysiadła cichuśko, siorbie sobie wódeczkę, pogryza jabłuszkiem a dokoła skwir rybitw, namolne cykanie świerszczy, plusk fali o piasek i szum wiatru w koronach sosen i modrzewi. Mietek swój nieśmiertelny sztandar - koszulę w kwiateczki rozpina, podchodzi do wody a ja za nim; moczymy stopy paląc sporty i popatrując na wodę.
- Jak to jest? Pyta Mietek sennie, ciężko, bezemocjonalnie, jak to on, z tym smutkiem swoim błądzącym na ustach. Jak to jest, że człowiekowi starczy odrobinka, ociupinka szczęścia, nawet jak dokoła Apokalipsa, Armagedon i koniec świata niebywale się dzieją? I kobieta taka - z bylin wyjęta czy jak? Piękna... No, powiedz mi, młodzieńcze, jak to jest?
I niby co takiego mądrego mam powiedzieć starszemu o 20 lat facetowi, który więcej zapomniał, niż ja zdołałem się nauczyć? Milczę zatem, a Mietek postukuje żywą dłonią lewą, w drewnianą dłoń nieżywą prawą. Mietek o historii nieżywej dłoni swojej nie mówi, a ja - nie pytam bo ja, proszę Koleżanek i Kolegów nigdy nie zadaję pytania na koniec opowieści ludzkich, słynnego: i co dalej? Kto zechce - sam opowie, a jak nie zechce - widać lepiej rzecz zostawić, jak jest. A tyle wiem, że w dzieciństwie, zaraz po wojnie na polu granat znalazł i. I co tu więcej?
Mietek wtedy miał ze sobą kajet i blok techniczny A-4, więc kiedy Panienka, Leszek i ja gwarzyliśmy do wtóru szklaneczek, Mietek pogrążony stopami w wodzie a głową w przestrzeniach siebie, szkicował coś tam, a chwilami "strofował" w kajecie elementy wiersza. Ten kajet i ten blok A-4 mnie się trafił, bo je Mietek zostawił w mojej "siatce", a potem już nie chciał odebrać, bo "inne mam teraz pomysły". Niestety, liczne zawieruchy dziejowe mojego żywota sprawiły, że nie mam ich dzisiaj, tak jak nie mam terakotowej figurki Wiolonczelisty "palca" Buniego, czy błękitem egipskim powlekanych dwu dzbanków, które były wystawiane w sopockim BWA albo tego jednego, o antycznych kształtach, który z tejże wystawy skradł pewien arcysympatyczny Bartek i mnie podarował.
Przepadł bez śladu „Traktat o Sztuce” Buniego; mnie przypadła najpiękniejsza, przez fioletową kalkę "ołówkową" odbita wersja, ozdobiona Jego rysunkami oraz paroma wierszami i rysunkami Mietka. Się poszło...
A co "się nie poszło..." przez tych lat ponad trzydzieści Proszę Pani? Pamięć! Pamięć o tych Dwóch Panach Nad Jeziorem i o tej, co "jak topola, jasnowłosej, z cycami jak cebry, a tyłek miała, jak białoruski piec do spania..." opowieści nadjeziornej w czas wspominania, picia wódki czystej pod śledzia i widoku mojej Panny, która buzię miała Azjatki i serduszko nieskażone żadnym wojennym katharsis...

Wróciliśmy ze Stężycy nocą, samochodem marki "Warszawa" z uczynnym dyrektorem jakiegoś PGR-u, u którego Leszek bywał jeszcze za czasów pracy w RSW "Prasa", a który pojęcia nie miał o zarządzonej odgórnie polityczno-obywatelskiej śmierci "niejakiego Sławińskiego".
Rozstaliśmy się w Gdańsku na ulicy Szerokiej duszną, niespokojną nocą, bo szło na burzę z piorunami i kurki na kamieniczkach kręciły się skrzypiąco. Podając im na pożegnanie rękę nie pierwszy raz zauważyłem, że Ci dwa mają ze sobą coś więcej wspólnego, niż wojenne losy i kombatanckie wspomnienia, łączyły ich stygmaty prawych, okaleczonych dłoni.

