sobota, 15 lutego 2014

Myśląca Wierszami

KAROLINA GRZĄDZIEL





Wieczór artystów, Rząska. Od lewej: Barbara Długoszowa, Leszek Długosz, Karolina i jej mama- malarka Danuta Majewska

Karolina Grządziel. Urodzona w 1983 roku. Absolwentka Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum UJ w Krakowie. Pracuje w Klinice Psychiatrii Dorosłych, Dzieci i Młodzieży Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie oraz w Katedrze Historii Medycyny UJCM.

Od ponad piętnastu lat pisze poezje a także recenzje filmowe i muzyczne oraz artykuły popularnonaukowe w Medical Tribune. Wiersze publikuje w Internecie jak i prasie literackiej m.in. w Akcencie, Odrze, Fo;Pa, Pegazie Lubuskim oraz internetowych czasopismach Apeironmegazin i Esensja. 

Jej wiersze zamieszczono w antologii "Poeci z sieci" (Gdańsk, 2006). Współpracowała z czasopismami internetowymi PKPzin oraz Notatnik Satyryczny. Na koncie ma kilka wieczorków poetyckich, unika konkursów, świetnie realizuje się w roli "poetki tuż przed wydaniem”.




Karolina na zesłaniu...
______________________


CIAŁO MĘŻCZYZNY SKŁADA SIĘ Z KOBIET







FEMINA (CZYLI FOTOGRAFIA)



kiedy przechodzisz z formy siedzącej w kobietę
światło odwraca twarz

rysowana z uchylonymi ustami
każesz palcom rozmazywać miejsca
gdzie nawet bóg traci zimną krew
pulsuje

każde wejście w ciebie
to recytowanie języka zza warg
krajobrazów zza okien

coś jak powolne odcedzanie świata
z wilgotnych domów i światłoczułych drzew
dobieranie do kształtów słów
i pierwszych imion kobietom

którym mlecznych piersi nie ścina czas


PRZYJACIELU JA CI MÓWIĘ
na kobiety
nigdy nie jest za późno
nawet wtedy gdy gasną sklepowe witryny
a w baku ostatni litr
skraca drogę

stary
dżins można przepalić papierosem
na tysiąc sposobów
a jej paznokieć na karoserii
pamiętasz w bezsenność
tak jak na motocyklu
wiatr lepiący się do ubrania

na kobiety
nigdy nie jest za wcześnie
nawet przed wschodem mleczarza
i gazetą w pysku

na kobiety
zawsze
nawet nago pod prysznicem gdy puka śmierć
pokojówka
sprzątająca butelki i pety

NELLY

nabiega krwią za zębami
niedomknięta furtka
przez którą będę cię odwiedzał
jakie to ma znaczenie
że spinasz włosy na wysokości
do której nigdy nie dotarłem
masz mnie na krótko
przed opuszczeniem ramiączek
za cenę cienia przy uchu
i tego poniżej co nazywają przypływem
nie będę kłamał
przecież
w oparciu o ścianę jesteś statyczną kobietą
hazardzistka
kiedy mnie pierwszy raz
upuściłeś
w sam środek miasta szepcząc
na kościach kobiety zawsze wypada szóstka
nie wierzyłam szczęściu
przypadkom i kazaniom
szerokie źrenice
przepuszczały dużo światła
w kasynach
rolowałam pończochy
na podobieństwo kobiety
wypatrzonej z tłumu
grałam o wszystko
po trzykroć pas
zaczyna się ściemniać
nad partią kart
szuler wdycha kiery
czas do domu
Mój mniejszy brat mężczyzna
wyszedłeś
z potłuczonym kolanem do babci
lepkimi krówkami usypaną ścieżką
po zapach spirytusu i bandaże
jak weteran wojny na ogryzki
po medal
za zakrętem wznieciłeś bunt
o paliwo papierosy i gin
w każdym porcie inna dziwka
żuła twoje imię nad gazetą
po wakacjach zostały
nawroty
prześcieradła jak całuny
religie w tabletkach
ołtarzyki ze zdjęć i mchu
moja ty
mrówkoważkobiedronko
wdeptana w asfalt


JEDNOKIERUNKOWA

dryfujemy między stolikami
odpierając falę dymu
wentylator znosi nasze twarze
ku sobie
przepowiadam kolizję
kieliszków
wymyślonych od ręki imion
przekręconych szwów
barman krzyczy przy drzwiach
dobranoc
i wyrzuca nas na brzeg
pościeli pachnącej krochmalem
mamy plecy po to aby się sobie oprzeć
i oczy do zawracania z drogi
starczy nas na godzinę
może dwie
potem w milczeniu rozejdziemy się autostradą
ciało mężczyzny składa się z kobiet
kiedy stawałam się
pisałeś na maszynie długie opowiadanie
o tym jak żebro
strąciło drzewko cytrusowe z balkonu
boli najbardziej gdy ruszasz
odpadłam od ciebie jak tynk
w talerz zupy
nieproszona i nieoczekiwana
rysując patykiem wąwóz na czole
wszystko jedno podzielone
na dwoje


