Poema Nova






POEMA NOVA
 
Niebywale trudno wyekstrahować czystą wodę poezję dobrej, od szlamu grafomanii wypełniającej Internet. Wedle przeróżnych szacunków, osób w Polsce piszących wiersze i publikujących je w sieci jest od 300 tysięcy do 2 milionów. Wierzę. Czy każdy z tej liczby jest poetą? Na wszystkich kontynentach nie ma tylu poetówi! Skąd zatem owe monstrualne liczby? To legiony grafomanów zbrojone w nieograniczony dostęp do Internetu z opcją: zapomnij o skromności!
Zamieszczę tutaj utwory osób niezmiernie ważnych dla poezji polskiej, dobrane w oparciu o węch, który mnie w odczytywaniu literatury jeszcze nie zawiódł. Lata temu rozpoznałem hochsztaplera w Paolo Coelho, nim kwiat światowej krytyki również to wyczuł, spuszczając nań swoje psy gończe. Podobnie rzecz się ma z Williamem Whartonem, po sukcesie „Ptaśka” piszącym „na kilogramy”, bo od arkusza autorskiego mu płacą... 
A więc, znajdziecie tu prawdziwych poetów, którzy nie należą do tzw. "kręgów" wszechobecnie wszechobecnych w polskim życiu kulturalnym, do którego najważniejszą przepustką jest znanie kogoś, kto zna kogoś. Czytajcie.

__________



GODDAM 

 





Dariusz Sikora, w literackim mondzie znany jako Goddam. Jego drugą po talencie literackim zaletą jest skromność i takt. Człowiek wielkiego formatu.

Poeta i prozaik. Absolwent Wydziału Filmowego i Telewizyjnego Akademii Sztuk Pięknych w Pradze. W latach osiemdziesiątych publikował w katowickim tygodniku kulturalnym "Tak i Nie", w "Ulotnej Przestrzeni". Twórca i administrator portalu poetyckiego Lepsza Strona Ciszy






Wydawca i współautor "Antologia 2009. Plezantropia”, autor zbiorów wierszy "Golgota", „Ałtsajder” (2012). Jest szefem Agencji Wydawniczej „Goddam - Agencja Artystyczna. Wydawnictwo”.






_____




Szampan wypity na sen


kobiety myślą wspomnieniami
mężczyźni tym co zapomnieli
drzewa wczorajszym wiatrem

ślady na wygniecionej pościeli
zapach włosów wsiąknięty w poduszkę
zaschnięte wino w zakurzonym kieliszku
zużyty wacik na półce pod lustrem
przeciąg po nagłym odejściu
zgnieciony na ścianie komar -
efekt nocnych polowań na sen
nienapisane listy
niewypowiedziane życzenia
zasuszony w książce wiersz
mezalians wspólnego cierpienia

drzewa szumią jutrzejszą burzę
mężczyźni uwolniają bąbęlki z kobiet
a ty szumisz mi w głowie jak morze



Little Bastard


Była piękna jak bestia, ta moja
przedwcześnie zaniechana eufonia.
Jej żarłoczność pochłonęła szelest nocy
zamieniając zwyczajny skowyt w gardłowy ryk.

Krople bezksiężycowej zawieruchy
roztrzaskiwały parapety i framugi,
malowały się bezbarwnymi łzami
na policzkach szyb.

Poświata na podłodze, zachodząca na ścianę,
ogarniająca pazurami niedoczytaną biografię Jamesa Deana,
migotliwie rozdrapywała opisane fakty na stronie parzystej.
Nieparzysta pozostawała w ukryciu.

Wiatr rwał ostatnie liście z konarów drzew,
a Little Bastard niepokornie kontrował ostatni zakręt.
Poza tym panowała jako taka cisza,
nie licząc tego dudnienia i nadchodzącego jak grzmot
jęku blach.


Do czego potrzebne są białe płatki?


Za moją nieodpowiedzialność,
za ten grzech bycia chłopięciem,
za spontaniczne, zachłanne,
za wszystkie małe i udawane wielkie,
za apetyt na wiśnie, za gruszki
z niejednej wierzby rwane,
za zapomniane i pamiętane -

odpuść mi, Panie Kochanie.

Bywałem ja od ciebie ofiarowany rzeczą mniej wielką,
białym płatkiem poderwanym do lotu miłością wszelką.



Antybiografia


Bez wstępu i posłowia, bez właściwego tekstu.
Są jedynie przypisy do stron bez numerów.
Zamiast okładki - daty,
tam, gdzie powinna być fotografia
i informacja o autorze,
jest jedynie biała plamka.

Tak długo uczył się żyć,
że w końcu postanowił to spisać.

Jeśli weźmiesz do ręki i mocno uderzysz
w stół, albo ścianę -
może coś się odezwie,
może spadnie
jakiś obraz, jakaś forma
przetrwania.



Efezjata


Zbudź się, o śpiący,
i powstań z martwych...

Oczy zamknięte i oczy otwarte, sen i nie sen.
A między tymi, gdzieś, koło czwartej,
ten i nie ten.

I jak się zbudzić ze snu o świecie,
który jest, jaki jest?
Czy widzieć z martwych to tyle co
nie widzieć zmarłych?

Jeśli doznasz przebudzenia, zadzwoni dzwon,
jeśli dokonasz tych wszystkich rzeczy,
jeśli ci będzie zgon nie-zgon,
i poznasz przy tym wszelkie wymiary,
i jeśli będziesz nie ja, lecz on -

wystarczy wiary, niewiary, pary,
by być jak dźwięk, jak czysty ton?



Kiedy oczy w jeden ogień wpatrzone


Łza, która kocha
łzę z drugiego oka
jest łzą szczęścia.

Spływają osobno
w dwa kąciki ust.

