poniedziałek, 2 lutego 2015

WANDA SZCZYPIORSKA "PRZYJACIÓŁKI"

 Autorka


Na studiach zaprzyjaźniłam się z Zuzanną. Stało się tak, być może, bo obie byłyśmy do siebie trochę podobne. Ona, co prawda, bardziej ode mnie utalentowana, ale niedoświadczona i naiwna, no i w niektórych sprawach (dotyczących chłopców) zupełnie jak małe dziecko. Przesiadywałyśmy na korytarzu, razem chodziłyśmy do stołówki i na te wszystkie imprezy, na które chodzić we dwie było raźniej. Nie musiała mi nawet mówić, ze kocha tego pięknego Kota, wiedziałam, że kocha go beznadziejnie i całkowicie bezsensownie. I głupio. Bo Kot nie rozstawał się z takim chudym o niezdrowej cerze, wyglądającym trochę tak, jakby stale był przemarznięty. Niektórzy mówili o nich, że są nierozłączni.
   Wiedziałam o uczuciach Zuzanny, wiedział o nich również sam Kot, obiekt miłości, choć ona, trzeba przyznać, była dyskretna. Ani mu się nie narzucała, ani w jakiś specjalny sposób nie usiłowała zwrócić na siebie jego uwagi. Może z obawy odrzucenia, a może z nieśmiałości. Ale on chyba nie był nią zainteresowany i to wcale nie z powodu tamtego z ziemistą twarzą. Być może zaszło coś pomiędzy nimi, co jej musiało wydawać się bardzo ważne, ale dla niego, myślę, było bez znaczenia. Może ją objął nagle przechodząc ciasnym korytarzem, a może ona mu wyznała desperacko miłość? Nie wiem, bo ja nie rozumiałam zauroczenia tym facetem pomimo jego urody. Dla mnie był jednym z ostatnich, którzy mogliby mnie pociągać. Był wtedy początek czerwca i piękna pogoda. W pracowni na Krakowskim ktoś wpadł na pomysł, żeby u mnie na wsi urządzić w niedzielę taki ni to piknik, ni to prywatkę. Co prawda mieszkałam z mamą w wynajętym pokoju, ale miałam do dyspozycji dziki ogród, a za ogrodem nieograniczoną przestrzeń. Koledzy, ci z którymi się przyjaźniłam (jeśli to można nazwać przyjaźnią) gnieździli się prawie wszyscy w dusznych pokojach akademików w mieście.
   Przyjechali wszyscy razem, tylko tak można było się do mnie dostać. Sami się poumawiali pomiędzy sobą, ja czekałam na nich przy szosie lubelskiej, na przystanku. Wysiedli z przesadnym, być może, hałasem i okrzykami powitania. Przyjechał Alek, Kryśka z narzeczonym, wysoki Jurek, aktor (było już po sezonie w Esteesie), Kot bez tego swojego satelity, Zuzanna i parę osób jeszcze. Potem do zabawy wciągnęliśmy także bułgarskiego kompozytora, mieszkającego na parterze. Bułgar żył w biedzie i usiłował wkręcić się do radia. Jadał wyłącznie zupy w proszku (zapach sztucznego barszczu przenikał wszystkie domowe zakamarki) ale okazał się towarzyski. Dołączył do nas wieczorem, bo zaraz po ich przyjeździe, prosto z przystanku, całą gromadkę ożywioną bardzo, zaprowadziłam na skróty przez las nad rzekę i ulokowałam w zacisznym miejscu w pobliżu glinianki, gdzie jak co roku było kąpielisko. Ktoś miał aparat. 
