wtorek, 7 października 2014

Mój Gdańsk. Ruda i inne opowiadania









 
Marcel odłożył scenariusz.

- Ty, a czy akcja koniecznie musi dziać się we Francji i Afryce?

- Ależ oczywiście że nie! Byleby bohater, jak ja wtedy, patrzył na Morze Śródziemne z brzegów Francji i na Atlantyk z plaży Walvisbaai.

- No, tak...

- Ano tak.

Marcel jest reżyserem, ma ostatnie zdanie.

- No, jak tak, to tak...



Patrząc na fale, włożył do ust pierwszy plasterek ananasa. Słodkawy, rozleniwiający zmysły sok wyciekł pytaniem: ciekawe, czy gdybym przez tych kilka ostatnich lat był tam, to napisałbym tyle, ile napisałem? Odpowiedział sobie: na szczęście byłem tutaj.
Tam... Zobaczył niewyspanych, zapyziałych, szarych jak papier toaletowy ludzi stłoczonych w porannych tramwajach, autobusach, wagonach szybkiej kolei miejskiej relacji Gdańsk-Gdynia. Śmierdzieli potem i niepranymi skarpetami a prawie każdemu jechało z gęby, jakby pasta do zębów, proszki do prania i mydło były im nieznane, myśli. Wciąż czuje ten odór. A poza tym, myśli, en masse chamscy i nieuprzejmi, ustępujący tylko przed siłą. I władzą. I siłą władzy.
Czołgi tamtej zimy. No, strzelaj do Polaka, strzelaj! Tamten strzelił bo dlaczego miał sobie nie strzelić? Jak to szło? A kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew. Właśnie. Potem, na wiecach kat gadał do ofiary
- No więc jak - pomożecie?
Ofiara śliniąc się zamerdała ogonem i z radością odpowiedziała katu
- Pomożemy, towarzyszu Gierek!




Syndrom Sztokholmski? Albo to: Polak potrafi. O tak, Polak potrafi! A każdy kutas na zagrodzie równy wojewodzie. Królewski szczep Piastowy. Pieprzona gigantomania. Mesjasz narodów, pierwsi między chrześcijany. Nazywam się Milijon - bo za miliony kocham i cierpię katusze. Twoje milijony miały cię w dupie, frajerze. Zawsze miały. I zawsze będą mieć. Za waszą i naszą wolność. Dlaczego za waszą? Jak powiedział ten stary ochlapus Churchill? Anglia nie ma starych przyjaciół, Anglia ma tylko stare interesy. O, i tak trzeba było! Ściągać od prymusa nie od tumana, wsioki. Na cholerę nam jacyś odwieczni przyjaciele? Przyjaciele... Zdradzone powstania, zdradzone bitwy. Deportacje i zsyłki. Wyjeżdżali brzęcząc kajdanami ale za każdym razem śpiewali Nie rzucim ziemi skąd nasz ród. Głupie jakie czy co? Ech, powstania... A na Tygrysy mają Visy. Szkoda tylu młodych. Starych oczywiście też, no ale co dzisiaj powiedzielibyśmy dzieciom? Że jesteśmy tacy sami jak Francuzi, którzy oddali pół kraju i stolicę bez wystrzału? Pieprzone Żabojady! A jak to się dzisiaj puszą, dupki. Mogli rozjechać Adolfa w tydzień ale woleli z nim paktować i handlować w nadziei że może ich ominie. Byli w stanie wojny a salutowali sobie uprzejmie na granicach. I sprzedawali im nadwyżki prądu. Cwane sukinsyny. A taki mizerny Hel bronił się przez miesiąc. Miesiąc i jeden dzień. A pod Wizną? Polskie Termopile, siedmiuset naszych przeciw czterdziestu tysiącom Szwabów. No to ja chciałbym wiedzieć, gdzie Żabojady mają swoje Termopile. Pewnie w Vichy, he he. A, pies ich jebał! Tak... Powstania, wzloty, upadki, klęski, myśli nucąc Z Dymem pożarów. Przesrane bitwy, przesrane wojny. No, nie wszystkie, myśli, a Żółkiewski? O, ten to lał Moskala aż miło. Zajął mateczkę Moskwę, posadził na ruskim tronie polskiego cara. Albo Piłsudski, goniący bolszewię spod Warszawy aż do. I bolszewika w mordę lej! Trzeba było tak zawsze, myśli, a nie...
Zapalił papierosa. Fajne te dwie dziewczyny tam na tej łodzi... Ale i to zmarnowali, durnie. Ani guzika od munduru? A Szkopom guzik na chuj? Wzięli mundur a do tego szafę z całym domem i przyległościami. Zaraz, zaraz, a gdzie to ja czytałem że w trzydziestym dziewiątym naród zrzucał się na cekaem dla wojska? Na jeden pieprzony cekaem! Jezu, co za kraj! Przesrane bitwy, przesrane wojny, przesrane życie... We wszystkim wieczni amatorzy. I wieczni, naiwni partyzanci.  I nieskończona chwała pewnego trawiastego pola
- A pamiętasz Wembley? 