Potem umierają
w jednym
wspólnym smaku.




Święto zarzynania owiec

Zdawało mi się, że śnię sen żałobny.
Do drzwi zapukał cień. Na dzień dobry
wdarł się, rozłożył, na lampie zwiesił chałat.
Bez słowa wyjaśnienia, bez cienia wątpliwości,
uczepił się myśli, omotał czasy przyszłe,
tak się rozgościł, jakby wpadł z wizytą
przyjaciel.

Zacienił sobą teraźniejszość i przeszłość.
Był tutaj od zawsze? Ten gość,
ten zupełnie ktoś-nie-ktoś
kazał mi spojrzeć swoimi oczami.

Zanim się obudziłem, byłem już
po czterdziestce. Widziałem

stare ręce matki, po tym, jak ją okradli,
same mówiły, że one same, że nimi samymi -
na nic;

zaczerwienione oczy ojca, nuta obłędu,
kiedy kolejny raz stracił wszystko -
za nic;

w nich siebie, z nich siebie, malowane
na kruchym szkle, na pożółkłym papierze -
nic więcej.

Dziecię, chłopcze, któryś jest we mnie,
jako i ja jestem w tobie, idą z wizytą
pasterze. To nie świt blady, nie
gwiazda poranna - ostrzą już długie noże.




Nizanie czasu

godziny pożerają minuty
minuty pochłaniają sekundy
a każda sekunda walczy z następną
aby trwać jak najdłużej

wbrew naturze wyjmuję jedną
i codziennie jedną nawlekam
na cienką nitkę mojego istnienia
a kiedy skończę
podaruję śmierci sznur pereł
mojej pamięci
nic więcej


Jeden

jeden to czasem więcej niż wszystko inaczej
biorąc pod osąd i ludzi i rzeczy razem
jeden bywa ogromnym drogowskazem sensów
czułym nad słowo raczej i raczej napewno
zbyt często przeoczonym bez przyczyny błędu

zdarzyć się mogło panu kiedy wpływać na los
nie bezimiennych nienazwanych odbić w oczach
ale temu jednemu gdy zbudził się rano
zajrzeć słowami w myśli pamięć czucie zabrać
i dać nadzieję na głuchy chaos wieczorów

panu się mogło zdawać lecz to nie to samo
napisać jakiś tryptyk dajmy na to rzymski
między kanapką z pastą rybną i zamknięciem
przekładu obcych dni na wieczność skutą wierszem


Pogarda

gdyby kazał jej tańczyć na szkle
rozbiwszy najpierw w bolesny pył
wszystkie fotografie ustawione w domu
tańczyłaby lecz smutek ram
bardziej raniłby pamięć wspólnych wieczorów
niż podłoga na której się kochali po raz pierwszy
jej bose stopy

on siedzi w milczeniu i patrzy z pogardą
stawiając znak mniejszości między tym co było
a swoją sekretarką




_________________
SPONSORKĄ TEJ STRONY
JEST "TA PANI" Z KIELISZKIEM,
ZNANA W KRĘGACH SPONSORKA




_________


KAROLINA GRZĄDZIEL




Karolina Grządziel. Urodzona w 1983 roku. Absolwentka Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum UJ w Krakowie. Pracuje w Klinice Psychiatrii Dorosłych, Dzieci i Młodzieży Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie oraz w Katedrze Historii Medycyny UJCM.
Od ponad piętnastu lat pisze poezje a także recenzje filmowe i muzyczne oraz artykuły popularnonaukowe w Medical Tribune. Wiersze publikuje w Internecie jak i prasie literackiej m.in. w Akcencie, Odrze, Fo;Pa, Pegazie Lubuskim oraz internetowych czasopismach Apeironmegazin i Esensja. 
Jej wiersze zamieszczono w antologii "Poeci z sieci" (Gdańsk, 2006). Współpracowała z czasopismami internetowymi PKPzin oraz Notatnik Satyryczny. Na koncie ma kilka wieczorków poetyckich, unika konkursów, świetnie realizuje się w roli "poetki tuż przed wydaniem”


CIAŁO MĘŻCZYZNY SKŁADA SIĘ Z KOBIET


FEMINA (CZYLI FOTOGRAFIA)

kiedy przechodzisz z formy siedzącej w kobietę
światło odwraca twarz

rysowana z uchylonymi ustami
każesz palcom rozmazywać miejsca
gdzie nawet bóg traci zimną krew
pulsuje

każde wejście w ciebie
to recytowanie języka zza warg
krajobrazów zza okien

coś jak powolne odcedzanie świata
z wilgotnych domów i światłoczułych drzew
dobieranie do kształtów słów
i pierwszych imion kobietom

którym mlecznych piersi nie ścina czas


PRZYJACIELU JA CI MÓWIĘ
na kobiety
nigdy nie jest za późno
nawet wtedy gdy gasną sklepowe witryny
a w baku ostatni litr
skraca drogę

stary
dżins można przepalić papierosem
na tysiąc sposobów
a jej paznokieć na karoserii
pamiętasz w bezsenność
tak jak na motocyklu
wiatr lepiący się do ubrania

na kobiety
nigdy nie jest za wcześnie
nawet przed wschodem mleczarza
i gazetą w pysku

na kobiety
zawsze
nawet nago pod prysznicem gdy puka śmierć
pokojówka
sprzątająca butelki i pety

