Polska Szkoła Prozy


CZY DLA LITERATURY ŚWIATOWEJ ISTNIEJE


"POLSKA SZKOŁA" ?




W światowym słowniku kultury istnieją pojęcia polskich szkół: filmu (fabularnego i krótkometrażowego), teatru, baletu, plakatu, tkaniny, form przestrzennych i muzyki. Nazwiska takie, jak:

Andrzej Munk, Andrzej Wajda, Jerzy Kawalerowicz, Wojciech Jerzy Has, Tadeusz Konwicki, Kazimierz Kutz, Janusz Morgenstern, Ewa i Czesław Petelscy, Stanisław Różewicz; Jerzy Grotowski, Józef Szajna, Tadeusz Kantor, Henryk Tomaszewski, Magdalena Abakanowicz, Władysław Hasior, Jan Młodożeniec, Franciszek Starowieyski, Krzysztof Penderecki, Witold Lutosławski, Mikołaj Górecki 

- to nazwiska, które wykreowały owe "polskie szkoły", znane i cenione na całym świecie. A czy przymiotnik "polska szkoła" istnieje także w odniesieniu do prozy? A jeśli ktoś twierdzi, że tak, istnieje, to kto w niej, w tej Polskiej Szkole Literatury wykłada Urbi et Orbi od 1945 roku?

Z pewnością
świat na pewno zna i ceni Tadeusza Konwickiego, na pewno - Janusza Głowackiego, z pewnością Marka Nowakowskiego i...? I? Dlaczego nie ma polskiej szkoły prozy; co powoduje, że jesteśmy w zakresie nowych form literackich zapleśniałym, zapyziałym i beznadziejnie anachronicznym zaściankiem Europy? Nie, nie Proszę Państwa, Andrzej Brycht, Edward Redliński, Paweł Huelle czy Dorota Masłowska nie stanowią dla "świata" żadnej szkoły; podobnie, jak 500 czy 800 nazwisk krajowych pisarzy, od 1945 roku piszących tak samo, to samo i dla tych samych.

Oczywiście,
zrozumiem chęć urwania mi głowy i krzyk oburzenia
- Jak to: nie tworzą żadnej szkoły? Huelle nie tworzy? Huelle, Masłowska nie tworzą? Cały świat ich zna i docenia!

Oczywiście,
że "cały świat" ich zna i docenia; świat Polonii i świat specjalistów od literatury polskiej a - świat czytelników? Jak to jest ze znajomością polskich pisarzy i ich dzieł AD 1945-2008 wśród tzw. "zwykłych czytaczy"?

Otóż tak:
z pisarzami tworzącymi u nas w powyższym okresie jest dokładnie tak , jak z tymi "mega-gwiazdami" polskiej muzyki i seriali - już o jeden metr za mostem na Odrze czy Nysie Łużyckiej nawet pies z kulawą nogą nie zna i nigdy nie słyszał ani widział tych "mega-gwiazd"; no, chyba że znaleźli się szczególni koneserzy.

Razu pewnego
piłem wódeczkę i rozmawiałem z pilotem linii lotniczych SABENA; człowiek wykształcony, erudyta-intelektualista; strzelał nazwiskami i tytułami pisarzy z całego niemal świata; pił polish vodka i rozwijał wątki coraz to nowych kręgów literackich, o których miałem blade pojęcie.

Zapytałem o jego znajomość polskiej literatury.
- Sienkiewicz? Quo Vadis. Bruno Szulc? Sklepy Cynamonowe. Konwicki? Mała Apokalipsa, Dziura w Niebie. Głowacki? Antygona w Nowym Jorku. Nowakowski? Układ Zamknięty, no i... O! Ucieszył się - Miłosz! Aaa, nie, Miłosz nie. To Litwin...
Pomyślałem litościwie 
   - No, będzie tego katowania, ; pijmy i śpiewajmy.

Dane mi było także rozmawiać z fotografikami, grafikami, malarzami i rzeźbiarzami o nader znanych w Europie nazwiskach i reakcja - jak wyżej. Więc gdzie tkwi błąd? I w czym tkwi przyczyna, że jeśli współczesną polską książkę wezmę do ręki, to za każdym razem mam nieodparte wrażenie, iż (stylistycznie) to albo Żeromski albo Prus, albo też dla odmiany Żeromski lub w najlepszym przypadku - Prus?...

Do czego zmierzam?
Zmierzam do tego, że czuję zmęczenie polską literaturą współczesną, która za komuny opisywała życie robotnika, chłopa i strażnika zakładów przemysłowych albo pani sklepowej romansującej z księgowym acz rozumiem "szczupłość" tematyczną: to były tematy dozwolone cenzurą.

Teraz, 
"kiedyśmy som Amerykany" czuję zmęczenie literaturą, jaką produkuje się u nas na obraz i podobieństwo jakiegoś Holly- czy Bollywood: żeby miała "branie". I żeby były naręcza cycków. Ale żeby było "o i dla prostych, zwyczajnych ludzi"; "z ich problemami codziennymi". Ale przede wszystkim - żeby napisane było "fajnie". I o bardzo "fajnych" sprawach, jak seks, narkotyki, kariera w reklamie i filmie, długi; mafia czyli miszmasz "Zabij Mnie, Glino" + "Psy" + "Killer" a wszystko razem: "Plebania". W konsekwencji, jest tak fajnie, że porzygać się można!

Ja wiem, że a hard day's night Polak i Polka mają prawo do wypoczynku; mają prawo do niemyślenia. Do relaksu. Do obejrzenia przy chipsach i coca-coli jeszcze jednego "fajnego" serialu, do przeczytania jeszcze jednej "fajnej" książki o duchowych rozterkach pt.: - A z kim to ja dzisiaj jestem w ciąży? jakiejś gospodyni domowej, albo do pooglądania "Cosmopolitan" w poszukiwaniu przepisu na powiększenie cycków (kosztem mózgu).

Rozumiem to doskonale, więc nawet wyzwiskami nie obrzucam polskiej intelektualnej mierzwy, bo jak trafnie zdefiniował mój Przyjaciel Wojtek

- Dopóki mierzwa żyła w komunie, nie odróżniała się od drzew, grzybów i zwierząt leśnych. Teraz modyfikuje świat stuknięciem w klawiaturę.

Przeraża mnie, że modyfikuje ten świat na obraz i podobieństwo swoje.







__________


KONSTANTY A. JELEŃSKI

DRAMAT I ANTY-DRAMAT

(końcowy fragment)


[...] Zamachy na formę i fascynacja niedojrzałością doprowadziły go do dzieła. Ale przez to samo doprowadziły go do formy i do dojrzałości. Miarą czujności Gombrowicza jest jego świadomość, że dokonanie było również pułapką. W Dzienniku z roku 1966 wyrzucał sobie jeszcze, że "nie potrafił wyrazić należycie swego przejścia z niższości w wyższość, tego przewekslowania z Gombrowicza nieznacznego na Gombrowicza znacznego". W dwa lata później w Rozmowach, "przemyśliwa nad rozmaitymi podstępami... by zbuntować się jeszcze raz, na stare lata, tym razem przeciw niemu, Gombrowiczowi", by "powrócić do pra-początku, skryć się znowu w gąszczu owej Niedojrzałości wstępnej".



Collage Sławomir Majewski



Jak na Administratora przystało, korzystam z prawa do ułożenia listy Twórców i Wykładowców Polskiej Szkoły Prozy, których styl pisania, nadając literaturze polskiej europejski i światowy format, według mnie zapełnia lukę między Żeromskim a piszącymi dzisiaj jakimiś "Kowalskimi".

W czym tkwi dla mnie wielkość i nowatorstwo tych pisarzy, których wybrałem spośród tysięcy nazwisk polskich autorów? W tym, co dla mnie najważniejsze - w ich zmaganiach nie z tematem czy tworzywem ile z budową zdań; z ich konstrukcją i czasoprzestrzennością; z walką z czasami: przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, które (jak w rzeczywistym myśleniu), splatają się ze sobą w jedno stanowiąc - i owszem - trudność dla Czytelnika w rozumieniu treści ale zbliżającymi go jednocześnie do relatywnej "prawdziwości" zapisanego.

Pomiędzy Marcelem Proustem, Louisem Aragonem i Andre Gidem a francuskimi pisarzami dnia dzisiejszego, istnieli tacy twórcy, jak np. Albert Camus czy Boris Vian, których pisarstwo właśnie na tym polegało - na poszukiwaniu nowych form stylu i sposobu podania myśli. Na szukaniu odmiennego od klasycznego sposobu narracji; odmiennego od stylistyki a la Balzac, Stendhal czy Guy de Maupassant.

Literatura polska utknęła na narracji i stylistyce zaprezentowanej w "Rozdziobią nas kruki, wrony" Żeromskiego; niczym piana wodna dokoła skały, kłębi się wokół narracji a la "Noce i Dnie" Marii Dąbrowskiej jakby nie było Emila Zegadłowicza czy Andrzeja Kuśniewicza...