MAGOWIE I SZARLATANI


żywioły przelewają się przez koryto świata
i w ciało wchodząc czynią je ruchliwym
a gwiazdy to gasną to znów płoną nad kołyskami królów


z boskiego nadania i historii wieków
nadworni medycy otwierali żyły stawiali wróżby
zioła dobierali do pory roku i kaprysu planet
a słabość ciała traktowali żelazem i ogniem

lecz rany tłoczyły ropę jak potężne rzeki wodę
w sen wysyłając ponure widziadła
dreszcze odbierały najsilniejszym mowę
i ciała rzucały o kamienne progi

magowie w swych piwnicznych izbach dotykali nieba
szurając palcami po mapach zodiaków
kruszone kamienie łączyli z tłuszczem zwierząt
na rozgrzanie lędźwi i puchlinę nogi

wędrówka się im mieszała z posługą i wiarą
magia lasów i jezior z pismami uczonych
byli jak szamani zapomnianych plemion
co w ciemnościach wiedzy
raz gubią a raz odnajdują drogę



architekt ogrodów

kiedy zdecydowałeś że musisz odejść
ogród już umierał
rośliny płożyły się po ziemi
jakby chciały przeprosić za suszę ostatniego lata

za łodygi zwrócone w inną stronę
przedwczesne przepowiednie zbyt długą wegetację
koślawe korzenie co nie zdążyły się ukryć
podczas zabawy w chowanego

gdy odwracałeś się ode mnie
tylko drzewa wierzyły
że może przyjdziesz następnej wiosny
przyniesiesz cebulki rozplanujesz ścieżki

czekałam
długo nosząc w sobie ziarna
sadzonki pełne siły i światła
co chciały piąć się wyżej i wyżej

aż dosięgną twoich ramion


gniazdo ptasznika

pod powiekami drgają niecierpliwe oczy
czekają aż reszta karnie zbierze się do marszu
język przestanie zalegać na bezrobotnym
mięśnie wrócą z urlopu

aż jakiś od biedy gabriel ześlizgnie się po słomce
na sztywną od krochmalu pościel
zacznie łaskotać po nosie i trzeba będzie kichnąć
nawymyślać mu od łajdaków

żona wstanie z fotela by poprawić poduszkę
pod ciałem lekkim jak pusta papierośnica
nic nie drgnie
nie otworzy się z trzaskiem

w szyby okien znów zaczną uderzać skrzydła ptaków


skostnienie
dla martwych poetek


I
 

gdy wypisałaś się z wierszy lepkiego potu gęstej krwi
ciepłe dłonie grabarzy upuściły cię jak puste pióro
na dno drewnianej skrzyni

w domu błękitnych okien nastała noc
zalakowano drzwi na piętrze
spalono kufry

słowa rozpierzchły się
jak zwierzęta którym umarł jedyny właściciel


II

kiedy skruszyłaś szyby oswoiłaś lwy
wyjmując z sieci śliskie ciała wierszy
przyszło znów wybrać drogę i czas powrotu

rozpięte ramiona nie wytrzymały dłużej
jaskółki przeniosły gniazda ukryły młode
zostałaś sama z jego swetrami waszymi dziećmi
łysą taflą jeziora za oknem

kochana
cienie żeber to zbyt mało by się ukryć
przed oślepiającym światłem 


III 
kilka bilingów dwa telegramy
góry notatek z zajęć jego głos nagrany na taśmę
krew z palca krew na pościeli
wiersze co stygną szybciej niż herbata czy łóżko

w domu znów pusto
kot zdechł zeszłego lata
od tego czasu przybyło o jedną biografię
kilka ckliwych puent pośmiertnych dyplomów
szanowanych towarzystw

tylko rodzice dzwonią częściej niż kiedyś
chyba czują że znów zbliża się zima


electrocity


wietrzna zima
po śmietnikach błąkają się głodne zwierzęta
nie dla nich zasadziliśmy blade lampy i puste hale
rozebrane ze świateł upiorne lunaparki

jesteśmy tutaj coraz mniej choć coraz więcej jest nas
w podsłuchach galaktyk zdjęciach neuronów
diagnozie porażenia wiatru w kikutach drzew
z przymusem ciągłego szukania przyczyn

dlatego łączymy linie na dłoniach z liniami szybowców
a ponad stadiony na których wybijamy medale
wysyłamy chmary laserowych świetlików
i ciągle tak jak dzieci z otwartymi ustami słuchamy