NELLY

nabiega krwią za zębami
niedomknięta furtka
przez którą będę cię odwiedzał
jakie to ma znaczenie
że spinasz włosy na wysokości
do której nigdy nie dotarłem
masz mnie na krótko
przed opuszczeniem ramiączek
za cenę cienia przy uchu
i tego poniżej co nazywają przypływem
nie będę kłamał
przecież
w oparciu o ścianę jesteś statyczną kobietą
hazardzistka
kiedy mnie pierwszy raz
upuściłeś
w sam środek miasta szepcząc
na kościach kobiety zawsze wypada szóstka
nie wierzyłam szczęściu
przypadkom i kazaniom
szerokie źrenice
przepuszczały dużo światła
w kasynach
rolowałam pończochy
na podobieństwo kobiety
wypatrzonej z tłumu
grałam o wszystko
po trzykroć pas
zaczyna się ściemniać
nad partią kart
szuler wdycha kiery
czas do domu
Mój mniejszy brat mężczyzna
wyszedłeś
z potłuczonym kolanem do babci
lepkimi krówkami usypaną ścieżką
po zapach spirytusu i bandaże
jak weteran wojny na ogryzki
po medal
za zakrętem wznieciłeś bunt
o paliwo papierosy i gin
w każdym porcie inna dziwka
żuła twoje imię nad gazetą
po wakacjach zostały
nawroty
prześcieradła jak całuny
religie w tabletkach
ołtarzyki ze zdjęć i mchu
moja ty
mrówkoważkobiedronko
wdeptana w asfalt


JEDNOKIERUNKOWA

dryfujemy między stolikami
odpierając falę dymu
wentylator znosi nasze twarze
ku sobie
przepowiadam kolizję
kieliszków
wymyślonych od ręki imion
przekręconych szwów
barman krzyczy przy drzwiach
dobranoc
i wyrzuca nas na brzeg
pościeli pachnącej krochmalem
mamy plecy po to aby się sobie oprzeć
i oczy do zawracania z drogi
starczy nas na godzinę
może dwie
potem w milczeniu rozejdziemy się autostradą
ciało mężczyzny składa się z kobiet
kiedy stawałam się
pisałeś na maszynie długie opowiadanie
o tym jak żebro
strąciło drzewko cytrusowe z balkonu
boli najbardziej gdy ruszasz
odpadłam od ciebie jak tynk
w talerz zupy
nieproszona i nieoczekiwana
rysując patykiem wąwóz na czole
wszystko jedno podzielone
na dwoje


MAGOWIE I SZARLATANI


żywioły przelewają się przez koryto świata
i w ciało wchodząc czynią je ruchliwym
a gwiazdy to gasną to znów płoną nad kołyskami królów


z boskiego nadania i historii wieków
nadworni medycy otwierali żyły stawiali wróżby
zioła dobierali do pory roku i kaprysu planet
a słabość ciała traktowali żelazem i ogniem

lecz rany tłoczyły ropę jak potężne rzeki wodę
w sen wysyłając ponure widziadła
dreszcze odbierały najsilniejszym mowę
i ciała rzucały o kamienne progi

magowie w swych piwnicznych izbach dotykali nieba
szurając palcami po mapach zodiaków
kruszone kamienie łączyli z tłuszczem zwierząt
na rozgrzanie lędźwi i puchlinę nogi

wędrówka się im mieszała z posługą i wiarą
magia lasów i jezior z pismami uczonych
byli jak szamani zapomnianych plemion
co w ciemnościach wiedzy
raz gubią a raz odnajdują drogę



architekt ogrodów

kiedy zdecydowałeś że musisz odejść
ogród już umierał
rośliny płożyły się po ziemi
jakby chciały przeprosić za suszę ostatniego lata

za łodygi zwrócone w inną stronę
przedwczesne przepowiednie zbyt długą wegetację
koślawe korzenie co nie zdążyły się ukryć
podczas zabawy w chowanego

gdy odwracałeś się ode mnie
tylko drzewa wierzyły
że może przyjdziesz następnej wiosny
przyniesiesz cebulki rozplanujesz ścieżki

czekałam
długo nosząc w sobie ziarna
sadzonki pełne siły i światła
co chciały piąć się wyżej i wyżej

aż dosięgną twoich ramion


gniazdo ptasznika

pod powiekami drgają niecierpliwe oczy
czekają aż reszta karnie zbierze się do marszu
język przestanie zalegać na bezrobotnym
mięśnie wrócą z urlopu

aż jakiś od biedy gabriel ześlizgnie się po słomce
na sztywną od krochmalu pościel
zacznie łaskotać po nosie i trzeba będzie kichnąć
nawymyślać mu od łajdaków

żona wstanie z fotela by poprawić poduszkę
pod ciałem lekkim jak pusta papierośnica
nic nie drgnie
nie otworzy się z trzaskiem

w szyby okien znów zaczną uderzać skrzydła ptaków


skostnienie
dla martwych poetek


I
 

gdy wypisałaś się z wierszy lepkiego potu gęstej krwi
ciepłe dłonie grabarzy upuściły cię jak puste pióro
na dno drewnianej skrzyni

w domu błękitnych okien nastała noc
zalakowano drzwi na piętrze
spalono kufry

słowa rozpierzchły się
jak zwierzęta którym umarł jedyny właściciel


II

kiedy skruszyłaś szyby oswoiłaś lwy
wyjmując z sieci śliskie ciała wierszy
przyszło znów wybrać drogę i czas powrotu

rozpięte ramiona nie wytrzymały dłużej
jaskółki przeniosły gniazda ukryły młode
zostałaś sama z jego swetrami waszymi dziećmi
łysą taflą jeziora za oknem

kochana
cienie żeber to zbyt mało by się ukryć
przed oślepiającym światłem 


III 
kilka bilingów dwa telegramy
góry notatek z zajęć jego głos nagrany na taśmę
krew z palca krew na pościeli
wiersze co stygną szybciej niż herbata czy łóżko

w domu znów pusto
kot zdechł zeszłego lata
od tego czasu przybyło o jedną biografię
kilka ckliwych puent pośmiertnych dyplomów
szanowanych towarzystw