Z pewnością lista nazwisk zawarta w odsyłającym do nich linku




nie jest kompletna. Będę szukać brakujących ogniw, czekając na propozycje Czytelników.



__________



ADAM CZERNIAWSKI








Uprzejmość Autora sięgnęła zenitu w dniu, w którym postylion wręczył mi paczuszkę zawierającą najnowszą Jego książkę, wysłaną przez Edytora – Wydawnictwo Norbertinum w Lublinie. Prezesowi Zarządu Norbertinum, Panu Piotrowi Sanetra – stokrotne Merci za książkę i załączony do niej list niezwykle uprzejmy.
Czym są „Gry i Zabawy”? Dla mnie – wspaniałym come-back do literatury przez duże L. Takiego pisania prozy, o którym współcześni młodzi literaci pojęcia nie mają, bo na co dzień żywią się headlineami i headline tworzą. Adam Czerniawski wyimaginował coś w klimatach Allana Edgara Poe z nieokreślonymi lekkościami bytu Milana Kundery. I jeszcze więcej, ale co jeszcze – napisać nie umiem, bo dla mnie za wysokie to literackie sfery.
Ja o polskich pisarzach współczesnych nieczęsto. A dobrze – właściwie nigdy. Za niedorobionych epigonów Żeromskiego ich mam. Tak mam, że ich mam... Ale Pan Czerniawski to format nad formaty. Pisanie klasyczne. Powie ktoś – a co to za książka, ledwie 49 stroniczek! A ja odpowiem, że trzeba być literatem z kości i krwi literackiej, żeby na 49 stroniczkach napisać życie i tym życiem czterdziestodziewięciostronicowym zachwycić Czytelnika.
Czy należy pisać o napisanym wspaniale, czy lepiej nasłać, napuścić na tę książkę wszystkich, którzy o pisaniu marząc, pojęcia o pisaniu nie mają a od Adama Czerniawskiego uczyć się mogą, jak pisać? Napuścić lepiej, więc napuszczam – idźcie i czytajcie!

Sławomir Majewski
.

Adam Czerniawski




Przeczytałem Krótkopis 1986–1995 pióra Adama Czerniawskiego. Poeta, tłumacz, prozaik od przedwojnia żyjący i tworzący na emigracji. Człowiek wielce myślący. Pierwszy raz od wielu lat czytałem prozę napisaną przez żyjącego Polaka. Nie czytam prozy żyjących Polaków. Żyjący polscy pisarze nie mają nic do napisania. I nawet tego nic napisać nie potrafią. Z Adamem Czerniawskim jest na odwrót, to człowiek wielce myślący.

Krótkopis przeczytałem dwukrotnie, odkładałem zakończenie w obawie, iż dobra lektura się skończy i zostanę bez dobrej lektury. Książkę Marguerite Yourcenar pt. Kamień Filozoficzny za pierwszym razem przeczytałem do połowy. Odłożyłem z lęku, iż dobra lektura się skończy i zostanę bez dobrej lektury. Choć odłożoną połowę mogłem przeczytać w cztery godziny, sączyłem dwa dni. Skończyłem i zostałem bez dobrej lektury. Więc zacząłem ab ovo. 

Kto wydał rozkaz, by zdania nie zaczynać od słowa „więc“? 

Więc Krótkopis 1986 – 1995. Skończyłem czytać i zostałem bez dobrej lektury. Wziąłem się za Wampeter, Foma i Granfalony Kurta Vonneguta. I Wyżej podnieście Strop, Cieśle J.D. Salingera. Potem Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda. Tyrmand? A co z „żadnych współczesnych mi Polaków!“? Tyrmand wyemigrował z Polski wieki temu. Jak Gombrowicz. Tyrmand nie żyje. Jak Gombrowicz. Gombrowicza czytam. O, na przykład Ferdydurke czy Transatlantyk. Więc Tyrmanda też czytam. O, na przykład Zły.  

Zasadę łamię jeszcze dla Tadeusza Konwickiego. I Marka Nowakowskiego, a co mi tam. I Jana Himilsbacha. A co mi tam. Ze współczesnych mnie Polaków czytuję poezje „starych“, Herberta, Barańczaka, Wojaczka. I kilkorga innych. A z „młodych“ Karolinę Grządziel, Dariusza Sikorę Goddama, Annę Marię Goławską. I kilkoro innych. 

No przepraszam, a taki Miłosz?

A takiego Miłosza nie czytam. Nie jest nawet niewspółczesnym mnie Polakiem. Natomiast poezje Oskara de Lubicz-Miłosza czytam. Znalazłem je w zbiorze „francuskich poetów katolickich“ wydanych przez PAX w latach pięćdziesiątych (lub sześćdziesiątych). A propos, czy określenie „francuski poeta katolicki“ jest zaszczytem czy obelgą? „Francuski poeta ateistyczny“. Napis na cokole pucharu dla idioty.

Krótkopis 1986 – 1995 Adama Czerniawskiego stanął na półce pomiędzy Song of Myself Walta Whitmana a 100 Lat Samotności Gabriela Garcii Marqueza. Na tej półce ustawiłem też Ulissesa Jamesa Joyce, Dzienniki 1660-1669 Samuela Pepysa, Życie Jezusa Chrystusa Giusepe Ricciottiego, Imię Róży Umberto Eco. Oraz dzieła Norwida, Platona, Bułhakowa i innych wielkich pisarzy.


 


ADAM CZERNIAWSKI

Od czasów studenckich wychowywałem się na "Kulturze". Przez dziesiątki lat numery pisma pojawiały się w domu regularnie. Odmierzać nimi można było czas, jak odmierzają czas wschody i zachody słońca, jak odmierzają pory roku. Jakże trudno więc pogodzić się z faktem że nr 637 był ostatnim, że ustalony porządek załamał się nieodwołalnie. Czytałem Mieroszewskiego, by się dowiedzieć co się dzieje w moim Londynie, czytałem Pankowskiego i Brzękowskiego, by się dowiedzieć, co się dzieje w poezji, czytałem Gombrowicza, by się ubawić, podziwiałem Bobkowskiego, przez jakiś czas nawet czytałem Miłosza, ale unikałem gadaniny Herlinga-Grudzińskiego; słuchałem mądrych rad Redaktora, jak się ustosunkowywać do kraju w tamtych, jakże trudnych czasach. 

Już ćwierć wieku temu Pan Redaktor zwierzył mi się, że po jego śmierci "Kultura" przestanie wychodzić. Ale czy przypuszczał wówczas, że doczeka się końca okupacji sowieckiej? Niewielu z jego pokolenia się doczekało. W latach 50. "Kultura" wydała nr specjalny, w którym uczeni zastanawiali się, które z przemian w Polsce są odwracalne. Podszyta maniakalnym Heglem "Trybuna Ludu" nie mogła się powstrzymać od szyderczego śmiechu. 





W 1956 r. zadebiutowałem w "Kulturze" wierszem Wakacje nad morzem oraz rocznicowym, a raczej anty-rocznicowym, esejem Mickiewicz, którego tytuł Jerzy Giedroyć, Wielki Książę Litewski, Minister Kultury i Prezydent RP, zmienił na Mickiewicz w młodych oczach. Na przestrzeni blisko półwiecznej współpracy była to jego jedyna ingerencja redaktorska w moje teksty. A miałem okres, kiedy szczególnie moje agresywne listy do redakcji doprowadzały go do granic cierpliwości. Mój list broniący Tadeusza Różewicza przed haniebnym atakiem Herlinga-Grudzińskiego został zaopatrzony notą: ""Kultura" stosowała i stosuje najdalej posunięty liberalizm jeśli idzie o dział "Listów do Redakcji". Z tego też powodu zamieszczamy list p. A. Czerniawskiego. Natomiast ze względu na ton listu i specyficzną argumentację ani redakcja ani p. G. Herling-Grudziński nie zamierzają nań odpowiadać." Przekonany jestem, że notę skomponował nie Redaktor, lecz Savonarola-Grudziński.

Jakże to było różne stanowisko od stanowiska Mieczysława Grydzewskiego w "Wiadomościach", później utajonego tam Józefa Łobodowskiego (często anonimowo zastępującego następcę Grydzewskiego, schorowanego Michała Chmielowca) i Stefanii Kossowskiej, którzy kastrowali i cenzurowali bez pardonu wszelkie wypowiedzi, które im się nie podobały. Z rosnącym niepokojem obserwuję teraz objawy cenzury w prasie krajowej. Tym bardziej więc odczuwam brak pisma redagowanego przez człowieka klasy Wielkiego Księcia.
W 1962 r. zadebiutowałem w Bibliotece "Kultury" jako jej najmłodszy autor, a w 1966 r. Książę przyczynił się do zorganizowania dla mnie rozłożonego na pięć lat Nobla. Pozwoliło mi to zacząć życie od nowa.