A wtedy chlali wódę w takiej oberży, że niech ja skonam! To było ho ho, dużo po Okrągłym Stole i po tych pierwszych ustawionych wyborach czy jakoś tak. Dokoła same zakazane mordy, nieletnie kurwy wytapetowane jak stare kamienice na dwudziestego drugiego lipca, dawniej E-Wedel, he he. Siwy dym tanich papierochów i odór kapuśniaku, specyficzny zapaszek Eau de Pologne. Dezynfekowali się tanią fałszowaną wódą pod Perłę Bałtyku, zagryzając odór plasterkami ananasa posypanego pieprzem. Gadali o nowych czasach oddzielonych grubą kreską od Peerelu. I o nowych Polakach żyjących na modłę Nowych Ruskich: rwać, co się da!
Kumpel z rezygnacją
- Czego ty chcesz, przecież to mierzwa... Dopóki mierzwa żyła w komunie od drzew i zwierząt leśnych się nie odróżniając, było jeszcze no, daj Boże. Ale teraz? Teraz ta sama mierzwa uzbrojona po zęby w telefony komórkowe i komputery modyfikuje nasz świat na obraz i podobieństwo swoje. Rządzi polityką w sejmie i senacie, bryluje w ministerstwach i mediach, rządzi ukradzionym albo podstępnie zagarniętym kapitałem, rozpiera swoje chamskie dupy na salonach, nurzając świńskie ryje w szampanie. No co, nie mam racji? A ty wiesz, po co tak naprawdę rozpieprzają te wszystkie stocznie, huty i wielkie zakłady pracy? Nie, kochany, nie po to żeby modernizować przemysł. Boją się, że ci sami robole na których plecach dorwali się do władzy, kiedy się wkurwią to wypierdolą ich w powietrze tak, jak wypierdolili komunistów.
Polał do szklanek. Wypili, wstrząsnęło ich, zapili mineralną, zapalili.
- Ty weź tylko i pomyśl, takie stocznie jak Lenina, Remontowa czy Północna... Siedemnaście tysięcy luda zaprawionego w bojach z komuną od Grudnia, do Grudnia, nie? Z Wielkim Sierpniem po drodze. Człowieku, przecież gdyby teraz było ich tam tyle samo a nie nędzne dwa tysiące codziennie trzęsących się jak galareta o pracę, to po tej władzy nie pozostałby nawet ślad. I nie jest ważne czy rządzi nimi postkomuna, klerykalne oszołomy z pseudo-prawicy czy niby-liberałowie, te pampersiaki których jedyną matką-ojczyzną jest kasa, bo u proletów każda władza będzie mieć przesrane. Mierzwa najbardziej boi się właśnie proletów więc skwapliwie kontynuuje politykę Rakowskiego i pezetpeer: zlikwidować potencjalne przyszłe zagrożenie. A jak się nie uda zlikwidować, to zatomizować i podzielić. Divide et impera, rozumiesz? No!
Patrzą na ulicę. Po drugiej stronie pijany rumuński Cygan szcza na ścianę z wysprejowanym napisem Polacy to Żydzi!
Wrócili do wódki a kumpel do rozważań.
- Taaa... Posprzedawać, rozkraść a resztki oddać w pacht najwierniejszym pretorianom w dowód wdzięczności za poparcie machlojek. Przekażcie sobie znak pokoju. Przekażcie sobie co jeszcze da się ukraść a i nas powiadomcie. In nomine Patria-aaa. No, amen im w dupę! Siulim, stary...
  Wypił, odkaszlnął i ocierając załzawione oczy wyrecytował

Za Polskę i "Solidarność" walczyli jak Rambo
A byli kamieniami, rzucanymi pod szambo...