tylko rodzice dzwonią częściej niż kiedyś
chyba czują że znów zbliża się zima


electrocity


wietrzna zima
po śmietnikach błąkają się głodne zwierzęta
nie dla nich zasadziliśmy blade lampy i puste hale
rozebrane ze świateł upiorne lunaparki

jesteśmy tutaj coraz mniej choć coraz więcej jest nas
w podsłuchach galaktyk zdjęciach neuronów
diagnozie porażenia wiatru w kikutach drzew
z przymusem ciągłego szukania przyczyn

dlatego łączymy linie na dłoniach z liniami szybowców
a ponad stadiony na których wybijamy medale
wysyłamy chmary laserowych świetlików
i ciągle tak jak dzieci z otwartymi ustami słuchamy

tandetnego bicia serca w systemie dolby surround


radiostacja /piekło niebo/

tu baza tu baza tu śmierć

chłód na przestrzał
co zakręt to grób
krew na pniach i na dłoniach ta sama krew

pustych słów nawiało w sieci drzew
tu baza tu baza tu śmierć
w samochody ładować na hasło zwieźć

ciała słabe bez prawa do zażaleń i skarg
bez pochówku na dno w ciemny jar
aniołom oddane na żer

tu miasto tu miasto tu dom

ciepło z czterech pokoju stron
ciało w ciele tu żywsza krew
pod łóżkiem książki za rogiem sklep

tu miasto tu miasto tu dom

knajpiany gwar dym z papierosów tu schron
gazet szczekanie i radia nocne wycie
tu miasto tu miasto tu życie


zaokrągleni do dwóch miejsc po przecinku

nie wiem jak skradać się na palcach przez sen
za to znam zaklęcia które przywołują opiekuńcze duchy
trzymają drapieżne zwierzęta na dystans ognia

nie potrafię wylegitymować z nieobecności
wywołać z kliszy wspomnień niedawnych rozmów
pamiętam
co znaczy tęsknić w długości ciszy między zdaniami
czekać przechylenia na stronę dnia
wyjść z domu jakby się miało do niego nie wrócić
lub wrócić tam gdzie już spalono po nas przedmioty

trudno oswoić dzikie myśli
ciągle wymykają do królestwa nieładu
spod panowania ciała buntuje się język

chciałabym teraz powiedzieć że jesteśmy przedarciem światła
że strony świata nic nie znaczą odległości nie dzielą
a jeśli usiądziemy kiedyś na wprost to zachłanni
tylko siebie i spokojnych przebudzeń


składamy się z mechanizmów obronnych

to musi być coś innego niż blizna

milcz ciało kiedy trzeba odejść
po sobie zostaw tylko filtr papierosa ślad ust
przestań się krzątać jakbyś chciało zamieszkać na zawsze
między odciskami innych ciał

milcz ciało gdy dopełniasz się innym ciałem jego ciepłą krwią
bądź martwym światłem które pozwala ci pisać w nocy
o podróżach poza granice swoich własnych granic

słuchaj ciało jak mówi w tobie inne
które było i tylko z dobroci ustąpiło miejsca
doceń jego klasyczne wychowanie surowych rodziców spokojny dom

popatrz jak kruszy się skarpa po której idziesz



klatka na obrazy

wojna wpisana jest w życie każdego człowieka
dlatego tak często nagradza zdjęcia jej ofiar
zdjęcie nr 1
ten chłopiec ma około dwunastu lat
umie już załadować karabin strzelał do ptaków
wieczorami ojciec opowiada mu o wolności kwiatów
a później w szklarni za domem ścina im głowy


zdjęcie nr 2
miska ziarna dla miejskich ptaków
to dzienny przydział nigeryjskiego chłopca
jego matka chciałaby zagnieść kilka chlebów rozlać do garnczków mleka
tylko kołysanki nie niosą słów głód i śmierć więc nuci je często
w nich zawsze z drzew można strącać owoce
zdjęcie nr 3
w czaszce młodej kobiety tkwi odłamek metalu
strzała wysłana z sąsiedniej wioski
szaman stamtąd mówi że aby kogoś zabić trzeba znać jego myśli
rana przez którą wchodzi jest wąska
na jej końcu czai się mrok


zdjęcie nr 4
na białej koszuli mężczyzny zastygają krople krwi
ściany krzyczą na siebie i odpadają z hukiem
czas i miejsce przestają znaczyć cokolwiek
liczy się siła która utrzymuje ciało w bryle




dom za lasem

aniołom na pół etatu


do pokoju wchodzą na palcach
za nimi światło
mężczyzna zmienia pozycję bo ręka cierpnie
za chwilę przyniosą śniadanie
uwerturę do kantaty warzywnej zupy
wtłaczanej cienką sondą do studni brzucha

od wczoraj na szafce przybyło ampułek
błękitnych narkotyzerów różowych tłumików
albumów o konstrukcjach balonów
w których mościł sobie podniebne gniazda

po obiedzie znów nastawią audycję z muzyką chopina
choć radio niemiłosiernie trzeszczy bo zerwał się wiatr
jest pewien
każdej nocy będzie czekał
wierzył że są
nawet jeśli nie zakładają skrzydeł na szybkoschnącym kleju

jedynie unoszą poduszkę dźwigają ciało
by przez otwarte okno widział rozłożyste drzewa



 _________


IGA RECZYŃSKA



urodzona w 1987 roku w Kielcach, niedoszła filolog. Dużo czyta, niewiele mówi. Pija herbatę i uczy się hiszpańskiego. Lubi Beatlesów i filmy Tima Burtona. Do jej włosów najbardziej pasuje zielony.