Monmouth (Walia), 29 VIII 2001 r.



Autor (ur. 1934) jest poetą, krytykiem literackim, tłumaczem na j. angielski (m.in. R. Ingardena, C.K. Norwida, T. Różewicza). Od 1947, z krótką przerwą, mieszka w Wielkiej Brytanii. W 1966 r. laureat stypendium Fundacji Abrahama Woursella.


Czytaj więcej







J. Giedroyc J. Giedroyc  


_______________







Adam Czerniawski







SŁAWOMIR MAJEWSKI



RZECZ O PISARZU



Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na zaszczyt który mnie spotkał w dniu wczorajszym... Oto doręczono mi z Anglii przesyłkę a w niej - książkę Pana Adama Czerniawskiego pt. Akt



 
Powie ktoś: i cóż z tego, książka jak książka? Otóż nie, Akt to książka nie byle jaka, albowiem wydana w roku 1975 przez słynną, nieistniejącą już Oficynę Poetów i Malarzy założoną przez Krystynę i Czesława Bednarczyków.
Siedziba Oficyny mieściła się pod jednym z przęseł wiaduktu kolejowego łączącego stacje Charing Cross i Waterloo i działała pod tym „adresem” do końca 1991 r. kiedy to Czesław Bednarczyk poważnie zachorował. Po jego śmierci w dniu 12 czerwca 1994 r. w Londynie, Madame Krystyna nadal użytkowała starą pedałową maszynę drukarską przeniesioną do jej prywatnego domu, pozostając czynną zawodowo aż do końca życia. Zmarła w Londynie 29 kwietnia 2011
Wśród autorów OPiM byli m. in. Stanisław Vincenz, Bolesław Taborski, Adam Czerniawski, Czesław Miłosz, Kazimierz Wierzyński, Jan Lechoń, Stanisław Baliński, Antoni Słonimski, Wit Tarnawski. Jerzy Stempowski.
Do chwili zakończenia działalności OPiM wydała ponad 1 tys. książek, przeważnie literackich. Obok książek Oficyna od 1966 r. wydawała kwartalnik literacki Oficyna Poetów. Taką oto wspaniałość tej Oficyny otrzymałem...
Na książkę Adama Czerniawskiego składa się siedem opowiadań plus Mitografia, której sens istnienia w tym zbiorze rozumie się natychmiast po przeczytaniu całości. Od Autora wiem, że wszystkie opowiadania włączone zostały do zbioru pt. Narracje ormiańskie. Opowiadania zebrane, (Wyd. W. A. B. Warszawa 2003 r.) Informuję z niekłamanym żalem: nakład wyczerpany!
Od chwili gdym przeczytał Adama Czerniawskiego Krótkopis, (Wyd. Gnome, Katowice 1998) a potem Gry i Zabawy (wyd. Norbertinum, Lublin 2013)  zostałem zauroczony wspaniałym stylem i  mądrością ich Twórcy. Na Akt rzuciłem się z pazurami w oczach. Dlaczego? Jakiś czas temu tak napisałem o twórczości literackiej Autora
Przeczytałem Krótkopis 1986–1995 pióra Adama Czerniawskiego. Poeta, tłumacz, prozaik od przedwojnia żyjący i tworzący na emigracji. Człowiek wielce myślący. Pierwszy raz od wielu lat czytałem prozę napisaną przez żyjącego Polaka. Nie czytam prozy żyjących Polaków. Żyjący polscy pisarze nie mają nic do napisania. I nawet tego nic napisać nie potrafią. Z Adamem Czerniawskim jest na odwrót, to człowiek wielce myślący.
Krótkopis przeczytałem dwukrotnie, odkładałem zakończenie w obawie, iż dobra lektura się skończy i zostanę bez dobrej lektury. Książkę Marguerite Yourcenar pt. Kamień Filozoficzny za pierwszym razem przeczytałem do połowy. Odłożyłem z lęku, iż dobra lektura się skończy i zostanę bez dobrej lektury. Choć odłożoną połowę mogłem przeczytać w cztery godziny, sączyłem dwa dni. Skończyłem i zostałem bez dobrej lektury. Więc zacząłem ab ovo.”
Akt to zbiór perełek literackich, skrzących się niekwestionowaną erudycją Autora, pełnych wyśmienitego humoru. Napisany w latach 60-tych i 70-tych jest zapowiedzią pewnego trendu w literaturze światowej, który objawi się w połowie lat 70-tych w postaci książek takich, jak Bolesny piątek Miguela Angela Asturiasa czy Moja osobista historia boomu Jose Donoso.
Może ktoś powiedzieć - skoro Akt to rzecz dawna, po co do niej wracać? Wracać trzeba po to, by wielu współczesnych młodych wyrobników prozy nauczyło się pisać. Po to właśnie. Albowiem nie może tak być, że ktoś zasiada do „pisania książki”, nie mając elementarnej wiedzy o Wielkich polskiej literatury. 
Nie wystarczy oglądanie obrazków w komiksach lub czytanie książek z serii Harlequin. Pisanie to rzemiosło, oparte na świadomości tego co i jak pisali przed nami ci, którym dzisiaj jeszcze do pięt nie dorastamy. Pisanie to weryfikacja samego siebie: co mam do powiedzenia i jak mam to powiedzieć czytelnikom. Adam Czerniawski nie tylko wie „co” ale także „jak” powiedzieć czym jest proza. Dlatego trzeba Go czytać.
Jest jeszcze coś na temat Autora – oto poza wspaniałą mądrą wielce prozą, w świecie jest znany przede wszystkim z przekładów polskiej poezji. 
Piotr Kuncewicz w Agonia I Nadzieja. Poezja Polska Od 1956 (Tom III) tak napisał

Adam Czerniawski (Warszawa, 1934) jak i inni peregrynował do Anglii przez ZSRR i Środkowy Wschód; jest anglistą i filozofem, znakomitym eseistą i poetą, wyjątkowo zasłużonym tłumaczem literatury polskiej, a współczesnej poezji szczególnie. Sam jest jednym z najciekawszych poetów dzisiejszych, nie tylko w skali emigracyjnej. Stanowi zarazem przedmiot wyjątkowo natarczywej gadaniny o wyobcowaniu polskiego poety nie mieszkającego nad Wisłą, wyobcowaniu podwójnym czy potrójnym zgoła (ze środowiska krajowego, spośród cudzoziemców, z getta emigracyjnego).
Mój Boże, od czasu gdy większość tych twórców odwiedza kraj i w ogóle uczestniczy w życiu kulturalnym Polski, ten bełkot staje się powoli bezprzedmiotowy. W końcu Hemingway latami mieszkał poza ojczyzną, Graves większość twórczego żywota spędził na Majorce i tak dalej, i tak dalej, a nikogo to jakoś nie obchodzi. Czerniawski do tego, jeśli się nie mylę, albo wiele czasu spędza, albo zgoła mieszka w Kencie, ogrodzie Anglii, jednym z piękniejszych miejsc świata, podobnie jak wielu innych twórców, od Conrada czy Wellsa poczynając, ale i pan Pickwick cenił te strony. To nie żadne wyobcowanie, ale udział w paru kulturach, w kilku środowiskach, przestańmy więc łzy krokodyle toczyć. Jak będziesz, Adam, w Warszawie, wpadnij do mnie, wytoczymy co innego (...)”
A teraz wypada zapytać
- Przyjacielu tam, gdzieś w Internetowej sieci – wiedziałeś o tym? Czytałeś cokolwiek pióra tego wspaniałego pisarza? Nie? Przeczytaj zatem! A jeśli kusi Cię by poszerzyć bardziej swoją wiedzę, zapoznaj się z pracą Pana Mariana Kisiela z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach pt. Notatki do Czerniawskiego. Znajdziesz je w linku do PDF poniżej 







____________________


ADAM CZERNIAWSKI

ASURBANIPAL I INNI


Idę oglądać płaskorzeźby asyryjskie.