  

 - Taaa... A teraz ci sami stoczniowcy, jeszcze do niedawna siła napędowa antykomunistycznej rewolucji, są dzisiaj bezrobotni albo bezrobotni i bezdomni. Tak Stary, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mają nawet w co pieprznąć butelką z benzyną. Bo kiedyś mogli koktajlami Mołotowa rzucać w komitety Pezetpeer a dzisiaj? A dzisiaj niby w co, w seks-shopy? I na znak protestu palić gumowe chuje? No co się tak głupio śmiejesz, może nie mam racji?
A ponieważ kumpel miał rację, więc po krótkich rozterkach kupił bilet na pociąg i wyjechał z kraju. Żeby nareszcie nie być tam. Przerażało go że ta mierzwa rzeczywiście zmienia jego dawny świat na obraz i podobieństwo swoje. Osiemset metrów ciągu ulic Rajskiej i Pańskiej a na nich 34 banki albo przedstawicielstwa banków. Gdzie się podziały te małe sklepiki z bułkami, mlekiem, warzywami i piwem, które kiedyś tam były? Gdzie są ci ludzie którzy w nich pracowali żeby utrzymać rodziny? Te, a gdzie się podziali Ajschylos, Horacy, Norwid, Bursa czy Wojaczek? Och, idź do Boga, durniu; zapomnij!
Z nikim się nie pożegnał.

 W jego literaturze zawsze było od cholery kobiet. A od cholery kobiet w napisanym oznacza, że będzie od cholery pieprzenia. W dodatku, jego teksty pełne są ordynarnych wyrazów; takich na pe, cha i ka, co się niektórym nie podoba.
- No i po co tyle tych wulgaryzmów, kochany? Kochany, ludzie tak nie piszą.
- Oczywiście, że ludzie tak nie piszą, panie Wojciechu. Ale ludzie tak mówią.
- No, ale po co zaraz tak... No wie pan, tak po oczach? Po co pisać tak, jak ludzie mówią? Rozumie pan?
- Nie, panie Wojciechu, nie rozumiem.
- A nie może pan tego trochę złagodzić, przylizać, troszkę wygładzić? Wie pan, to po prostu razi oczy i szalenie psuje estetykę pana tekstów!
- Po co pisać tak, jak ludzie mówią? Bo ludzie tak właśnie mówią. Żywi ludzie. A ja piszę o ludziach żywych, którzy mówią jak żywi ludzie, a nie jak para-szlacheckie pierdoły z Trylogii. Jak mam łagodzić? Pańskim zdaniem, zamiast wszechobecnego w naszym języku codziennym słowa kurwa, powinienem wstawiać kropeczki i pisać k....a? I wtedy co, czytelnik pomyśli, że tam nie ma kurwa, tylko jest krowa, kolba czy kawa? O to chodzi?
- Kropki? Ach nie, mój Boże; nie o to mi... No nie, nie o kropki...
Wtedy on, wkurwiony do granic wstaje, wyciąga z szuflady papierową teczkę upstrzoną numerami telefonów i jakimiś esami-floresami. Rozwiązuje brudne tasiemki, wysypują mu się jakieś fotki, zasuszone liście, stare bilety i inne duperele. Wzrokiem przebiega treść listu, nastukaną koślawymi czcionkami na starej maszynie, szuka, znajduje na trzeciej stronie.
- O tu, puka palcem. O tutaj. Proszę, niech pan przeczyta.