  Niedawno znalazłam w pudle kilka czarnobiałych zdjęć. Na jednym z nich narzeczony Kryski zdejmuje spodnie, widocznie ma zamiar popływać, a obok Kot stoi już w samych slipkach i śmiejąc się patrzy na mnie. Na innym rozleniwiony Kot leży tuż za mną zanurzony w trawie, Zuzanna siedzi nieco dalej i patrzy przed siebie nieruchomo w przestrzeń. Na trzecim zdjęciu wysoki Jurek trzyma mnie w uścisku, a ja się śmiesznie wykrzywiam i usiłuję wyrwać. Kot stoi na pierwszym planie, spogląda na nas, odwrócony tyłem do obiektywu. To nie był jednak zwykły piknik z jedzeniem w koszyku. Wszyscy po pewnym czasie byliśmy okropnie głodni. Moja mama przygotowała przyjęcie takie, na jakie nas było stać. Kartofle ze słoniną i kwaśne mleko, świeżutkie, pokryte śmietaną, nastawione osobno dla każdego z gości. Jedni z hałasem, inni lekko zażenowani wchodzili na górę po skrzypiących schodach. Rozsadziłam przybyłych dookoła stołu, mama podała półmisek z kartoflami, a ja każdemu jego naczynie z mlekiem. Potem wszystko działo się błyskawicznie. Minuta, może dwie i nie było już po jedzeniu śladu. Za to u wszystkich zauważyć się dał lekki zawód, jakby niedosyt, niepewne miny i co robić dalej? Alkohol by się przydał, ale skąd wziąć? Może zresztą ktoś przyniósł ze sobą i wypiliśmy po kieliszku, a teraz chciałoby się więcej? Wino na pewno można kupić w sąsiedniej wsi, w gospodzie ludowej, nazwanej przez właściciela, czyli miejscowy GS, Karczmą Napoleona. Po chwili zamieszania zapadło postanowienie, że idziemy wszyscy, A więc zrobiliśmy zrzutkę i wyruszyliśmy w drogę. (Bułgara jeszcze z nami nie było, dołączył do nas po naszym powrocie, dopiero o zmierzchu).
  Szosa lubelska wtedy, to nie ta dzisiejsza rwąca rzeka, której nie sposób przekroczyć z jednego brzegu na drugi. W tamtych czasach bywała pusta. Szliśmy energicznym, szybkim krokiem weseli, chociaż nieco spięci, nieco oszołomieni przeczuciem niezwykłych, nieznanych nam jeszcze przeżyć. Zuzanna nie lubiła wysiłku, szła w szpilkach rowerową ścieżką nie nadążając za nami. A może specjalnie tak się wlokła, żeby znaleźć się w pewnej odległości od nas? Czekała na Kota, zauważyłam to. Ale on, nie wiem nawet ,czy się obejrzał. Mało mnie to obeszło, muszę przyznać. Byłam nadmiernie podniecona i zbyt chyba zajęta gośćmi.
   Do gospody weszliśmy całą gromadką. Pierwsi stanęli przy bufecie Jurek i narzeczony Krysi nie mogąc dojść do porozumienia; wódka, czy wino? Wreszcie uznali, że wino bardziej się opłaca i po naradzie kupili kilka butelek tego najtańszego. Wymagało to jednak żmudnych obliczeń, dodatkowego grzebania po kieszeniach, a potem trzeba było załatwić sprawę z bufetową, żeby wbrew zakazowi umożliwiła wynieść te butelki. Udało się. Stanowiliśmy, jak by nie było, lepsze towarzystwo, światowe, eleganckie. Starzy bywalcy baru, zaciekawieni, trzymali się od nas z szacunkiem w pewnej odległości. Po dokonaniu zakupu byliśmy ogromnie podnieceni i ten radosny nastrój trwałby zapewne przez całą powrotna drogę, gdyby nie to, ze stało się coś… nieprzewidzianego. Mam przed oczami to wydarzenie do dziś, jak żywe. Bo każde z nas niosło po butelce i oto nagle Alek potknął się, wypuścił swoja butelkę z rąk, a ona rozbiła się o asfalt i wino popłynęło z wolna długą, czerwona strugą. Pierwszym odruchem wszystkich bez wyjątku był gniew na Alka (ktoś jednak śmiał się histerycznie), potem był żal, a potem już tylko rezygnacja. Trudno. O jedną mniej. Alek zawsze zażenowany do granic możliwości, teraz po prostu chciałby zniknąć. Szliśmy dalej, mniej jakby rozbawieni i bardziej cisi. Ale to szybko minęło. Zapadło postanowienie, że pozostałą część dnia spędzimy w ogrodzie, w tym jego najbardziej zdziczałym, zarośniętym kącie. Rozłożyliśmy się na trawie z okrzykami zachwytu, bo w zaniedbanym parku dawnego dworu, po drugiej stronie uliczki, śpiewały słowiki. W imieniu swoim i gości zaprosiłam bułgarskiego kompozytora, a on nie przyszedł z pustymi rekami. Okazało się, że ma schowaną na wszelki wypadek - a nuż trafi się jakiś gość – butelkę.