Przy wejściu do British Museum ktoś mnie prosi, bym mu rozmienił dziesiątkę na dwie piątki.
Asurbanipal walczy, organizuje strategiczne oblężenia, bierze do niewoli; potem wypoczywa i ucztuje w ogrodzie; czasem służba wypuszcza mu z klatki lwa, któremu król łaskawie z tyłu miażdży łeb maczugą. Jak różni władcy przed nim i po nim, tłumaczy się z zamiłowania do rzeźni i katorgi odwoływaniem się do racji transcendentnych – jest przecież "panem wszechświata, także Asyrii".
Z reliefów dawno zlazły farby - zapewne oślepiająco pstre - ulotnił się także smród pobojowisk i aromat ogrodów użyźnianych wodami Tygrysu. Asurbanipal, boleśnie świadom ograniczonej wymowy obrazów, każe dodatkowo kuć słowa, które, na jego szczęście, dają się odczytać. "Badałem przestworza przy pomocy wróżbitów - oznajmia - rozwiązywałem wcale nie łatwe zadania arytmetyczne; zajmowałem się lekturą zdobnego pisma Sumeru oraz trudnego do opanowania pisma akadyjskiego; czasem udawało mi się rozszyfrować napisy sprzed potopu, a czasem piekliłem się na własną głupotę...".
Z całą uwagą śledzę losy tych Asyryjczyków, ich wrogów i sprzymierzeńców, ale w ostatniej sali jest nieoczekiwana perspektywa na rzeźbę Afrodyty. Notuję fakt, że jest rzymską kopią oryginału wykonanego przez Doidalsesa z Bitynii i rozmyślam na czym polega różnica między tą hellenistyczną wizją kobiecego piękna a schematycznymi pionkami wyreżyserowanymi przez poprzedników Muybridge'a i Meissonier'a.
I właśnie ktoś mnie prosi, bym mu wymienił dwie piątki na dziesiątkę. Nie wytrzymuję nerwowo i rozkazuję gwardii przybocznej uciąć mu głowę.
Żałuję tego odruchu już kilka dni później na cmentarzu w Nicei, gdzie pierwszą rzeźbą, którą widzę, jest deszczem i wiatrem starta kopia Afrodyty Doidalsesa, niefrasobliwie osadzona wśród aniołów stróżów i całego sztafażu chrześcijańskiego kultu zmarłych. Żałuję, bo widzę też teraz, dzięki ofierze mego królewskiego gniewu, że komentarz, w którym chciałem zastanowić się nad sformalizowanym gwałtem Asyryjczyków, przeobraża się w rejestr zagadkowych przypadków. Dlatego przepisuję sobie słowa z pobliskiego grobowca:

ś.p.
Zofia z Żórakowskich
Kościałkowska
umarła 6 grudnia 1898 roku
w wieku lat 75
Módlmy się za Jej duszę

adnotację w kącie płyty: "Cette concession réputé en état d'abandon fait l'object d'une procédure de reprise".
Dlaczego zapragnąłem uchronić od wiecznego zapomnienia Zofię Kościałkowską? Nic o niej nie wiem i niczego nigdy się nie dowiem. Jest to z mojej strony gest asyryjskiego majestatu, który jej zapewni prawdziwą nieśmiertelność.
W imię przypadkowości przepisuję też z płyty na sąsiednim cmentarzu żydowskim informację, że "cette urne renferme du savon à la graisse humaine fabriqué par les Allemands du IIIe Reich". Ewa pyta, czy Niemcy tego mydła używali do mycia. Zaskakuje nas pytanie młodzieńczo rzeczowe. Opiniujemy, że Niemcom chodziło tylko o wyrugowanie człowieczeństwa, nawet z zagłodzonych zamęczonych ciał. Szumią sosny. W dole dzieci grają w piłkę.
Następnego dnia, pokłoniwszy się przed grobem Gombrowicza, jesteśmy na wystawie bibliofilskich wydań poezji. Ann wskazuje wiersz, który zaczyna się od słów: "Quel est le lieu des morts...". Zastanawiam się chwilę.
Tak, ma rację, pasuje mi do hazardu zdarzeń. Ale czy zadowolę się spisywaniem wszystkiego od przypadku do przypadku? Kronikę tych wydarzeń należy chyba jakoś uzasadnić.
Tu elementem porządkującym jest może konkurencja kamiennych pomników ze słowem o gwarancję nieśmiertelności; a może właśnie przeświadczenie, że pozornie nieskorelowane doświadczenia same tajemniczo układają się w harmonijny związek.
O świecie, świecie, czy przenika nas grozą i radością twój domniemany ład czy chaos?

1978

BABILON V

Przerażał mnie pascalowy wszechświat
niezmierzonych pustek i przestrzeni
Teraz pod koniec wieku XX
widzę wreszcie, że Kopernik i Galileusz
niepotrzebnie ryzykowali życiem

Chcę spać w spokoju
na tej małej planecie
wokół której obraca się
słońce

1996




.

________




MAREK NOWAKOWSKI




MAREK NOWAKOWSKI. fot.: RZECZYPOSPOLITA 06-03-2008



Urodzony w 1935 w Warszawie, jeden z najpłodniejszych prozaików polskiej literatury powojennej, mistrz małych form narracyjnych, twórca realizmu peryferyjnego.

Debiutował w 1957 r. opowiadaniem KWADRATOWY na łamach "Nowej Kultury", które sygnalizowało - potwierdzony przez zbiory opowiadań TEN STARY ZŁODZIEJ (1958) i BENEK KWIACIARZ (1961) - pierwszy obszar ukazywanej przez pisarza peryferyjności. Był to świat marginesu, lumpów, prostytutek, doliniarzy i paserów, żyjących na marginesie spraw i kodeksów "normalnego" społeczeństwa. Półświatek ten stanowił tyleż przedmiot opisu, co fascynacji twórcy ze względu na - opiewaną niczym w TORTILLA FLAT Steinbecka - barwność: lump i jego subkultura charakteryzowali się, w ujęciu Nowakowskiego, okrucieństwem, ale i rygorystycznym respektowaniem własnego kodeksu, niezależnością wobec ideałów mieszczańskiego dorobku, ale i solidarnością wewnętrzną.

W kolejnych tomach (powieść TRAMPOLINA, 1964; zbiory opowiadań SILNA GORĄCZKA, 1963; ZAPIS, 1965; GONITWA, 1967; MIZERYKORDIA, 1971; UKŁAD ZAMKNIĘTY, 1972; ŚMIERĆ ŻÓŁWIA, 1973) pisarz poszerzył krąg peryferyjności: umieścił w nim - obok bohaterów dotychczasowych - także ludzi przeciętnych, zwykłych, nieważnych (urzędnik, sklepikarz), którzy wiodą żywot na swoją miarę, do momentu, gdy doświadczają poczucia "osaczenia" - poczucia absurdalności norm, którym się podporządkowali i które nie pomagają odpowiedzieć na najważniejsze pytania egzystencjalne. Odkrywszy swoje położenie wewnątrz "układu zamkniętego" wychodzą z niego, trafiając na peryferie, gdzie - wolni od dotychczasowych rygorów - mogą, stopniowo pogrążając się w abnegację (lub w alkoholizm, psychiczne obsesje czy utracjuszostwo), dążyć do autentyczności rozumianej przez pisarza w tym zakresie jako istnienie bezcelowe.

Literacko najdoskonalszym i poznawczo najbardziej odkrywczym utworem tamtego okresu było opowiadanie WESELE RAZ JESZCZE (1974), w którym Nowakowski, wykorzystując motyw wesela, jeden z kluczowych w literaturze polskiej, ukazał reguły sprawowania władzy w wymiarze małomiasteczkowym, a także pragmatyzm postaw społecznych, który unieważnia tradycję i niszczy wszelkie kodeksy wartości.Poetyka realizmu peryferyjnego pozwoliła też wyrazić Nowakowskiemu podstawowe dylematy własnego pisarstwa. Obficie przejawiający się w jego dorobku nurt autotematyczny (ROBAKI; 1968; KSIĄŻĘ NOCY, 1972; CHŁOPIEC Z GOŁĘBIEM NA GŁOWIE, 1979) zaświadcza o pojmowaniu własnej pozycji jako położenia "pomiędzy" - pomiędzy światem marginesu społecznego i centrum, do którego należy literatura, pomiędzy autentycznością lumpa i nieautentycznością ról podsuwanych przez kulturę oficjalną, pomiędzy barwnym acz dosadnym językiem półświatka i martwym językiem gazetowym czy literackim. W tomach RAPORT O STANIE WOJENNYM (1982-1984), NOTATKI Z CODZIENNOŚCI (1983), DWA DNI Z ANIOŁEM (1984), WILKI PODCHODZĄ ZE WSZYSTKICH STRON (1985), GRISZA, JA TIEBIA SKAŻU (1986), tomach, z których pierwszy zapewnił mu europejski rozgłos, ukazał Nowakowski - portretując codzienne życie przeciętnych obywateli - proces historyczny, w wyniku którego całe społeczeństwo znalazło się na marginesie totalitarnego państwa ze względu na wyznawany i praktykowany przez siebie kodeks wartości.