więc Ty się nie przejmuj szczekaniem jakichś, pożal się Boże, krytyków. Miej w poważaniu słowa kolegów po piórze ale pisz, jak czujesz, że powinieneś pisać. Pisz ludzi żywych, tylko wtedy Twoje historie będą żywe.
Że Twoje postaci przeklinają, piją, wódkę i pieprzą się? A co robią prawdziwi ludzie? Przeklinają, piją i pieprzą się. Oczywiście, poza tym, jeszcze umierają za małe i wielkie sprawy, modlą się, kradną, ratują dzieci z pożarów, mordują.
Słuchają muzyki ze starych płyt, chodzą do ogrodów zoologicznych, spowiadają grzeszników, grzeszą, wspinają się na szczyty, operują chore serca i uruchamiają prąd, który zabija skazańców na krzesłach elektrycznych. Zostają papieżami jak Twój Jan Paweł II albo dyktatorami jak, „mój” Videla. Lecz wszyscy oni, bez wyjątków, przeklinają, piją i pieprzą się. 
Pozdrowienia, Osvaldo

Pan Wojciech odkłada list, przez chwilkę siorbie drinka, pokasłując zapala papierosa i, zatrzymując dym w płucach, patrzy na niego z pobłażliwością.
- Kochaaany... I po co mi pan to pokazał? Żeby mnie przekonać, że nie mam racji? Tym mnie pan nie przekonał. Ani trochę. Kim jest ten pański Osvaldo?
Imię "Osvaldo" wymawia z pogardliwym przekąsem.
- Jest pisarzem, krytykiem, uniwersyteckim znawcą literatury?
- Ten Osvaldo jest pisarzem. Nazywa się Osvaldo Soriano.
- Jezu, ten Osvaldo Soriano? Jaja pan sobie ze mnie robi?
- Nie, nie robię sobie z pana jaj, panie Wojciechu. Ten sam. A tutaj, o...
Wyciąga błękitną kopertę, z niej prostokątną, niewielką kartkę zapisaną drobniutkimi, równymi literkami.
- A tutaj o, mam list od Carlosa Fuentesa. Od tego Carlosa Fuentesa. Napisał mniej więcej to samo co Soriano, więc właściwie może pan sobie darować czytanie. A ponieważ obaj jeszcze żyją, więc gdyby co, gdyby pan miał jakieś wątpliwości, może pan do nich zadzwonić. Choćby zaraz; mam ich domowe numery telefonów.
- Ależ nie, nie! Po cóż miałbym dzwonić? Wierzę panu, tylko...
- Po co miałby pan dzwonić? Może po to, żeby przepłynąć Ocean Atlantycki różnic, który dzieli naszą literaturę od literatury światowej. I że nie to jest ważne, czy jakaś napisana postać mówi chuj, kurwa, pizda, dupa czy jebać, tylko w jakich okolicznościach i dlaczego to mówi. Dlaczego autor zapisał wiernie to, co zostało przez kogoś gdzieś, kiedyś powiedziane. Liczy się kontekst. Dla historii które się wydarzyły, takie detale jak wulgaryzmy są bez znaczenia. Ale dla wypowiadających je postaci, są szalenie ważne. Mam na myśli historie prawdziwe albo jak najbardziej prawdopodobne. Jak pan wie, panie Wojciechu, ja najczęściej piszę takie.

W pociągu PKP jadącym do Paryża przez Berlin i Strasburg, prawie całą drogę przeleżał na łóżku, odczuwając dziwny niepokój. Dopiero po jakichś czterystu kilometrach zrozumiał; rozejrzał się po przedziale i pomyślał Ojezu! Ale mam szczęście, że jestem sam! A po chwili zreflektował się i uszło z niego powietrze. Mam co? Szczęście? Noż, kurwa; właśnie to jest ten polski mentalny syf: mieć szczęście. Mieć szczęście a nie, wykupić sobie prawo do pojedynczego przedziału sypialnego! 
Wstał i wyszedł. Wkurwiony, obijając się o ściany, szedł do restauracyjnego. Stojąc w kolejce do bufetu, delektował się ucieszną rozmową z nawaloną jak futryna brunetką, niebywale ochoczą na igraszki w pociągu. Podniecona wizją seksu z nieznajomym, chichocząc jak idiotka zapewniała go, że nie musi się martwić.
- Wolę bez gumki, kapujesz?
Jechała do narzeczonego, który zapieprzał w Paryżu jako budowlaniec, zbrojarz czy jakiś ktoś. Pachniała francuskim mydłem i francuskimi, markowymi perfumami.
Wrócił z kartonikami wódki i soku, więc przez resztę trasy pił, czytając antologię pisarzy amerykańskich albo gapił się przez okno. Spał niewiele, bo popijając z kubeczka do zębów, często rozmyślał czy dobrze mu będzie tam, dokąd jedzie. Dobrze będzie, myślał. 
Brunetka? Jaka brunetka? A, tamta brunetka! Przyszła, ale była tak głupia że nie mogło z tego wyjść nic na dłużej. A poza tym, ten jej murarz.