   W tym okresie wszyscy mieliśmy trochę niezdrowy wygląd, złą cerę, szare twarze. To przez tryb życia zapewne i przez te palone przez nas sporty. I Alek tak wyglądał i narzeczony Krysi. Tylko Kot miał cerę gładką, różowo brzoskwiniową i taką kocią, zbyt ładną chłopięcą twarz. A przy tym był małomówny i stale jakby szyderczo uśmiechnięty. To Jurek zabawiał towarzystwo. Skorzystał z okazji i popisywał się aktorstwem. Ale w miarę jak ubywało wina i jemu rozchodziła się gdzieś publiczność. Każdy robił, co chciał. Na uboczu , pomiędzy krzakami jaśminu, gwarzyło ze sobą towarzystwo leżąc ot tak, jedni od drugich w pewnej odległości. Kryska i narzeczony nie trzymali się razem, a Zuzanna, obojętna na pozór. siedziała oparta o pień. Osobno. Piła wino. A potem? Nie wiem. Leżała? Wydaje się, ze czekała. Jurek, Alek, ktoś jeszcze, coraz bardziej pijani i w ciągłym ruchu. To z tym, to z tamtą. W rozmowie, w zaczepkach. Ja także.. Starałam się być dyskretna i nie nadmiernie ciekawa tego, co działo się w mroku. Kiedy butelki zostały już opróżnione, leżeliśmy w trawie i gadali sennie ukryci jedni przed drugimi przez zapadającą ciemność. Ktoś powiedział, że nie ma Krystyny. Zawieruszył się też gdzieś Bułgar. Może poszedł do siebie? Nie. W jego pokoju go nie było. Gęsty, młody las czerniał tuż obok, wystarczyło przeskoczyć przez rów. Kot wpadł na pomysł, żeby pójść na poszukiwania. Goście zgodzili się, a jakże i tylko narzeczony Kryśki uparcie milczał. Właściwie nie wiadomo, co zrobił, w ciemności wszyscy się gdzieś rozpierzchli. Nie wiem, co robił Alek, ani Jurek. Nie wiem, co robiła w tym czasie Zuzanna. Bo ja wyruszyłam do lasu z Kotem. Nie chciałam, ale samo tak jakoś wyszło. Skacząc przez rów złapaliśmy się za ręce i tak już zostało. Po chwili żadne z nas nie pamiętało o co właściwie chodzi i dlaczego idziemy w tę, a nie w tamtą stronę. Czułam gołym ramieniem szorstkość jego bluzy i to było takie podniecające. Nic nie mówiliśmy, ani on, ani ja, ale wydaje mi się, ze słychać było cichutki chichot, musiał być gdzieś wewnątrz nas, tak jakby nas oboje ogromnie bawiła ta sytuacja. Nie długo to trwało, bo zaczęliśmy się całować, to było oczywiste i rozumiało się samo przez się, ale stało się bez poczucia bliskości, wzajemnej przynależności, raczej miało charakter doświadczenia, badania siebie nawzajem, jak to będzie. Pijana, no powiedzmy podpita, po prostu poddaję się nastrojowi chwili. A to była taka właśnie chwila. Wchodzenia coraz głębiej w las, z wpadaniem na niewidoczne w ciemności drzewa, z potykaniem się o gałęzie… a potem trafił nam się kawałek miękkiego mchu.. Ocknęliśmy się (z czego? - ze snu, czy z zapamiętania?) o świcie nie patrząc nawzajem na nasze twarze. Okazało się, że nie odeszliśmy zbyt daleko. Krystyna i Bułgar byli w ogrodzie przed nami. Podobno wrócili, każde osobno, kiedy było jeszcze zupełnie ciemno. Reszta towarzystwa spała w trawie w oczekiwaniu na pierwszy poranny autobus. Zuzanny nie mogłam nigdzie znaleźć, już jej nie było. Jak stąd wyjechała? Jak dostała się do Warszawy? Nie wiem. Bo nie rozmawiałam z nią nigdy więcej.

.