List do Mexico City

najlepszemu z Meksykanów


Tak długo się nie odzywałam – zapomniałam języka;
został w Twoich ustach i nie mam pewności, co mówisz,
czy to nie jest indiańska modlitwa dla śniadych bóstw:
To biała kobieta, więc można dzielić jej słodkie mięso,
odjąć ręce, głowę przy jeszcze bielszym karku, pochować
po chrześcijańsku, a ciało – przetaczać w piwnicach
w najmilsze używki.

Nigdy nie mam pewności – czy dla Ciebie Maga tak samo
głaszcze koty, czy jej dłonie nie są bardziej spokojne
niż moje i zawsze potrafią pewnie napełnić łyżeczkę.
Jednak wiem, że powiesz: Rest your head upon me,
choć czasem wątpisz – jak wiele w niej pierwotnej
demonologii, jak wiele w tej rudej słowiańskich klątw.

Tak długo się nie odzywałam – język stał się obcy, nieczuły
na semantykę, więc możesz: Pachniała jak wiśniowe drzewo
wyrosłe dziko pod księżycem, zdzierałem spod sukienki
najgładsze łyko, a w końcu włożyłem jej między wargi
zimną monetę; nieczuły, więc mogę: jestem ciężko chora,
staram się żyć jak najwolniej, a oddech wciąż szybszy.

Teraz zaczesuję włosy do snu, wiem, że byś powiedział:
Sleep pretty darling, do not cry; więc zagarniam na siebie
pościele, pamiętaj – taki jest śnieg, tu jest Polska i pod nim
drętwieje każde ciało.



Rest your head upon me, I have strength to carry you
Porcupine Tree - Lazarus
Sleep pretty darling, do not cry, and I will sing a lullaby
The Beatles - Golden slumbers




List do Mexico City II (wersja analogowa)

Wszystkie noce poniżej Drogi Mlecznej
bez ciebie wydają się wieczne.

Zoe - Via lactea


A-side (Europa Środkowa)

Jest w tym erotyzm – wkładamy sobie w usta
obce języki (inne niż te, w których się modlimy,
bo przecież musimy wierzyć, choćby w siebie);
i wyszeptujesz mi w mono: Wish you were here
i zaraz wchodzimy w skwarne sny – w ciałach
wstęp wzbroniony.


B-side (Ameryka Łacińska)

Mogę Ci odszeptać: I’ll be right beside you, dear
i jak cyganka przynieść łagodne śniegi w kufrze
ciała; i tylko Ciebie nie zmartwią, nie zdziwią wargi
wiązane w wężowe sploty, tylko Ty znasz maści,
choć wiemy w stereo, że nasze zapaści zawsze
przychodzą od wschodu.



How I wish, how I wish you were here
Pink Floyd - Wish you were here
Even if you cannot hear my voice, I'll be right beside you, dear
Snow Patrol - Run




List do Mexico City III (Teotihuacan)

Kiedy jesteś młody, jesteś pogrążony we śnie
wraz z miłością, którą odczuwasz.

Steven Wilson "Veneno para las hadas"


Znów nam potrzeba obcego języka, co może być tylko
przechodnią pieszczotą, tylko głaskaniem policzka
wierzchem dłoni; musimy tłumaczyć swoje żywioły
przemawiające przez ciało, którym mocno kochamy
(piękne prostytutki i żonatych mężczyzn) i w które
zbieramy samotne nawyki (zasypiasz w metrze
oparty o ścianę, ja ciągle zostawiam krew na wannie).

Jednak wiemy na pewno - śnimy dla siebie miejsce
(tylko Ty potrafisz wyszeptać jego pierwotne imię),
gdzie ludzie stają się bogami, choć ciała przyległe
do ziemi:

pamiętam, włosy masz ciemne jak noce
nad oceanem, nigdy nad Meksykiem - Twoje miasto
na jeziorze odbija całe światło gwiazd; moje włosy,
jak burzowe kanały piramid, spadają prosto do serca
- gdybyś wyjął mi je z klatki i przyłożył do mapy tam,
gdzie Europa, ten kształt, przysięgam, to byłaby
Polska.



Teotihuacan (w nahuatl) - miejce, gdzie ludzie stają się bogami




List do Mexico City IV

Wystarczy przewrócić poduszkę na drugą stronę, żebyśmy się spotkali.

Gabriel Garcia Marquez "Oczy niebieskiego psa"


Mój drogi Mauricio, który to już sen? Czy Ci się śnię
z doskonałym ciałem? Może moje włosy są rude
i chłodne jak wrzesień w Polsce - wtedy głaszcz
gołymi palcami. Pilnuj cierpliwie tych snów, ocean
wyschnie i zejdą się kontynenty, choć teraz, wiem,
nie możesz mnie przykryć, kiedy kołdra zsunie się
z ramienia.

Mój drogi, słychać już dźwięk pociągów, odległy
jak szum krwi, gdy przysunąć się do dziewczęcej
łopatki. Ty dopiero zasnąłeś, u mnie ktoś za chwilę
upuści łyżeczkę; ale nie martw się, że zapomnę,
popatrz - rozgrzewam wargi, coraz mocniej
przyszywając do ust latawce Twoich słów,
popatrz - moje wargi są wreszcie czerwone.




List do Mexico City V (Huitzilopochtli)

Każde lato zawsze tak szybko mija
Znajdź mi sposób, by je zatrzymać

Porcupine Tree "Trains"


Mi querido, piszę do Ciebie na coraz bielszym papierze,
a jego bordiury zdobione słowiańską sztuką chowania w domu
pierwotnych żywiołów. Wybacz, że ciało mam tak uległe
dla wschodnich opętań; choć każde na nowo wyziębia
wewnętrzne asymetrie, moja dłoń wciąż tak samo ciepła
i czuła - dla Ciebie.