tandetnego bicia serca w systemie dolby surround


radiostacja /piekło niebo/

tu baza tu baza tu śmierć

chłód na przestrzał
co zakręt to grób
krew na pniach i na dłoniach ta sama krew

pustych słów nawiało w sieci drzew
tu baza tu baza tu śmierć
w samochody ładować na hasło zwieźć

ciała słabe bez prawa do zażaleń i skarg
bez pochówku na dno w ciemny jar
aniołom oddane na żer

tu miasto tu miasto tu dom

ciepło z czterech pokoju stron
ciało w ciele tu żywsza krew
pod łóżkiem książki za rogiem sklep

tu miasto tu miasto tu dom

knajpiany gwar dym z papierosów tu schron
gazet szczekanie i radia nocne wycie
tu miasto tu miasto tu życie


zaokrągleni do dwóch miejsc po przecinku

nie wiem jak skradać się na palcach przez sen
za to znam zaklęcia które przywołują opiekuńcze duchy
trzymają drapieżne zwierzęta na dystans ognia

nie potrafię wylegitymować z nieobecności
wywołać z kliszy wspomnień niedawnych rozmów
pamiętam
co znaczy tęsknić w długości ciszy między zdaniami
czekać przechylenia na stronę dnia
wyjść z domu jakby się miało do niego nie wrócić
lub wrócić tam gdzie już spalono po nas przedmioty

trudno oswoić dzikie myśli
ciągle wymykają do królestwa nieładu
spod panowania ciała buntuje się język

chciałabym teraz powiedzieć że jesteśmy przedarciem światła
że strony świata nic nie znaczą odległości nie dzielą
a jeśli usiądziemy kiedyś na wprost to zachłanni
tylko siebie i spokojnych przebudzeń


składamy się z mechanizmów obronnych

to musi być coś innego niż blizna

milcz ciało kiedy trzeba odejść
po sobie zostaw tylko filtr papierosa ślad ust
przestań się krzątać jakbyś chciało zamieszkać na zawsze
między odciskami innych ciał

milcz ciało gdy dopełniasz się innym ciałem jego ciepłą krwią
bądź martwym światłem które pozwala ci pisać w nocy
o podróżach poza granice swoich własnych granic

słuchaj ciało jak mówi w tobie inne
które było i tylko z dobroci ustąpiło miejsca
doceń jego klasyczne wychowanie surowych rodziców spokojny dom

popatrz jak kruszy się skarpa po której idziesz



klatka na obrazy

wojna wpisana jest w życie każdego człowieka
dlatego tak często nagradza zdjęcia jej ofiar
zdjęcie nr 1
ten chłopiec ma około dwunastu lat
umie już załadować karabin strzelał do ptaków
wieczorami ojciec opowiada mu o wolności kwiatów
a później w szklarni za domem ścina im głowy


zdjęcie nr 2
miska ziarna dla miejskich ptaków
to dzienny przydział nigeryjskiego chłopca
jego matka chciałaby zagnieść kilka chlebów rozlać do garnczków mleka
tylko kołysanki nie niosą słów głód i śmierć więc nuci je często
w nich zawsze z drzew można strącać owoce
zdjęcie nr 3
w czaszce młodej kobiety tkwi odłamek metalu
strzała wysłana z sąsiedniej wioski
szaman stamtąd mówi że aby kogoś zabić trzeba znać jego myśli
rana przez którą wchodzi jest wąska
na jej końcu czai się mrok


zdjęcie nr 4
na białej koszuli mężczyzny zastygają krople krwi
ściany krzyczą na siebie i odpadają z hukiem
czas i miejsce przestają znaczyć cokolwiek
liczy się siła która utrzymuje ciało w bryle




dom za lasem

aniołom na pół etatu


do pokoju wchodzą na palcach
za nimi światło
mężczyzna zmienia pozycję bo ręka cierpnie
za chwilę przyniosą śniadanie
uwerturę do kantaty warzywnej zupy
wtłaczanej cienką sondą do studni brzucha

od wczoraj na szafce przybyło ampułek
błękitnych narkotyzerów różowych tłumików
albumów o konstrukcjach balonów
w których mościł sobie podniebne gniazda

po obiedzie znów nastawią audycję z muzyką chopina
choć radio niemiłosiernie trzeszczy bo zerwał się wiatr
jest pewien
każdej nocy będzie czekał
wierzył że są 

nawet jeśli nie zakładają skrzydeł na szybkoschnącym kleju

jedynie unoszą poduszkę dźwigają ciało
by przez otwarte okno widział rozłożyste drzewa
 

.




 ______________________________

SPONSOREM STRONY
Z POEZJĄ KAROLINY GRZĄDZIEL
JEST PRODUCENT 
KOKAINOWYCH DROPSÓW DLA DZIECI
LLOYD MANUFACTURING CO.




.