Dotarł do Pont Neuf, oparł łokcie i sztachnął się Gauloisem. Kiedy nasycił się dookolnymi, uprzejmie wypowiadanymi C'ava? C'ava! wtedy, razem z dymem wypuścił z siebie całe to złe, nagromadzone przez lata powietrze.
Rzucił peta do Sekwany i już, już zbierał się do hotelu, kiedy jakoś tak ni stąd, ni zowąd zadudniło mu w głowie Ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie...
- Że też nie ma jakiejś szczepionki na to kurewstwo!






Ciepły smak miąższu ananasa przypomniał mu spoconą wędrówkę przez skwierczącą sawannę. Szedł za przewodnikiem Himba, lśniącym jak wypolerowana miedź. To było tego roku, kiedy Edward odstrzelił sobie głowę a on poleciał do Namibii sam, bo Nicole... Patrzy na czarny jacht z purpurowymi żaglami, idący halsem w kierunku mariny. Bryzgi piany, łopot spinakera. Pięknie, myśli.
Spieczonym bezdrożem do Ruacana, wyglądając litościwej chmurki i tego ich niby lotniska a Wojownik Wspaniały siedział na baobabie krzycząc jak małe dziecko kwii-kwii. W osadzie pił zimne piwo z zapasów przemiłego, niemieckiego turysty.
- Prosit!
- Prosit, Jurgen!
- Gut?
- Gut, Jurgen. Super!
Jurgen wrzuca puszkę do specjalnej torby na odpadki, którą trzyma w bagażniku a on w myślach chwali niemiecki ordnung. I że Polak jebnąłby tę puszkę byle gdzie. I jeszcze, na dodatek kopnął.
Jurgen wszedł między chałupinki oblepione krowim nawozem, stojące pośrodku kraal, jak teatralna dekoracja. Pstrykał Canonem, koncentrując się na półnagich albo zupełnie nagich dziewczynach.
- Schön! Super! Ja, gut!


Jeszcze teraz widzi ich nagie piersi, wymalowane czerwoną glinką wymieszaną z ziołami. Pamięta, że od razu pomyślał sobie: strzeliste katedry. Wypluł pestkę. Strzeliste katedry. O tak, ładnie sobie pomyślałem. Jakbym pisał psalm do Księgi Psalmów. Uśmiechnął się, a wtedy zadzwonił telefon.
Kwii-kwii.
Z tarasu wchodzi do pokoju, odstawia talerzyk z plasterkami ananasa, podnosi słuchawkę. Bardzo niechętnie słucha podekscytowanej kobiety, która koniecznie chce się z nim spotkać.
- Bo wie pan, ja dopiero wczoraj przyjechałam. A pana adres, to ja dostałam od pani Ireny, no wie pan, od tej pani Ireny, tej rudej z ministerstwa. Chciałabym się z panem spotkać jak najszybciej, a najlepiej to jeszcze dziś albo no, w ostateczności to jutro. Bo wie pan, ja tutaj nie mam żadnych znajomości a pieniędzy mam bardzo mało. Wie pan, jak to jest. No i nie mam żadnej pracy, a pani Irena, ta z ministerstwa, to mi mówiła, że pan ma tutaj bardzo dużo dobrych stosunków.
Uśmiechnął się. O tak, stosunków to ja mam od cholery i trochę, ale tobie, kobieto, chyba nie o takie chodzi.
- Przykro mi, ale jutro z samego rana wyjeżdżam, więc niestety, ale nie będę mógł pani w niczym pomóc.
- A dzisiaj? A nie moglibyśmy się spotkać dzisiaj? Cała moja nadzieja w panu!
- Niestety, proszę panią, dzisiaj to zupełnie niemożliwe. Dzisiaj najważniejszy jest dla mnie ananas.
Odłożył słuchawkę.
Niezły kawał skurwysyna ze mnie, pomyślał. O tak, niezły kawał skurwysyna. Wstawił butelkę do lodówki i poszedł do łazienki. Rozebrał się, wszedł do kabiny puszczając na głowę strugę wody tak zimnej, że mu zaparło dech. Dodał gorącej. Lepiej? O, zdecydowanie lepiej. Wystarczy. Stojąc nieruchomo pod wodnym biczem, obraca w myślach sens tego wszystkiego, w czym uczestniczył i co robił od tamtej chwili, w której zadzwoniła Nicole

