poniedziałek, 20 czerwca 2016

Wpływ księżyca


Mirosław G. Majewski urodził się w roku 1961 w woj. gdańskim; mieszka w Olkuszu. W 1996 zadebiutował poezjami w "Wiadomościach Kulturalnych". 

Kilka słów prawdy zasłyszanych od Leszka Żulińskiego, krytyka, pisarza i prozaika, odkrywcy talentu i wieloletniego, życzliwego promotora spowodowało, że Mirosław G. Majewski  zwrócił się w kierunku prozy. A było to dobre, jak powiada Pismo.  
Autor pracował jako robotnik w fabrykach i na budowach, był przedsiębiorcą, pocztylionem i agentem ubezpieczeniowym. Za chlebem, Panie, za chlebem ruszył w stronę Anglii, Austrii, Grecji, Niemiec i Norwegii. Dziś, odcinając kupony od sukcesów ekonomicznych, ma lukratywną posadę obserwatora monitorów czyli jest dozorcą.


W roku Pańskim 2009, z chwilą ukazania się książki pt. „Performance”, objawił się Polsce nie byle jaki talent literacki. Mirosław Grzegorz Majewski, pisarz zamieszkujący urokliwy Olkusz, nie zachłysnął się swoim pierwszym dzieckiem i na laurach nie spoczął. W roku 2015 hojnym gestem podarował Czytelnikom kolejną książkę pt. „Asymetria albo galimatiasy podświadomości”, continuum poprzedniczki. I wreszcie, niczym deus ex machina, w 2016 kompiluje z tych dwu wydanych - tom jeden, oheblowany, uzupełniony, oszlifowany do perfekcji, pod lunatyczna nazwą „Wpływ Księżyca”.

Nie mam zwyczaju jak czynią rozliczni - streszczać książek, Nie wiem, co autor „chciał powiedzieć.” Prawdę mówiąc - guzik mnie to obchodzi. Pisać a czytać - trzy różne sprawy: percepcji, oczekiwań i słynnego na cały świat i pół Kanady - de gustibus non disputandum est. Wiem natomiast, czy proza którą dane mi było poznać, grafomanią jest lub trąci, czy na przyzwoitym poziomie spisana czy też - prawie doskonała. Prawie, albowiem nie ma książek w pełni doskonałych; każdą można napisać lepiej.
Nieczęsto bywam na tak zwanych „wieczorkach literackich”, zniechęcony postawą Czytelników, zazwyczaj totumfackich Autora, objawiających bezkrytyczne Och! i Ach! dla twórczości beneficjenta spotkania. Czego by nie ponawypisywał - pochwalą, polukrują i wręczając kwiaty, po tyłku poklepią. A często-gęsto kopnąć weń powinni.
Więc nienachalnym gościem będąc na literackich chrzcinach, nie kierując się zbieżnością nazwisk ni sympatią, którą żywię do Autora, jęcząc z bólu pojechałem do olkuskiej Galerii BWA, posadowionej na pięknym ryneczku. 
Galeria - istny cud a jej Gospodarz, takoż literat, Olgerd Dziechciarz, zna rzemiosło Gospodarza. Cześć Mu i chwała za tamten dzień!