Dlatego głowę tak męczą jasne epifanie, coraz gorętsze usta
i modlitwy: daj mi swoje bóstwo od słońca i krwi, ilustratora
gładkich ciał, z których otwartych żył jak ogień na bruk piramidy
codziennie leje się nowy świt; od Ciebie przyjmę wszystkie kataklizmy
na słabą melodię: To die by your side is such a heavenly way
to die.


P.S.
Mi querido, może jesteśmy jak parasol z Place de la Concorde
- wciskamy się sobie pomiędzy żebra i dalej, w ciemne sienie
serca, w jego ciasne komory; może trzeba na to pozwolić,
nie wyjmować z wrażliwego miejsca?



Huitzilopochtli (w nahuatl: koliber z południa) - aztecki bóg słońca i wojny

To die by your side is such a heavenly way to die
The Smiths - There is a light that never goes out




List do Mexico City VI (Itzpapalotl)


Piszę do Ciebie codziennie - jak można pisać do umarłych
lub samego siebie - na ścianie dłoń układa cienie w kształty
powszednich katastrof (wybacz, jeśli zbyt gwałtowna figura
była podobna do dymiącej góry); wiem, że byś powiedział,
że nigdy nie pamiętam o rzeczach, które mogą mnie zranić.

Ale bądź o mnie spokojny, podobno mogę już być jak Twoja
słodka Itzpapalotl z ciałem ciemnym i lśniącym, odbijającym
nawet najsłabsze światło; bądź spokojny, mój dobry patolog
mówi, że jestem zdrowa, choć co wieczór wchodzi we mnie
ta sama choroba - myślę o sprzedawcy noży, o rigor mortis.

Mogę tylko czesać się w łóżku jak dziewczyny z piosenek
argentyńskich - to język równie pierwotny co język motyli,
dłonie znają go na pamięć, wolne od niespokojnej filologii,
a w spóźnionych podróżnych ta astronomia zmieni kierunki
- więc niech w domu chorej okna stoją otwarte na oścież.



Itzpapalotl (w nahuatl: motyl w kształcie noża z obsydianu) - aztecka bogini gwiazd

Popocatepetl (w nahuatl: dymiąca góra) - wulkan w Meksyku







Zabawy z niedomkniętym oknem (kołysanka argentyńska)

najlepszemu Adamowi


Podobno wrzesień może przynieść rozgrzeszenie;
czyjeś ciało konfesjonalne, z litego drewna, przygarnie
usta zbielałe jak papierowa łódka (na cierpliwych morzach
mających swój zaczyn, gdzie noga stolika do herbaty).

Bo wtedy dach zaczyna przeciekać, rozplata mokry warkocz
i najcięższe koszmary opuszczają ciało - nawet jeśli ostatni
zostawi na skórze wycięte miękko łuny jasnych obiektów,
przecież każde drobne uniwersum uniesie się z podłogi

i wywróci na wrażliwe strony. Potem będziemy mogli
nieostrożnie śnić o sobie: stojących (może wciąż jeszcze
na jednej nodze) po kolana w wodzie, lśniącej giętką symetrią,
gdy dłonie obracają gładki kamień, a stopa zanurzona

w niebo.




Dziewczynka z owocem granatu

Miłość jest tęsknotą po utraconej połowie nas samych.

Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"


To letalna liturgia tego dusznego miasta:
włosy mam ciemne jak nóż z obsydianu,
którym spod piersi wykrawa się mięśnie
czerwieniejące niczym słodki owoc granatu
w twojej doskonałej ręce.

Mi desmemoriado, wybaczam ci wszystkie
nielitościwe empiria, nasze przyszłe noce
zamykam pod powieką, wstrzymuję oddech;
jak czysty trójtlenek barwi mi wargi tęsknota,
ta najcięższa, którą trzeba było zapomnieć
nim dosięgła serca.



Mi desmemoriado - Mój niezapomniany




Pomarańczarnia


Pilnujesz mnie nawet we śnie: kiedy pochylam się
w przepaść, odgarniasz moje włosy (skórki cytrusów
rozcierane w dłoni - wonne obietnice ciała), żeby

nie odbarwiły ich ciemniejące przejścia, nie zamoczyły
podziemne wody, nie wplątały palce pięknych dybuków.

Mój niezapomniany, jeszcze żyjemy, jeszcze się budzimy,
ale już możemy dzielić miłość, ten najczerwieńszy owoc
granatu - wybierać palcami, każde ze swojej połowy.




Pomarańczarnia II


Dziecięce proroctwa na upalnym strychu
- ziemia połyka pestki i wykrztusza motyle
na zielonych łodyżkach; to były kraje ciepłe
jak teraz nasze ciała, a w sercach zawieszone
klatki z dzikimi ptakami odkrywane na noc
(najpiękniejsze papugi, które uczymy mówić
o miłości).

Mój niezapomniany, to boska kartografia:
miejsce o temperaturze, w której wrze krew
najsłodszej barwy belgijskich truskawek


________

Kiedyś, Reczyńska napisała o sobie

Od niedawna mam 21 lat. Studiuję filologię polską. Można znaleźć mnie w Kielcach. Biorę udział w Slamach, ponieważ jestem strasznie nieśmiała.”

Marek (Ciućka) Olszewski na łamach Aurea Dicta tak się o Niej wyraził

"Gdzieś przeczytałem, że przejęła styl po Rafale Wojaczku i znów muszę zaprzeczyć - Ona jest współczesnym Wojaczkiem."

Byłoby uczciwie, gdyby Marek (Ciućka) Olszewski podał, kto napisał ten idiotyzm i gdzie go przeczytał. No, mniejsza o bzdury!

Jeśli wiersz wyłożony jest od wnętrza tapetami czarnych gwiazd, jeśli jego tynki odpadają, ukazując strukturę szkieletu złożoną z brudno-czerwonych cegieł a strofy kryją śmiercionośne słowa, takie jak wódka, kiełbasa, kurwa, samotność czy noc, znak to dla wielu niechybny, że autor to nowy Rimbaud. Albo Ginsberg. Albo Bukowski. A już na pewno - Wojaczek. Że nie jest sobą. Więc Ciućka napisał "Ona jest współczesnym Wojaczkiem." Z naciskiem na „jest”.
Przypomnijmy Ponieważ jestem strasznie nieśmiała. Rafał Wojaczek nie był nieśmiały. Był chorym awanturnikiem o rozpitej, ciężko chorej jaźni; poetyckim Franzem Kafką a la Polonaise, którego mózg zasiedlały wiecznie czuwające upiory I wielkim poetą był, swoją poezją rozsadzając dookolną rzeczywistość. A że pił? A kogo to obchodzi...
Nikt już nie będzie drugim czy siódmym Wojaczkiem. Podobnie, jak nikt być nie będzie „drugim” Rimbaudem, Bukowskim czy Wysockim. Może być co najwyżej ich epigonem. Iga epigonem jest lecz - na szczęście dla polskiej poezji - epigonem wyłącznie Igi Reczyńskiej. I nikogo więcej.
A więc ustalone - Reczyńska nie będzie w żadnej szufladce poetyckich idoli pod hasłem "autorka pisze jak....", bowiem kto szufladkuje twórcę materii tak ulotnej i złudnej jak poezja, ten staje się przedstawicielem jakiejś literackiej Szuflandii; osobnikiem niepoważnym, z brodą i w czerwonym kubraczku.
Poniżej są wczesne wiersze Igi. Nie sądzę, by je pisała pod 24 watową żarówką zawieszoną nad nieheblowanym stołem w jakiejś straszliwej melinie-mieszkaniu. Oto, pijana, wpatrzona w półlitrówkę i z petem w kąciku zaślinionych ust, zbrzydzona ohydą swego życia, niczym pająk wysnuwa lepką nić dekadenckich wersów a do okien dobija się świt jawy
- O, jakże tam straszno...
________

Boli Mnie Ten Wiersz

wódka
butelka po wódce
szkło pod powiekami
topnieją mi rzęsy

staję na palcach
wciąż nie mogę dosięgnąć
tych tanich pragnień
drętwieją mi palce

spójrz jak nie umiem tej miłości
łgarstwem rozmawiam z ciałem
aż do skurczu dłoni
milczy mi ciało

język za ciasny jest na słowa
głód skowyczy mi w ustach
i boli mnie ten wiersz
co rozkrwawia mi wargi


Etatowa Muza

chciałabym pokazać panu
moją ciepłą melancholię
zaplątaną w żyły kłamstwa i prymitywne żadze
tę smutną słodość
wrośniętą między pokrzywy a rozkładające się ciało

ale to później Panie Poeto
jeszcze nie teraz
teraz się kochamy

teraz jest pan poetą proszę pana
a ja pasuję panu do wierszy

teraz Panie Poeto
na tym niecierpliwym dachu
pozwalam panu lizać moje wargi
i pieścić palcami moją gładką maskę


Ecce Homo

jestem

ślepym włóczęgą
co sypia pod twoim oknem
i lubi grzebać w twoich śmieciach

brudnym Chrystusem
co przepił swoją koronę cierniową
bo zabrakło srebrników

płatnym bluźniercą
skazanym za obrazę sądu
i umyślne spowodowanie swojej śmierci

seryjnym samobójcą
któremu choroba pisze wiersze
o wilkach rzęsach i wódce

jestem

sprzedawcą cierpienia
bo już nie ma poetów przeklętych
teraz są tylko "przeklęci poeci!"


PROJEKCJE WROCŁAWSKIE



Rafałowi choć nie Wojaczkowi


To okno histeryczne jak długie zwrotniki
rozciąga sine strefy (niczym zimną skórę),
rozdrapane do limfy – jak żywe – obszyte
bliznami, jakby to był mój tapczan, na którym

odcisnęłam się cała w kształty niepobożne
swoim ciałem wilgotnym, ciepłym od infekcji;
ty będziesz pruł je palcem, aż ci się rozłożę
jak przygarnięte szczenię – i wrócisz do dzieci

jak się wraca do roślin czułych oraz gładkich.
Później znowu ktoś obcy u mnie śpi, zawilgłą
sierścią do nóg się łasi; może to nie matka
o białym niby całun języku i tylko

noc tuli się do kolan, tak po domowemu
- jak pies miły i ufny, który pachnie ziemią.





___________


 

ANNA MARIA GOŁAWSKA






Anna Maria Goławska - ur. 1974 r., Otrzymała II nagrodę w Krośnicach w konkursie „O ludzką twarz człowieka 2000”. Publikowała wiersze i artykuły m.in. w Akcencie, Akancie, Gazecie Wyborczej. Autorka przewodnika "Toskania, Umbria i okolice" oraz dwóch tomików wierszy: Postępująca personifikacja i Sumienna rzeźniczka. Mieszka w Lublinie i okolicach Warszawy. 

 




dorastanie

kiedy mężczyzna wychodzi
dziewczyna ściąga przez głowę
aksamitną suknię kobietę
wygładzając zmarszczki
materiału starannie
wiesza ją w szafie
nie zaglądając do lustra
związuje gumką
potargane włosy
puszcza zielone oko
do włóczkowego misia na tapczanie
krzywym pismem
objawia sekrety
pamiętnikowi o okładkach
w kwiaty i serca
gryząc ołówek i palce
powtarza zadane lekcje
mruczy słowa i wybija rytm
popularnej piosenki
zimną bosą stopą
druga skarpetka gdzieś
się zapodziała
z parapetu machając nogami
szczerzy zęby do dzieci z podwórka
widząc z daleka
mężczyznę powracającego
śpiesznie poprawia uśmiech fryzurę
i wkłada miękką sukienkę
coraz sprawniej i coraz rzadziej
tyłem na przód


***

wysyłają mi na pomoc
kalekie uśmiechy słów
a przecież to ja jestem silna
i wierzę w siebie
wierzę że budząc się
w jakimkolwiek miejscu
i o jakiejkolwiek porze
będę ciągle tym samym
skończonym ciałem
wierzę że oddając się każdemu
na wszystkie sposoby
przez nikogo nie zostanę
zabrana od siebie doszczętnie
wierzę że obracając się
przez całą ciemność
z boku na bok
z pleców na brzuch
nie zdołam naraz
obrócić się w proch

jestem pewna mojego istnienia
wierzę że kant ściany
rozbija wściekłe wahadło głowy
wierzę że palce
mojej prawej ręki
obejmą i udźwigną
trzonek stalowego narzędzia
jestem taka silna wierzę

***
na imię mam marta
mówię do ciebie zupą
krzyczę kawałkiem
bordowej wątroby
słucham cie czystym
kołnierzykiem koszuli
a jednak nie mówisz
wszystkimi językami świata
stoisz z nią
gładkodłonną marią
która wybrała lepszą cząstkę
ale ja wciąż jeszcze
mam wybór
mogę nadal karmić
jej śniade
zasmarkane dzieci
albo mogę
przestać


***
oparłeś dzisiaj lekko
dłoń na moim ramieniu
a mi tam dusza rośnie
drżąco pierzaście dziwnie
i jak ja się teraz oddam
martwej ciężkiej ziemi
z takim ledwie rozkwitłym
trzepotliwym skrzydłem


marii

ja jestem
z innego błota
ja jestem miłość
tęsknota
lepszość
ja jestem
wybranka światła
boginka kwietna
ja jestem
dobra wróżka
na niedobrych ścieżkach
drobnostka
poetka


***
w wilgotnej nadrzecznej trawie
dwie prawe stopy
i dwie stopy lewe
węszą za sobą
ostrożnie

zawstydzająca jest
ich białoskóra bosość
i nawet brudne ziemią
od spodu
pozostają czyste

łakną się zbyt nieśmiało
więc tyłem piętami
coraz bliżej się łaszą
gotowe odbiec
płochliwe

aż łączy się rozerwane
kiedyś powoli ciało
moja wiara
może przyrosnę na nowo
długą wypukłą blizną

***
słońce wam dostojnie
oddaje ostatnie pokłony
czeka na zapatrzenie
w siebie
na krótką myśl
o ciągłym cudzie
stoicie plecami
oparci o najwyższe dary

o słońce
ludzie nie są warci
zachodu

***
ocal mnie od rozumiem
od widzę i słyszę
od rozdawania i zachowywania
od czynienia dobra i czynienia zła
od pragnienia i od nadmiaru
daj mi sprawiedliwość słońca
i obojętność powietrza
i wywiedź mnie z uczestnictwa
ziemi świadomej
z domu niewoli

***
kropelko życia
główce twojej nie rozumiejącej
jeszcze
opowiadam miłość
i wielką prawość świata
stópkom twoim
przyjazność trawy i piasku
rączkom
ciepło bliźniego ciała
opowiadam ci też
(zanim złem je nazwą)
lęk i nieświadomość
opowiadam
żebyś miał mocną tarczę
lecz nie chciał sięgać
po miecz

***
bo czasem podchodzisz do mnie
od tyłu
twój oddech pochyla mi głowę
a moja szyja i kark
stają się świeżą gliną
wołającą o rysunek i kształt
zęby twoje i język
dlatego nie pozwolę nigdy
moim włosom urosnąć


SZTUKA MIEJSCA

gdyby ktoś (może ten reżyser K.)
sfilmował nas jak starzejącym się rankiem
lub wolno raczkującym zmierzchem
idziemy zgasić\ zapalić latarnie
w tej wsi – osiem dusz – ostatniej być może
gdzie takie rzeczy nie dzieją się automatycznie
przede mną dwa psy
czarna przybłęda z ciężarem pięciu
martwo urodzonych szczeniaków
i podpalany chęcią nieskrępowanej wędrówki
podkopywacz płotów sąsiedzki uciekinier
za mną buro-biały niczyj kot miękki poduszkowiec
podbiegający co kilka kroków
pośrodku ja niespodziewanie osadzona w roli współwłaścicielki starego domu
w którym nikt już nie chce mieszkać
ale wciąż wyposażonego w ręczny włącznik światła

niektórzy uznaliby ten stale ruchomy obraz za realizację
artystycznego zamysłu twórcy
nie codzienną rzeczywistość
i także by się nie mylili


SUPERMARKET

mieszkam na przedmieściu
gdzie samochody bez twarzy
zamykają za sobą bramy z „security”
nie znam tu nikogo a pan
jest taki niezmiennie otwarty ciepły
pana wewnętrzne poukładanie
wzbudza poczucie bezpieczeństwa
prowadzi mnie pan od rybiej lodówki
przez pachnące balsamy
ku gorącym ciasteczkom
mogę patrzeć dotykać smakować
pan zostawia czas na decyzję
nie zmusza jedynie zachęca
i coraz to inną rzecz oferuje
niemal za darmo
a przecież nawet uczucia kosztują

ja wiem pana nie stać na stosunki
z wyłącznie jedną kobietą
ale tak chciałabym żeby choć raz
wsunął pan swój czerwony liścik
tylko pod moje drzwi
.