- Słuchaj, kochanie! Edward nie żyje!
- Kto nie żyje? Edward nie żyje? Żartujesz sobie? Krzyczał nie bardzo pewien, czy to, co powiedziała jest prawdą, czy koszmarnym żartem.
- Jak to nie żyje? Powtórzył trochę ciszej i usiadł na łóżku. Chcąc zapalić lampkę nocną, zrzucił popielniczkę i papierosy.
- Jezu, Nicole! Daj mi sekundkę, cholera. Muszę zapalić, cholera! Tylko sekundkę, Nicole! Zapalił papierosa od strony filtra, zdusił go, wziął drugiego. Zapalił i zaciągnął się głęboko.
- Nicole? Tylko spokojnie. A teraz opowiedz mi wszystko po kolei.



Wyszedł z kabiny, wziął ręcznik. Zastanawia się, czy tuż przed śmiercią Edward wspominał czy nie wspominał Nicole, swoją śliczną małą zdradliwą żoneczkę-kurewkę, która rżnęła się w najlepsze z jego najlepszym przyjacielem za hen, siedmioma górami, za siedmioma morzami hen! Tam, pod dachami Paryża hen! W jego własnym, mahoniowo-hebanowym łożu ze szczytem wykonanym z ciosów słoni? A kto to może wiedzieć? Stoi nagi przed lustrem, patrząc w swoje oczy. Mam wyrzuty sumienia? Nie, nie mam. Wzrusza ramionami. Wyrzuty sumienia teraz, po tylu latach!
Chuj z wyrzutami!

- Uważasz, że powinnam pojechać?
- No, wiesz... Gdyby chodziło o moją żonę, nawet w separacji, to...
- Nie umiem udawać. I szczerze mówiąc, guzik mnie obchodzi jego śmierć.
- To wiem. Ale tak nie można. No, oczywiście mogę zlecić formalności jakiejś firmie pogrzebowej, naszej czy tamtejszej. To żaden problem.
- No to o co ci chodzi?
- Chodzi mi o to, że wiele osób zada sobie pytanie, dlaczego ty, a już na pewno, dlaczego ja, jego najlepszy kumpel nie pojechałem na miejsce i nie zbadałem, co się naprawdę stało. W końcu trochę razem przeżyliśmy złego i dobrego, więc...
Wstała z łóżka i podeszła do barku.
- Nalać ci?
- Nalej. I rzuć mi fajki; gdzieś tam leżą. I zapalniczkę.
Podeszła z dwoma papierosami, trzymając szklanki. Staje nad nim nago, patrząc uważnie jakby się zastanawiała, czy to jest właśnie ten mężczyzna. Ten, czyli właściwy dla niej. Cokolwiek znaczy słowo właściwy.
Więc tak sobie stała nad nim, a on patrzył na jej piersi, uda, wzgórek, łydki i wziął z jej ręki szklankę dla siebie i papierosa, którego dla niego zapaliła. Sięgając po popielniczkę, zaciąga się głęboko.
- Usiądź. Usiądź, bo kiedy tak nade mną stoisz i nic nie mówisz, to sam nie wiem, czy mnie kochasz czy nienawidzisz?
- Och, pieprzysz
Ubrany w jasne spodnie i granatowy T-shirt, spogląda z tarasu na jachty, kiwa bosą stopą a taśma filmowa przewija mu się w mózgu, zaskakując na soczewki oczu.
- A w tym hotelu?