Wydaje się, że każda opowieść ma lub mieć powinna jakiś morał albo być opowiedziana ku pokrzepieniu serc, jak to ślicznie nam uczynił Pan Sienkiewicz. Czy też ku przestrodze, jak to czynią bajkopisarze, na przykład bracia Grimm albo La Fontaine. Powinna również posiadać jakiś epilog, że niby wszystko zbiegło się w jednym miejscu, jak kropelki wody czy rtęci na dnie lejka, jednak ta historia elementów wyżej wymienionych nie posiada i posiadać nie może. A nie posiada i posiadać nie może, bo przecież wszystko toczy się dalej wielotorowo, wielopasmowo, niezależnie od losów poszczególnych ludzi i miejsc. Przecież nic nie jest ostatecznie zakończone i zamknięte, przypomina stary, nieśmiertelny bluszcz o tysiącach pnączy i milionach odnóżek tych pnączy co oznacza, że za cholerę niczego nie da się opowiedzieć „do końca”. Każda historia jest kołem, a czyż nie powiedział Wielki Lao Tsy: „Kto chce opowiedzieć koło, jest głupcem”? Powiedział. A inny uczony mąż, Tsheng-Li-Po, czyż nie powiedział: „Koło garncarza rodzi garnek na rosół, filiżankę do herbaty i błoto”? No, właśnie! Powiedział.
Kiedy człowiek dorasta, to zazwyczaj idzie do wojska, na studia albo do jakiejś pracy; a jak co ukradnie, zabije matkę czy zgwałci dziecko, to idzie do więźnia albo się wiesza. Ale człowiek najzwyczajniejszy w świecie, przy tym „świadomy praw i obowiązków, wynikających z założenia rodziny...” zakłada sobie rodzinę i jego teraźniejszość zamienia się w magiczny sposób w budowanie a najczęściej - w rujnowanie przyszłości. Rodzą mu się dzieci, umierają krewni; kupuje sobie talerze, garnki i szczotki, wybiera zasłony, ręczniki i pościel a dla żony majtki, staniki i sukienki. Zmienia prace, mieszkania, sąsiadów, znajomych, ulubione knajpki i jakieś zwierzęta. O ile je ma. A czasem jakąś walizkę lub neseserek. O ile je ma. Tyje albo chudnie, coś mu grubieje albo obwisa. Bywa, że znudzony rutyną szuka nowych pozycji seksualnych, ale kiedy mu się współmałżonek opatrzy jak znoszony sandał, zaczyna węszyć dokoła jak bóbr w rui i wówczas, od stepów jego tęsknot nadciągają romanse, czyli zdrady. I już po wsze czasy towarzyszyć mu będzie moralny kac. I już nic nigdy nie będzie jak było, bo wszystko będzie zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Przez ten niesmak. A może trochę i przez to, że jak był mały, to mu rodzice pożałowali na łyżwy przykręcane kluczem do butów-pionierek. Kto wie?