Tendencyjność ową zaczął przełamywać Nowakowski dzięki rozważaniom autotematycznym, które pojawiły się w tomach POTRET ARTYSTY Z CZASÓW DOJRZAŁOŚCI (1987), KARNAWAŁ I POST (1989) oraz w kluczowym dla tego problemu opowiadaniu BOŻYDAR z tomu GRECKI BOŻEK (1993), w którym pisarz ulokował siebie samego na peryferiach społecznych, izolując się tym samym od wszelkiego zaangażowania i powierzając literaturze rolę przekazicielki prawd najbardziej drażliwych - samotności twórcy, biologicznego przemijania, bezwględności jako reguły współżycia społecznego. Postawa ta była zapowiedzią serii utworów o nowej Polsce, takich jak HOMO POLONICUS (1992), GRECKI BOŻEK (1993), STRZAŁY W MOTELU GOERGE (1997), ukazujących Polskę przełomu lat 80. i 90. jako bazaru - miejsca, gdzie wszystko i wszyscy są do kupienia. Przeciwwagą dla tego obrazu przemiany więzi społecznych w relacje handlowe były nostalgiczne powroty do Warszawy tuż-powojennej i jej barwnego półświatka, zaludnianego przez oryginałów, dziwaków i "przestępców z klasą" (POWIDOKI, 1995, 1997).

"Popatrzyłem na biurko zaścielone papierami. Pisanie jako obrona. Odpowiedź na atak. Strefa wolności. Tylko moje." (z tomu: "Grecki bożek")

Bibliografia:

* TEN STARY ZŁODZIEJ, 1958.
* BENEK KWIACIARZ, Warszawa: Czytelnik, 1961.
* SILNA GORĄCZKA, Warszawa: Czytelnik, 1963.
* TRAMPOLINA, Warszawa: Czytelnik, 1964.
* ZAPIS, Warszawa: PIW, 1965.
* GONITWA, Warszawa: Czytelnik, 1967.
* ROBAKI, Warszawa: PIW, 1968.
* MIZERYKORDIA, Warszawa: Czytelnik, 1971.
* UKŁAD ZAMKNIĘTY, Warszawa: PIW, 1972.
* KSIĄŻĘ NOCY, Warszawa: PIW, 1978.
* ŚMIERĆ ŻÓŁWIA, Warszawa: Czytelnik, 1973.
* WESELE RAZ JESZCZE, Warszawa: PIW, 1974.
* CHŁOPIEC Z GOŁĘBIEM NA GŁOWIE, Warszawa: PIW, 1979.
* RAPORT O STANIE WOJENNYM (1982 - 1984), Białystok: Versus, 1990.
* NOTATKI Z CODZIENNOŚCI (grudzień 1982 - lipiec 1983), Warszawa: Czytelnik, 1993.
* DWA DNI Z ANIOŁEM (1984), Poznań: Kantor wydawniczy SAWW, 1990 (1 wydanie pierwszoobiegowe).
* WILKI PODCHODZĄ ZE WSZYSTKICH STRON (1985), Warszawa: PIW, 1990.
* GRISZA, JA TIEBIA SKAŻU (1986), Poznań: SAWW, 1990.
* PORTRET ARTYSTY Z CZASÓW DOJRZAŁOŚCI, Warszawa: Iskry, 1989.
* KARNAWAŁ I POST, Warszawa: NOWA, 1989.
* HOMO POLONICUS, Warszawa: Pomost, 1992.
* POWIDOKI, Warszawa: Alfa Wero 1995.
* STRZAŁY W MOTELU GEORGE, Warszawa: Most, 1997.
* EMPIRE, Warszawa: Twój Styl, 2001 (więcej...).

tłumaczenia:

* niemiecki: DIE SCHRÄGEN FÜRSTEN, Berlin: Henssel, 1967, KARPFEN FÜR DIE MILIZ [Raport o stanie wojennym], München: Hanser, 1983, KOPF UND ANDERE ERZÄHLUNGEN [Zapis], Frankfurt a.M.: Suhrkamp, 1967, SKANDAL IM STÄDTCHEN [Zdarzenie w miasteczku], Berlin: Volk und Welt, 1992.

Źródło: www.polska2000.pl

______

 
Sylwetka Marka Nowakowskiego

Typ urody człowieczej przeważa ohydny



Małgorzata Szymankiewicz

Księcia nocy czytałam w nocy. Nie zważając na zmęczenie i otępienie uparcie przerzucałam kartkę po kartce. Nie mogłam się oderwać. Czułam się niczym nastoletnia pensjonarka, która z wypiekami pod kołdrą czyta zakazaną książkę. Chłonęłam historię Księcia nocy, którą Nowakowski - ot, tak (przynajmniej takie miałam wrażenie) - podzielił się z czytelnikiem. Bo kiedy Nowakowski pisze, to pisze na serio - to pisarstwo serio, dogłębnie szczere, często niewygodne. Długo nie mogłam sobie wytłumaczyć, dlaczego nie mogę usnąć po skończonej lekturze. Dziś to wiem.


Pierwsze sygnały płodności

Marek Nowakowski urodził się 2 kwietnia 1935 w Warszawie. 48 lat po debiucie opowiadania Kwadratowy na łamach "Nowej Kultury" (1957) można o nim bez cienia wątpliwości powiedzieć, że jest jednym z najpłodniejszych pisarzy literatury polskiej po 1945 roku.
Jego przygodzie z pisaniem, bo tak nazywa swoje pisarstwo, od najmłodszych lat towarzyszyły sygnały wysyłane przez jego otoczenie. Jego rodzice byli nauczycielami - ojciec matematykiem, matka polonistką. I choć ich działalność z tworzeniem literatury nie miała wiele wspólnego, pamięta jednak, że czynność pisania towarzyszyła mu w jego domu od najmłodszych lat. Kartki papieru, kałamarz, pióro to była codzienność, przeciw której buntował się na początku. Wolał wyprawy po swoim miasteczku dzieciństwa, Włochach, gdzie miał okazję spotykać różnych ludzi. Oni wysyłali sygnały istnienia sztuki w przeróżny sposób. Niezatarte wspomnienie pozostawiła postać bezdomnego, zaniedbanego mężczyzny, który snuł się po ulicach jego przedmieścia. Przedstawiał się jako kompozytor, któremu się nie powiodło. Nowakowski wspomina pewną szlachetność i natchnienie w jego twarzy. Spotkanie z nim było wtajemniczeniem w świat sztuki - pasji i ekstazy, którą może ona powodować. 1


Etatowy Komiwojażer Dołów

Przestrzeń przedmieścia szybko przestała Nowakowskiemu wystarczać - opiewaną w jego pisarstwie kolejką EKD wybierał się, często bez wiedzy rodziców, do zrujnowanej wojną, pełnej gruzów Warszawy. Tam spotykał rzeczywistość, jaką będzie opisywał w pierwszym okresie swojej twórczości - świat rozkładu, zniszczenia, nielegalnych knajp i szynków, do których chętnie zaglądał, szukając przygody. Dwa pierwsze tomu opowiadań - Ten stary złodziej (1958) i Benek Kwiaciarz (1961) obrazowały świat marginesu, lumpów, prostytutek, doliniarzy i paserów. Doliny społeczne, które z fascynacją opiewał, były pełne okruciństwa, ale i charakterystycznego kodeksu kumplowskiego, według określenia Henryka Berezy 2, który wyznaczany jest przez wspólny interes, a nie jakiekolwiek sentyment. Ten swoisty kodeks objawia się również pewien "heroizm moralny" (H. Bereza) - kateroria zdrady wspólnika w interesie jest najgorszym przewinieniem.
Nowakowski wkracza w świat, który jest diametralnie różny od tego, w którym się wychował (mieszczańskie ideały pracowitości, uczciwości) i zdaje się w nim, jako pisarz, doskonale czuć.
Na uwagę zasługuje również język, jakim pisarz operuje do opisu świata przedstawionego - barwny, soczysty, prosto z ulicy. Nowakowski, wychowany w innej kulturze słowa, bez cienia wątpliwości językiem doliniarzy i lumpów posługuje się mistrzowsko. "Każde słowo u Nowakowskiego jest bezwzględnie prawdziwe, bezwzględnie stylowe, jedynie takie, jakie może być, jest absolutnie nie do zastąpienia, absolutnie niewymienne." 3


Człowiek po polsku

W kolejnych tomach opowiadań - Silna gorączka (1963) Trampolina (wydana w 1964, napisana jeszcze przed Silną gorączką); Zapis (1965); Gonitwa (1967); Mizerykordia (1971); Układ zamknięty (1972); Śmierć żółwia (1973) według krytyków Nowakowski poszerza krąg peryferyjności - obok swoich stałych bohaterów opisuje również tzw. przeciętniaków - urzędników, sklepikarzy, fryzjerów. Opisuje ich przeciętność, nieważność. Pisarz pokazuje ich zwykłość, przeciwko której chcą się zbuntować, by móc sobie samemu odpowiedzieć, ile warte jest życie. Zaprzeczając swojej dotychczasowej egzystencji, staczają się na dno, by tam dążyć do prawdziwości - nawet jeśli ma to być prawda bezcelowego istnienia. Wraz z poszerzeniem kręgu bohaterów, zmienia się język pisarstwa Nowakowskiego. "W miarę życiowego i pisarskiego doświadczenia rzeczywistość przed moimi oczami szarzała i brzydła, a jej robaczywość i wyłażąca nieustannie spod cienkiej warstewki złudzeń niewola stwarzały mało możliwości do literackich parad i popisów. (...) I moje opisywanie świata stało się coraz bardziej oszczędne w słowa, unikające, nadmiernie jaskrawych kolorów, dążyło naturalnym biegiem doświadczeń do swoistej sprawozdawczości, czego koronnym dowodem są tomy Zapis i Mizerykordia (...). Wchodząc głębiej w materię, w której tkwimy, dążyłem do mocnego osadzenia opisywanych zjawisk w nędzy słów, zdań, obrazów, marząc o ich wierności wobec opisywanego życia." 4



