czwartek, 15 marca 2018

Chodaczki

Johan de Meester Drept-drept, drept-drept, tarły i mlaskały poprzez Keiendijk trzy pary małych chodaczków. Był to dzień tego deszczowego czasu, gdy zanosiło się na ulewę. Spośród brudnego, dusznego powietrza, jaśniejąc szaro, wynurzały się niezgrabne ściany brzegu — solidna, wysoka bryła grzbietu wyrosłego ponad rozległym, błotnistym i odpływającym we wszystkie strony w dal terenem. A po tym opuszczonym wzniesieniu wędrowały dzieci, ręka w rękę, blisko siebie, grupką. Ich ciągle nie w rytm uderzające gęste kroczki były w wietrznym deszczowym powietrzu jak krzyki ptaka, kiedy ten usiłuje przekrzyczeć mroczne i intensywne odgłosy wody.