Co dalej z nami? Mój Drogi, ludzie rozchodzą się po świecie jak gacie w szwach i - fiuuuuu - tyle ich widzieli! Na ten przykład Paparuch - przepadł gdzieś za Odrą i nikt nie wie, czy stał się Wielkim Paparuchem, czy pozostał niewielkim. Rudą Elkę długi czas widywano w knajpach na Mariackiej, jak pochylona nad setką szukała drugiego dna, czekając cierpliwie fundatorów i machos, gotowych na jej wdzięki. Aż pewnego ranka rozpłynęła się Bóg wie gdzie, może w oleistej toni Motławy, może w więziennej celi, może w jakimś burdelu na Antypodach. Albo i nie.
Pewien hulaka-Grzesio doznał katharsis i został ci-on Grzegorzem, nabożnym ministrem protestanckiego kościoła; Józek od bursztynu jest dalej bursztynowym nababem, Józek -Faktycznie nadal komunikuje się z Bogami w sprawie alkoholu, a ta Beata żyje jakoś, gdzieś, z kimś... Inni? A pewnie też są „jakoś, gdzieś, z kimś” i tylko jeden Diabeł wie, jak i gdzie i z kim. Bo tak to już jest, Rybeńko, że zawieruchy dziejowe rzucają nami, jak wiatr liśćmi na jesieni: jeden sobie wyjeżdża tu, a drugi o, na przykład - tam, do Zanzibaru, Kanady, RPA czy Ameryki.
Ten sobie zwariuje, tamta rzuci się pod pociąg w Sopocie, niczym pewna Basia z Kazimierza prześliczna i płochliwa jak sarenka, którą mąż przegrany w karty często-gęsto rozdawał wygranym w ten sposób podwójnie kolegom. Przyszła do mnie tego wieczora, zanim nadjechał ten ekspres, ale ja wtedy z kolegami o jakiejś konspiracji, jakichś, kurwa, ulotkach, jakieś przyszłości świetlanej Oyczyzny.
Tak, to wtedy mnie, ślepemu, w moim własnym domu, człowiek umierał na oczach, a jak dobił do kresu samotności słuchając o tej świetlanej przyszłości, no to herbatkę Człowiek-Basia wypił i poszedł pojechać do Sopotu po nieodwracalne. Ech! Każdy coś traci, czegoś szuka, za czymś podąża choć najczęściej nie wie, czego szuka i za czym podąża. Oczywiście, są tacy, którzy już nie potrzebują niczego i po prostu wysychają jak wyczerpane studnie: rzeźbiarz-malarz Buni Tusk, malarz-poeta Miecio Czychowski, dziennikarz-społecznik Leszek Sławiński, gdański Durer - Rysio Stryjec czy choćby taki Jurek Hejnał-Kamrowski, wypalony na śmierć poeta...
Były na naszej długiej drodze śluby i rozwody; rodziły się i umierały dzieci, dziadkowie, rodzice i przyjaciele. Były strajki i wojna domowa; internowania, wiezienia, zdrady, zaprzaństwa i emigracje. Były wędrówki po obcych krajach i powroty. I pogrzeby tych, którzy nie wrócili ale i nie zdzierżyli obczyzny. Było i jest niepodawanie rąk dawnym kolegom, którzy dorwali się do władzy nie dla „Oyczyzny ratowania”, tylko dla czystej władzy. I forsy. Tak, Kolego, dokonało się i aż strach się bać, co dalej... A Pracownia? Mimo, że nas rozwiało ludzkim piaskiem po świecie i cmentarzach, piwniczka nadal stoi i chociaż już nie służy nikomu jako atelier tylko nędzny składzik, to przecież jest. I nadal góruje nad nią kasztanowiec, ten sam, tylko mądrzejszy. W przeciwieństwie do wielu z nas, którzy wzrastaliśmy w jego cieniu. 
Pytasz, co teraz robi Wojtek Mazur? A co ma robić Artysta? Tworzy. Po prostu tworzy.



Postscriptum:

Nie ma już piwniczki-pracowni; zburzono ją razem z ceglanym murem, do którego przylegała jak grzyb czy liszaj. Ale kasztanowce rosną dalej.



WOJCIECH FILIP-IRYDOS MAZUR

GDZIE BRUDNA KAŁUŻA, STAŁ ONGI MUR I NASZA "PRACOWNIA"
FOTKA ODNALEZIONA: O, WŁAŚNIE TU BYŁA...  fot. Autor
Fot. Autor. All Right Reserved 

Opowiadanie z tomu "MÓJ GDAŃSK. RUDA I INNE", publikacja m.in. w piśmie literackim "MIGOTANIA, PRZEJAŚNIENIA" 

.

Brak komentarzy: