środa, 24 sierpnia 2016

ACH, TA PROZA!


czyli zbożne rozważania nad książką
Mirosława Grzegorza Majewskiego
pt. „Wpływ Księżyca” 
Sławomir Majewski





2016-07-04 19:50

Andrzej Wołosewicz
Właśnie na wakacjach będąc też czytam "Wpływ księżyca" i mniejszy mój "zachwyt" niż Majewskiego (nie autora), ale podzielę się swoimi uwagami po powrocie tj. po 15 lipca.”



poniedziałek, 18 lipca 2016 20:54

Pozdrawiam Szanownych Dyskutantów„Wracam do Majewskiego, jestem na stronie 38 (trochę więc się posunąłem) i robi się coraz ciaśniej w tym kontredansie uruchamianych przez autora postaci. Performance nie performance, ale raczej mi to przypomina pisanie wszystkiego, co ślina na język przyniesie, nie ma w tym żadnego kleju.” Andrzej Wołosewicz w recenzji książki Mirosława G. Majewskiego pt. „Wpływ księżyca.”



Mam barbarzyński nawyk: najpierw książkę czytam „od deski do deski”, bywa że wracam na stronic kilkoro dla upewnienia się, żem nie zbłądził w rozumieniu, po czym żuję przeczytane, niczym holenderka. I dopiero wtedy mam osąd jako-taki. Jako-taki, nigdy do końca „ostateczny”, bo i osądy nasze zmieniają się z biegiem czasu. Panta rhei, jak powiadał czcigodny efeski gej w poplamionej winem chlamidzie.
No, ale ja jestem prozaik. Prozaik i eseista, więc facet, który wprawdzie czasami wiersz naskrobie ale na ogół z upodobaniem czyta cudze strofy. Zatem proza mi siostrą serdeczną, poezja - kuzyneczka z czwartej wody po kisielu.
Pan Andrzej Wołosewicz, którego recenzje czytam regularnie i cenię bardzo, bowiem dorobek i kunszt operowania przezeń słowami w rozlicznych recenzjach budzić muszą i budzą respekt oczywisty, w ocenie książki „Pełnia Księżyca” Mirosława Grzegorza Majewskiego nie sięgnął oczekiwanych wyżyn. Co zrozumieć mogę, bo Pan Wołosewicz filozofem  i krytykiem poezji jest zawołanym („Świat według poety”), niźli prozy a w dodatku - bardziej udatnym poetą, niż prozaikiem (tomiki „Zbytek”, „Prawdziwą podróżą naszego życia jest podróż wewnętrzna”, „Monogram ze starych zegarów”, „Każdy Twój krok prowadzi nad Styks”).
Jak nie mam w obyczaju mieszać trunków, tak nie mieszam upodobań z analizą prozy. Nie wiem, ilu jest w dzisiejszej Polsce rzeczywistych admiratorów „Ulissesa” Jamesa Joyce. Rzeczywistych ergo rozumiejących i kochających tę - w swoim czasie - rewolucyjną książkę a co najważniejsze takich, którzy po przeczytaniu jej raz pierwszy, wracają do niej, jak się wraca do lubej kochanki od żony-Ksantypy.
Przywołanie „Ulissesa” było tutaj niezbędne dla zrozumienia, dlaczego ja pozytywy o „Wpływie Księżyca”, zaś Pan Wołosewicz dostrzegł w niej „pisanie wszystkiego, co ślina na język przyniesie”, z czym ani mogę, ani chcę się zgodzić, nawet z grzeczności dla Adwersarza. Mnie „Wpływ Księżyca” nie „zachwycił”. Mnie uradował zaistnieniem. Co tak mnie raduje w pisaniu Majewskiego? To, że pośród setek tysięcy książek wydanych w Polsce w latach 1990-2016, powieść ta jest produktem finalnym człowieka myślącego a priori jak napisać, czyli jakim stylem, w jakiej formie a nie, by napisać jakkolwiek o czymkolwiek.
Majewski w pisaniu swoim kierował się schematem, kluczem, ideą, planem. Jak to ktoś, gdzieś napisał?
i d e a p r z e m i j a l n o ś c i, biegu w czasie od źródła – narodzin, stawania się, rozwijania - do oceanu – chaosu, śmierci, nieistnienia, rozproszenia. Druga idea to i d e a g r a n i c y, niebezpiecznego przejścia między dwoma brzegami, które rozcinają przestrzeń na dwie części. Przejście granicy jest niebezpieczne, bo sam nurt rzeki nie jest statyczny, a wydawać się może zbyt gwałtowny i trudny. Po zanurzeniu w wodzie można wyjść jak po zażyciu kąpieli odnowionym i jasnym albo przez jeden nieopatrzny ruch pogrążyć się w ciemnej topieli, wylądować na dnie, gdzie wodnice, córki samej wody ścielą łoża… Można też zdobyć drugi brzeg. Niebezpieczny, bo nieznany drugi brzeg…”
Tak, Drogi Panie Andrzeju, tak...

Umberto Eco, nim pomarł z kretesem, wspaniale napisał wspaniałą powieść z dreszczykiem a było jej „Imię Róży”, coś jakby pastisz twórczości A. C. Doyle, kpinki z J. L. Borgesa etc. Ale potem, niestety, Wielki Eco pisywał - i to dosyć regularnie - komercyjne barachła, jak choćby żenującego potworka pt. „Tajemniczy płomień królowej Loany”. Jego eseje, to rzecz odrębna i wspaniała.
Skąd mi Umberto Eco? A stąd, że w Polsce dziesiątki tysięcy „prozaików” koniecznie chcą „coś” napisać, potem owo „coś” opublikować. I na nasze nieszczęście - udaje się im to. Z tym, że w przeciwieństwie, Umberto Eco najpierw stworzył arcydzieło. 
 
Rozmawiałem onegdaj z kolegą po piórze. Pytam
- Piszesz coś nowego?
Zastanawia się niezadługo.
- Zamierzam napisać. To będzie kolejna powieść.
- O czym będzie?
- A wiesz, ma mieć 420 stron.
Zastanawiam się dłużej.
- 420 stron, powiadasz?
- No tak, na tyle ją obliczam.

Nie, to nie żart. Facet ma kilkadziesiąt tytułów na koncie, na języków kilka go przetłumaczono. Znam twórczość - udręka i zero ekstazy...
Mirosław Grzegorz Majewski nie ma szans na „zostanie” pisarzem w rozumieniu takim, w jakim status ów ćwierć wieku nazad był rozumiany. Zginie, zniknie pod zwałami bylejakej prozy, tworzonej przez niedowartościowanych a spragnionych Sławy i Chwały. Nawet nie pojmą, dlaczego te dwa wyrazy ostatnie napisałem wersalikami. I co wersalik - nie pojmą. 
 Pisarzem, który utoruje polskiej prozie drogę na europejskie i światowe salony stylem i formą nie będzie autor „Wiedźmina” ni autorka „Ksiąg Jakubowych”, tylko ten lub ci, którzy wyrwą się z żeromszczyzny siermiężnej, w jakiej piszą to, co piszą. Majewski przeciera trasę. Według mnie, przełamuje monotonię naszej literatury, którą bez reszty zawładnęły wspominki o historii do niedawna wyklętej i zakazanej, pamiętniki kucharek, nimfomanek, kryminalistów i ubeków, etc. Z tej to przyczyny często powraca do mnie znana anegdota z życia pisarzy wzięta 


- Co piszesz? Pyta członek „podziemnego” SPP

- Gówno! Ze złością odpowiada członek „wroniego” ZLP.

- To wiem, ale pod jakim tytułem?

A Majewski obudził we mnie nadzieję. Choć może to tylko wpływ księżyca..


Pozdrawiam 
Sławomir Majewski