Jezu, w tym hotelu poci się nawet powietrze. O, tamta kropla wydłuża się, a potem bezgłośnie opadnie z sufitu, bezgłośnie lądując na dywanie. Za żaluzjami słońce i szczekanie psów, zapach smażonej baraniny, curry, migdały, cuscus. Wielbłądzi bek. Bardzo złe stworzenia, bardzo złe. Gryzą i kopią. Bek. Brzydki wielbłąd! Suk będzie żywotny do zmroku, który wysnuje z rozgwieżdżonych ciemności, wszystkie jego potwory.
Na szafce stoi nieczynny telefon. Dyrekcja przeprasza, obiecuje, że natychmiast. Natychmiast trwa trzeci dzień. I czwartą butelkę cudem zdobytej Oj'czystej Wyborowej. I dziesiątą paczkę ojczyźnianych fajek. I tamte dwie miejscowe dziwki. Boże, co za brzydactwa! No, ale na bezdupiu i kowal baba, bo w fartuchu, zacytował kogoś, kogo twarzy nie pamiętał. Jak on się...? A, mniejsza. Powinien zadzwonić, ale Dyrekcja przeprasza. Wiele powinienem, myśli. Na przykład, myśli, powinienem teraz siedzieć w Europie, a nie tu. No, ale skoro jestem tu, no to przynajmniej powinienem odkryć jakieś coś, jakąś nieznaną piramidę na przykład albo jakiś kamień z Rosette. Albo krzyknąć, jak ten kurdupel do żołnierzy z konia krzyczący Żołnierze! Czterdzieści wieków spogląda na was ze szczytów tych piramid! No, coś w tym stylu...




Pomyślał, że kiedyś, pewien zupełnie zbędny człowiek, taki stary, nikomu niepotrzebny dziad-poeta o wytartych na łokciach tużurkach, umarł w nędzy. Przytułek. A ileś tam kwartałów dalej, Familia Xięcia-Pana na wieczorku tańcującym przepuszczała miliony. Życie samo. Kogo obchodzi Norwid i jego Czemu, Cieniu, odjeżdżasz...? Bema pamięci żałobny rapsod, mój żałobny rapsod, wplecione misternie w zapytanie jaszczurki śmigającej po suficie
- I co ty tutaj robisz, do cholery, w czas zrywania czereśni w Kamienicy Szlacheckiej? Z butelką w ręce (denko na podołku, kciuk na szyjce), rozważa wszelkie możliwe warianty. Od heroikomicznego: Powieszę się w cholerę! Poprzez: A może zejść do baru i porozglądać się za jakąś dupą? Tylko nieco ładniejszą od tej wczorajszej! Do zdecydowanego:
- A, pies to jebał! Poleżę sobie, popiję i... Może potem coś napiszę.
Leży, pijąc i nie pisząc, ale o pisaniu myśląc. Przekłada Lego słów na kostkę Rubika znaczeń: wszystkie pola równiutko, niech wyglądają estetycznie, jak wypolerowane pancerze hoplitów. Kiedy Aleksander smalił cholewki do Roksany? A zamordowali ją w którym? W 309 przed naszą? Jakoś tak. O, albo ta druga, Roksolana, żona Sulejmana, która korespondowała z Zygmuntem. Kobieta światła, cwana i podstępna. Morderczyni, jak Medycejska. I jak setki przed nią. Matki i żony cezarów, naczynia zbrodni. Więc kobiety to niby wyłącznie ciała? Wyłącznie ciała, co za bzdura! I niby tylko dla ich cycków i autostrady między udami wiodącej ku łechtaczkom palili miasta, mordowali ojców, braci, wiernych przyjaciół i ukochanych nauczycieli, przekraczając Rubikony wszelkiego niemożliwego? A gówno! Więc dlaczego? A dlatego, żeby ich kochały tak, jak mamusie kochały swoich małych Jasiów. Oto odpowiedź.
A potem telefon nagle zadzwonił, więc on się poderwał, uradowany i podniecony wykręcił odpowiedni numer i powiedział, że jest gotów. Przyjechali po niego trzy godziny później, trąbiąc klaksonem i wywijając marynarkami. Pili wódkę ze skórzanych bukłaków.
Ocalony! (...)

SŁAWOMIR MAJEWSKI




Z tomu "Podręczny Zestaw Deja Vu" ©  
Fragmenty publikowane m.in. w Kwartalnikach "AKCENT", "MIGOTANIA", "SZAFA", Piśmie Literackim "LATARNIA MORSKA" i in.




This material is copyright © Sławomir Majewski