Olgerd Dziechciarz, pisarz, szef olkuskiego BWA

Poeta, prozaik i krytyk literacki Leszek Żuliński i Autor

Mirosław Grzegorz Majewski

Dlaczego pojechałem? Aby powiedzieć Uczestnikom, że dobry Pan uczynił dla nich cud rzadkiej wody - objawił im Wielkie Pióro. I to gdzie zrodzone? Nie w Warszawie, Krakowie czy Lublinie, lecz - za sprawą Mirosława Grzegorza Majewskiego - w prowincjonalnym, ślicznym miasteczku Olkusz. Ślicznym lecz prowincjonalnym. Jak „mój” Miechów.  
Pojechałem, żeby najdobitniej przekazać, kogo mają. I co się wydarzyło tam, u nich, gdzie nie święci garnki lepią. Żeby uczcili i pojęli, co się stało pod ich nosem. Bo choć „prowincja to śmierć” jak powiedział Gustaw Holoubek w „Szpitalu Przemienienia”, to jednak TA prowincja jest od dziś zaczynem kulturowej metropolii. Czy władze Olkusza docenią i pojmą ten fakt? Nie sądzę. Po cholerę doceniać i pojmować kogoś, z kogo profitów politycznych nie ma?
Powiedzą jacyś durnie, że kadzę, oj kadzę niemiłosiernie temu Majewskiemu Mirosławowi G., dodając: A jaki on ma w tym chwaleniu interes? A co on tak za nim obstaje? A może on żydomason albo pederasta i złodziej jaki? Bo przecie ja Dehnele, Toruńczyki i młodego Kornhausera wysławiać winienem, a ze starych żyjących tylko Rymkiewicza i Zagajewskiego, z pośmiertnie - Szymborską, Miłosza i Barańczaka. 
Ale znający mnie wiedzą, że ja stryjowi, bratu ni rodzonej matce, gdyby parali się piórem a poronili grafomańskie teksty, nie tylko nie powiedziałbym komplementu a pohańbił werbalnie. Choć matka jest tylko jedna. Sztuka nie uznaje kompromisu. Ja też nie. Sztuka to pokora. I z pokorą trzeba przyjąć, że się napisało byleco, jeśli się napisało byleco.

Poszli won, grafomany!

Pojechałem więc do Olkusza, bo uprzednio przez dni kilkoro czytałem na "okrągło” owe książki Majewskiego. Trzy dni szukałem dla ich stylu i formy, odniesień w dziełach innych wyrobników pióra. Jak Karol Linneusz, chciałem je przyporządkować za pomocą systematyki literackiejm do istniejących gatunków prozy, bo wtedy łatwiej... Ale nie ma łatwo, nie znalazłem!
Twórczość Majewskiego wymyka się gatunkowej szuflandii a „Wpływ Księżyca” może się kojarzyć z czym chce. Jak prawie każda książka o polskich Żydach kojarzy się natychmiast z klimatami twórczości Isaaca Bashevisa Singera albo Brunona Schulza a powieści Stanisławy Fleszarowej-Muskat - z Mniszkówną, autorką „Trędowatej”, jeno bardziej nowoczesną z języka.
Wpływ Księżyca” kojarzcie z czym i z kim zechcecie. Z „Rękopisem znalezionym w Saragossie” Potockiego, z „Budowniczym ruin” Rosendorfera, „Jesienią w Pekinie” Viana, „Zamkiem Fortynbrasa” Suáreza. Z książkami Cortazara, Mrożka i Witkacego. Bo dobra proza, zawsze kojarzy się z inną, tylko dobrą prozą. Wielkość napisanego dzieła poznamy po tym, iż prezentując nam treść dowolną, nowym stylem i formą nową przedstawia prastare dziedzictwo całej ludzkości, zapisane w literaturze. I nasze zauroczenie tym, co w książkach dawniej czytanych pokochaliśmy a dziś inny autor nam te uczucia przypominając - wzmacnia tęsknotę za piórem prawie doskonałym, za ulotnym pragnieniem rozumienia, co też takiego ma w sobie pisane Słowo...
Wpływ Księżyca” nie jest „podobny do”, nie jest „jak”. To endemiczna księga, której bohater, niejaki Makary będąc Everymanem, jest Mirosławem Grzegorzem Majewskim. Oraz Tobą, Czytelniku i mną. Refleksja, humor, nieco surrealizmu, doza tragikomedii i komediodramatu. Wszystko tam jest, wystarczy zasiąść i przeczytać. I zastanowić się ex post. Bo też jest nad czym.
Żałuję, iż nie ma z nami św. p. Marka Nowakowskiego, Tadeusza Konwickiego, Mariana Brandysa i paru innych. Ucieszyliby się, że oto zasiadł do ich stoła ktoś godny tego, by z nimi zasiąść. Czy mam prawo tak pisać?
Dane mi było w moim szczęsnym życiu ściskać dłonie aż trzech literackich Noblistów. A żaden nie był Polakiem. Dane mi było pić okowitę z pisarzami polskimi i zachodnimi o tak wielkim dorobku i nazwiskach, że strach się bać. Po co ja o tym? Albowiem do elity polskich Wielkich pisarzy, dołączył ktoś z młodszego pokolenia. Mirosław Grzegorz Majewski. 
Wiem, co napisałem - zapamiętajcie!

Sławomir Majewski