Do bólu o sobie


"Obficie przejawiający się w jego dorobku nurt autotematyczny Robaki (1968); Książę nocy (1972); Chłopiec z gołębiem na głowie (1979) zaświadcza o pojmowaniu własnej pozycji jako położenia "pomiędzy" - pomiędzy światem marginesu społecznego i centrum, do którego należy literatura, pomiędzy autentycznością lumpa i nieautentycznością ról podsuwanych przez kulturę oficjalną, pomiędzy barwnym acz dosadnym językiem półświatka i martwym językiem gazetowym czy literackim. W tomach Raport o stanie wojennym (1982-1984), Notatki z codzienności (1983), Dwa dni z aniołem (1984), Wilki podchodzą ze wszystkich stron (1985), Grisza, ja tiebia skażu (1986), tomach, z których pierwszy zapewnił mu europejski rozgłos, ukazał Nowakowski - portretując codzienne życie przeciętnych obywateli - proces historyczny, w wyniku którego całe społeczeństwo znalazło się na marginesie totalitarnego państwa ze względu na wyznawany i praktykowany przez siebie kodeks wartości." 5

Wątek autotematyczny przewija się w tomach z przełomu lat dziewięćdziesiątych - w wydanym w drugim obiegu tomie Karnawał i post (1989) Nowakowski podsumowując swoje dotychczasowe dokonania literackie na nowo konstytuuje swoją rolę jako pisarza - szarzyznę rzeczywistości należy opisywać szarzyzną języka.
W opowiadaniu Bożydar (tom Grecki bożek, 1993), który pogłębia nurt autotematyczny, Nowakowski idzie dalej. Siebie lokuje na peryferiach społecznych, "izolując się tym samym od wszelkiego zaangażowania i powierzając literaturze rolę przekazicielki prawd najbardziej drażliwych - samotności twórcy, biologicznego przemijania, bezwzględności jako reguły współżycia społecznego." 6


Główna bohaterka

Nowakowski pozostaje przez lata wierny swojej głównej bohaterce - Warszawie. Obsesyjnie powraca do niej niemal w każdym opowiadaniu. Warszawa jest nieodłączną przestrzenią działań wszystkich jego postaci. To Warszawa różna - tuż powojenna, stalinowska, ale i dzisiejsza. Warszawa obskurna, brudna, ale i salonowa, pełna połyskliwego blichtru. Przestrzeń miasta jest polem działania jego bohaterów, kryje ich tajemnice. Jednak sama stała się pełnowartościową postacią, którą pisarz ukochał. Sam Nowakowski twierdzi, że to nie przestrzeń, ale ludzie inspirują go najbardziej, jednak nie można zaprzeczyć, że dzięki ludziom Warszawa została unieśmiertelniona - jako pełnoprawny bohater.


Dzisiaj

Nową rzeczywistość przełomu lat 80. i 90., często rozczarowującą, pisarz przedstawia w tomach Homo Polonicus (1992), Grecki bożek (1993), Strzały w motelu George (1997).
W Greckim bożku Nowakowski opisuje obraz kraju w całej jego złożoności z okresu rozpadu pozostałości starego reżimu.

Trochę później w Powidokach (1995, 1996) wraca do swoich dawnych tematów - powojennej, zrujnowanej Warszawy, przepełnionej kombinatorami, farmazonistami, dziwakami i "przestępcami z klasą". Powrót do raju utraconego, specyficznego w wydaniu Nowakowskiego, swoje dalsze odsłony ma w cyklu publikowanym w "Rzeczpospolitej" (ukażą się w tomie Nekropolis), w którym pisarz opisuje z nostalgią nieistniejące już miejsca, gdzie było mu dane spotkać postacie, które wywarły wpływ na jego pisarstwo, życie - czasem są one barwne, czasem szare, ale zawsze prawdziwe. Wraca do korzeni, bo jak twierdzi "życie bezkorzenne jest jałowe." 7
Jego ostatni tom Stygmatycy (2005), przynosi dwa opowiadania (Stygmatycy i Dawni poeci i muza) oraz publikowaną już wcześniej groteskowa minipowieść Honolulu. W właściwym sobie stylu Nowakowski odsłania obraz kompromitacji inteligencji - w każdy sposób ujętej - tej uzurpującej sobie prawo do tego tytułu; inteligencji twórczej, która stała się żałosna, mała, kabotyńska oraz tej inteligencji sprawującej władzę, która jest nieefektywna, nieprzydatna, bo nie potrafi kształtować swojego losu.



Obszary działalności

Obok prozy Marek Nowakowski pisał scenariusze filmowe - Przystań (1970), Gonitwa (1971), Siedem czerwonych róż czyli Benek Kwiaciarz o sobie i o innych (1972 - ekranizacja sześciu opowiadań z tomu Mizerykordia. Jest również autorem słuchowisk radiowych - m.in. Nul - adaptacja opowiadania pod tym samym tytułem (emisja w Programie I Polskiego Radia w 2004 roku) oraz Grzybobranie - adaptacja opowiadania Kiedy ranne wstają zorze (słuchowisko z udziałem pisarza, emisja w Programie I Polskiego Radia w kwietniu 2005 z okazji jubileuszu 70-lecia).



Pisarzem być

Nowakowski "o sobie pisarzu" pisał wiele. We fragmencie opowiadania Karnawał i post najtrafniej ujął swoje pisarskie zadania. Ale można powiedzieć, że zadania pisarstwa w ogóle: "Niegdyś polowałem na słowa - błyszczące kamyki w szarym piachu, osobliwe, dosadne i zwariowane. Stop barwnych powiedzonek ludu w symbiozie z wynaturzoną nowomową gazet i przemówień działaczy partyjnych, żargonami technokratów, kryminalistów itp. Ten zabieg językotwórczy, zastosowany dla opisu zdewiowanej rzeczywistości, pełnej pustych pojęć, zdławionej w gorsecie propagandowego fałszu, wydawał mi się idealną formułą dla moich usiłowań pisarskich.
Dziś myślę inaczej. Suchy, wypreparowany styl, pozbawiony ozdób i barwy, przypominający naukowe, specjalistyczne rozprawy czy raporty, nie pozbawiony jednak humoru i ironii, inkrustowany z rzadka jakimś słowem jak rodzynkiem - oto forma, która pociąga mnie coraz bardziej. (...) Po prostu w zetknięciu się z rzeczywistością tęczowe pióra szarzeją, nawet spalają się na popiół. A jeżeli już pozostaną, będą jedynie teatralna dekoracją, makietą, pozorem. Nie mogę już, jak dawniej, bawić się, rozkoszować soczystością ludzkich postaci, efektownym dynamizmem zdarzeń, barwą i zapachem przyrody, pięknem życia. Ta rzeczywistość zbyt często jawi się cmentarnie. (...)" 8

Bibliografia:

* Ten stary złodziej, 1958
* Benek kwiaciarz, Warszawa: Czytelnik, 1961
* Silna gorączka, Warszawa: Czytelnik, 1963, 1972
* Trampolina, Warszawa: Czytelnik, 1964 oraz Warszawa: Alfa-Wero 2004
* Zapis, Warszawa: PIW, 1965
* Marynarska ballada, Warszawa: Czytelnik, 1966
* Gonitwa, Warszawa: Czytelnik, 1967
* Robaki, Warszawa: PIW, 1968
* Opowiadania wybrane, Warszawa: Czytelnik, 1969
* Przystań, Warszawa: Czytelnik, 1969 oraz Warszawa: Instytut Wydawniczy CRZZ, 1972
* Mizerykordia, Warszawa: Czytelnik, 1971
* Układ zamknięty, Warszawa: PIW, 1972
* Książe nocy, Warszawa: PIW, 1978, 1986 oraz Białystok: Versus 1990
* Śmierć żółwia, Warszawa: Czytelnik, 1973
* Gdzie jest droga na walne?, Warszawa: PIW, 1974, 1979
* Sielanka. Wybór opowiadań, Warszawa: PIW, 1974
* Wesele raz jeszcze, Warszawa: PIW, 1974
* Chłopiec z gołębiem na głowie, Warszawa: PIW, 1979
* Tutaj całować nie wolno, Chicago: "Polonia" Bookstore & Publishers Co, 1979
* Lepszy, Warszawa: Nasz Księgarnia, 1979, 1983
* Zakon kawalerów mazowieckich, Warszawa: Krąg, 1982
* Kto to zrobił?, Warszawa: Nowa, 1982; Chicago: "Polonia" Bookstore & Publishers Co, 1987; Warszawa: Alfa, 1990.
* Wesele raz jeszcze! Zdarzenie w miasteczku, Warszawa: PIW, 1982 oraz Warszawa: Alfa, 2000
* Opowieść o kocie gacku, Warszawa: Nasza Księgarnia, 1982, 1990
* Ten stary złodziej, Benek Kwiaciarz, wyd. 2, Warszawa: Czytelnik 1983
* Notatki z codzienności (grudzień 1982 - lipiec 1983), Paryż: Instytut Literacki, 1983 oraz Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza,1984; Warszawa: Czytelnik, 1993
* Dwa dni z aniołem, Paryż: Instytut Literacki, 1984 oraz Warszawa: Wega, 1985; Warszawa: Pomost, 1988; Poznań: Kantor Wydawniczy SAWW, 1990 (1 wydanie pierwszoobiegowe)
* Wilki podchodzą ze wszystkich stron, Chicago: "Polonia" Bookstore & Publishers Co, 1985 oraz Łódź: Solidarność Walcząca, 1987; Warszawa: PIW, 1990
* Zapiski na gorąco, Warszawa: Wydawnictwo Grupy Polityczne, 1986
* Grisza, ja tiebia skażu, Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza,1986 oraz Paryż: Instytut Literacki, 1986; Gliwice: Kos, 1988; Poznań: SAWW, 1990
* Portret artysty z czasu dojrzałości, Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza, 1987 oraz Warszawa: Iskry, 1989
* Karnawał i post, Paryż: Instytut Literacki, 1988 oraz Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza, 1989; Warszawa: NOWA, 1989; Warszawa: Iskry, 1990
* Raport o stanie wojennym, Paryż: Instytut Literacki, 1982 oraz Warszawa: Nowa, 1982; Warszawa: Oficyna Pokątnych Edytorów Niezależnych, 1983; Kraków: Biblioteka Wolnej Myśli, 1984; Kraków: Biblioteka Obserwatora Wojennego, 1984; Białystok: Versus, 1990
* Wilki podchodzą ze wszystkich stron (1985), Warszawa: PIW, 1990
* Homo Polonicus, Warszawa: Pomost, 1992.
* Od Benka Kwiaciarza do księcia nocy. Opowiadania wybrane, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 1993
* Grecki bożek, Warszawa: Alfa, 1993
* Honolulu, Warszawa: Iskry, 1994.
* Powidoki: Chłopcy z tamtych lat, Warszawa: Alfa, 1995.
* Tapeta i inne opowiadania, Warszawa: Świat Książki, 1996
* Powidoki: wspomnij ten domek na gęsiówce, Warszawa: Alfa, 1996
* Strzały w hotelu "George", Warszawa: Most, 1997
* Fortuna liliputa, Warszawa: Alfa, 1997
* Judasz na placu Defilad, Warszawa: Rytm, 1997
* Hades, Lublin: Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, 1998
* Warszawiak pilnie poszukiwany, Warszawa: Alfa, 1998
* Rajski ptak i inne opowiadania, Warszawa: Twój Styl, 2000
* Empire, Warszawa: Twój Styl, 2001
* Mój słownik PRL-u, Warszawa: Alfa-Wero, 2002
* Opowiadania uliczne, Warszawa: Twój Styl, 2002
* Strzały w hotelu "George", Warszawa: Twój Styl 2003
* Nul, Warszawa: Alfa-Wero, 2004
* To wolny kraj, Warszawa: Twój Styl, 2004
* Stygmatycy, Warszawa: Prószyński i S-ka, 2005.

tłumaczenia:

niemiecki: Die schrägen fürsten, Berlin: Henssel, 1967, Karpfen für die miliz [Raport o stanie wojennym], München: Hanser, 1983, Kopf und andere erzählungen [Zapis], Frankfurt a.M.: Suhrkamp, 1967, Skandal im städtchen [Zdarzenie w miasteczku], Berlin: Volk und Welt, 1992.

Nagrody literackie

* 1968 Nagroda Fundacji im. Kościelskich
* 1982 Nagroda Kulturalnej Solidarności; Nagroda "Pulsu"
* 1983 Nagroda Wolności francuskiego PEN-Klubu
* 1984 Nagroda Związku Pisarzy Polskich Na Obczyźnie; Nagroda Fundacji im. Alfreda Jurzykowskieg
* 2003 Nagroda Literacka im. Władysława Reymonta za całokształt twórczości

Materiały wykorzystane:

* Henryk Bereza "Prozaiczne początki", Czytelnik 1971
* "Czarna dziura" - z Markiem Nowakowskim rozmawia Helena Zaworska, "Odra", nr 6, 1991, srt. 39-45
* "Życie bezkorzenne jest jałowe" - z Markiem Nowakowskim rozmawia Janusz Paliwoda, "Lampa", nr 6, 2005
* Audycja radiowa "Portret pisarza" Wacława Tkaczuka (rozmowa z Markiem Nowakowskim), Program II PR
* Audycja radiowa "Pisarz - jego pasje i fascynacje. Marek Nowakowski" Elżbiety Łukomskiej, Program II PR
* www.culture.pl - sylwetka Marka Nowakowskiego

Przypisy:

1. Por. audycja radiowa Elżbiety Łukomskiej "Pisarz - jego pasje i fascynacje. Marek Nowakowski"
2. Henryk Bereza "Prozaiczne początki", Czytelnik 1971, str. 66
3. op.cit., str. 75
4. "Karnawał i post", Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza, 1989
5. www.culture.pl
6. www.culture.pl
7. Wywiad Janusza Paliwody z Markiem Nowakowskim, "Lampa", nr 6, czerwiec 2005
8. "Karnawał i post", Warszawa: Niezależna Oficyna Wydawnicza, 1989




 
Ledwo usiadł, krzywo na niego spojrzała. W tych ślepiach tyle oburzenia, świętego gniewu. Jakby zobaczyła, że wieprzek z gnojowiska do salonu wpadł. Rozliczała się z dostawcą. Podpisywała faktury. Zajęta rachunkowością. Podniosła wyfiokowany płomienisty łeb i nieomylnie wyłowiła go z ciżby, choć schronił się w najdalszym kącie. Zasłonił się gazetą i zerkał na nią ukradkiem. Oparła się o kontuar, łapą w pierścieniach przebiera po blacie.
Denerwuje się jego obecnością. Garkotłuk nigdy nie zostanie damą. Zad jak kufer, cycki może sobie na ramiona zarzucić. A niedawno taka była serdeczna, przymilna, do rany przyłóż. Jak ich kiedyś witała! Oni najdawniej tu przychodzili. Jeszcze wtedy była to „Małgorzatka”. Tak ponazywali za komuny knajpy. „Dorotka”. „Poziomka”. „Kubuś”. „Ploteczka”. „Danusia”. Lubili zdrabniać. Im gorsza mordownia, tym bardziej słodka pieszczota w nazwie. Takiego mieli hopla. Przed komuną zwyczajnie, po ludzku były ponazywane. „Pod Karpiem”. „Pod Setką”. „Pod Żółwiem”. „Cichy Kącik”. „U Ślepego Leona”. Też taka była. Już nie pamięta, jak się „Małgorzatka” po ludzku nazywała. Teraz „Las Vegas”, proszę bardzo. Zachciało im się Ameryki. Nerwowo zaszeleścił gazetą, myśli rozproszone, ani czytać, ani nic. Uparcie szydełkowała go ślepiami bazyliszka.
- Proszę wyjść! - wrzaśnie zaraz. - Pan tu nie ma wstępu!
Ruchem zamaszystym psa z izby wygoni. Wieśniaczy atawizm. Taka gruboskórna osoba nie ma żadnych oporów. Burzyła się w nim duma. Przecież nie wysrała go koza na kamieniu. Przez cały PRL szanowali go partyjni i bezpartyjni. Przodków miał zacnych, wiek stosowny, zaznał jeszcze Polski dawnej, przedwojennej. Jego babka, matrona o imieniu Honorata, rzadko obecnie na chrzcie dawanym, prowadziła w carskiej Warszawie pensję dla panienek z dobrych domów.

Pamięć rodzinna przekazywała zasady surowe, niezłomne, którymi w misji pedagogicznej się kierowała. Surowość obyczajów w rodzinnym domu spowodowała zapewne, że sam poluzował znacznie ciasne pęta i niczym pies zerwawszy się z łańcucha, ruszył w odmęty życia. Burzyła się w nim krew szlagona. A jakże ma się nie burzyć! Z łatwością może się wykazać klejnotem szlachectwa, rodowodem od sejmikowych Sarmatów z podgolonymi w garnek łbami. Świętej pamięci ojciec Napoleona, buchalter z firmy ubezpieczeniowej Prudential, plac Warecki, obecnie Powstańców, przechowywał pieczołowicie pożółkłe papiery, starożytne pergaminy, łaciną zapisane, lakową pieczęcią opatrzone; tam czarno na białym wyłożona była przeszłość rodu. Herb efektowny, półkozic w czerwonym polu. W czasach obecnych chamy, co dorobiły się majętności, za herbami chętnie się rozglądają, noszą na grubych, prostackich paluchach sygnety i grawerować sobie każą odpowiednie znaki i symbole. Kopiują bezczelnie z herbarzy. Podróba, imitacja w tylu dziedzinach zapanowała. Napoleon dawno temu sprzedał sygnet po tatusiu, ale w sercu go wiernie przechowuje. W moich żyłach płynie błękitna krew i nikt mi tego nie odbierze, powtarza z upodobaniem. Z błękitem przesadzał jak zwykle, szaraczkowa szlachta, małe folwarczki na mazowieckich piachach, ale czasem miód i piwo chmielowe wychylali z kasztelanami i senatorami, może nawet z hetmanami.

I taki oto garkotłuk, tłumok prowincjonalny, pańszczyźnianego chłopstwa owoc niewątpliwy, staje się panią na włościach i traktuje go jak marnego kundla nie wiadomo skąd. Pamiętał doskonale czas, kiedy ona przybyła na podbój stolicy. Tapir piętrowy na głowie, sukienka z bistoru w kolorach jaskrawych, wulgarnych, pięty niedoszorowane, żółtym rogiem pokryte wystawały z ciasnych pantofli na wysokim obcasie, szerokie stopy uwięzione w ciasnocie szpilek. Poruszała się niezgrabnie, tłukła szkło, wszystko leciało jej z rąk i długo nie mogła się rozeznać w nazwach i rodzajach trunków. Wówczas już w mnogości zapełniały półki różne brandy, koniaki, łyskacze. Także koktajle i drinki stawały się coraz bardziej modne. Trudna to była umiejętność na jej tępy łeb i toporne, krótkie paluchy. Mozolnie uczyła się miejskiego obycia po terminowaniu w zaplutych gospodach GS-u we wschodniej części naszej ojczyzny.

Wspomagał ją Napoleon swą rozległą, wyrafinowaną wiedzą bywalca. Nieraz gorąco mu dziękowała. Niezwykle szybko o tym zapomniała i takiej doczekał się wdzięczności. Przestał być dla niej gościem godnym szacunku. Poczuł się jak ostatni rycerz, co broni się przed wrażą nawałą w ostatniej wieży. Już łapę z kontuaru zdjęła, poprawiła rudą szopę na głowie, nogę do przodu wystawia. Szykowała się do szarży.
Czasem los szczęścia ratuje przed upadkiem. Posłyszał głośny rechot. W progu pierwszej sali pokazał się ten byk, cały w skórach i złotych łańcuchach, troglodyta mocarny. Obcasem go nazywali. Lubił grywać w bilard. Jego specjalność to piramidka. Wróciła moda bilardu, która przez komunizm została doszczętnie wytrzebiona. Najlepsze stoły to były petersburskie. Czy zachował się gdzieś petersburski stół?
- Napoleon! - zawołał Obcas i obdarzył go szerokim uśmiechem.

Był wyjątkiem wśród tych nowych bywalców; lubił go słuchać, szczególnie kiedy opowiadał o dawnych grach w kasynach i hazardzistach wielkiego formatu.
Ona, właścicielka, okropnie bała się Obcasa. Cham przed silniejszym chamem zawsze ustępuje, w rewanżu słabszego wdeptać w glebę pragnie. Obcas dwa winiaki zamówił. Sama przyniosła.
Klepnął ją w tyłek i pochwalił:
- Obsługa ekstra, mięsista!
Nawet słowa nie powiedziała. Gładko przełknęła wulgarną pieszczotę prostaka. A jego jakby nie widziała. Starannie omijała wzrokiem. Nie mogła go wygonić. Obcas ją przygwoździł. Ci młodzi spadli na miasto jak barbarzyńcy i tratują. Ona ze zdobywcami musi trzymać. Służka pokorna Obcasów, Ślepaków, Grajcarów i jak tam oni są ponazywani. Obcas był nader serdeczny.
Dopytywał się o jego wiek.
- Tyle już nabiłeś na licznik, ho, ho! Pięknie się trzymasz. - Zamyślił się. - Mój stary miał pięć dych, jak poszedł do piachu. Może i lepiej. Ledwo łaził, całe zdrowie mu wysiadło. A wyglądał na sto! - Poklepał Napoleona łapą jak łopata. - Ty jak mój dziadek, he, he!
Z Obcasa niezły chłopak, wali prosto z mostu i ciekawy dawniejszych czasów.
- To bloków w ogóle nie było - dziwi się - kamienice, powiadasz. I dorożki. Taksówek bardzo mało. Żydzi po swojemu szwargotali. Wyścigi gdzie indziej. Dworzec też.
Ale szajba mu potrafi odpalić. Raz znienacka zaszedł ich dwóch, jego i inżyniera Nawrockiego. Chwycił każdego jedną ręką za kołnierz i od stołu podniósł. Stał na rozkraczonych pałąkowatych nogach siłacza, potrząsał nimi jak kukiełkami i wołał:
- Leciutkie te zgredy! Kociaki!
Śmiesznie musieli wyglądać. Dwóch starszych panów, szanowanych w swoim gronie, przebiera niezdarnie nogami. Wisieli na znacznej wysokości, brutalnie oderwani od ziemi, trzymani bez szczególnego wysiłku w żelaznych łapach osiłka.
- Ja sobie stanowczo wypraszam! - Inżynier Nawrocki spurpurowiał, troczki od kalesonów zadyndały mu przy butach.
Buchnął w pierwszej sali śmiech, ogarnął drugą, większą, z bilardem. Ci młodzi tam biesiadowali, trzy stoły zestawione pośrodku, cała bateria flaszek, dziewuchy im siedziały na kolanach. Wstawali, podchodzili i patrzyli. Mieli zabawę jak w cyrku. Ośmieszył starszych panów Obcas przed liczną widownią. Nawet pokazał się pan Robert, szczupły mężczyzna około trzydziestki, w przyciemnionych okularach; nosił luźną, miękką marynarkę z kaszmiru i podkoszulkę ze złotym emblematem jakiegoś słynnego zespołu koszykówki w Stanach. Oni, te młode zwierzaki, mają swoją hierarchię. Pan Robert był najwyższy u nich rangą. Komtur i jego knechty. Pan Robert nazywany jest przez swoich Ślepakiem. Ale nie przez wszystkich. Tylko Obcas i kilku innych może tak się do niego zwracać. Oni stanowią ścisłe kierownictwo, sztab znaczy. Dotąd pamięta Napoleon, jak przebierał nogami, oderwany z nagła od podłoża i trzymany za kark przez Obcasa. Nic go bardziej nie poniża jak śmieszność. W istocie wygląda jak tutejsza odmiana Chaplina. Malutki i drobny, tylko bez wąsika, stopy wielkie i jego popękane, zdeformowane buciory są rozmiaru imponującego.
- Stopy mam jak złodziej podolski - powiada z dumą.
Przystawił swoją nogę do nogi Obcasa i obie stopy były tej samej długości. Obcas, mazowiecki knecht, wyglądał na zaskoczonego. Dziadek sięga mu ledwie do połowy ramienia i osadzony na takim fundamencie! Czymś go naprawdę zadziwił. Bo już nudzić się zaczynał kolejną opowieścią Napoleona o wojnie z bolszewikami, o tym wielkim laniu, które dostali pod Radzyminem.

Napoleon tak się przejął, że już jako ksiądz Skorupka pędził na czele batalionu, zdobyli gniazdo kulomiotu i krasnoarmiejcy podnoszą ręce do góry, wśród nich Chińczycy. Obcas ziewnął raz, drugi i zajął się odczytywaniem esemesów na ekranie komórki. Przerwał i zapytał:
- Dlaczego ona ciebie stąd wygania?
Ta chamica akurat wychylała łeb z zaplecza. Nie mogła ścierpieć obecności przybłędy w swoim markowym lokalu.
- Między nami istnieje przepaść mentalna nie do przebycia - odparł Napoleon.
Uznał w samą porę, że jego czas w „Las Vegas” już się kończy, i pożegnał Obcasa. Opuścił to wraże miejsce, które niegdyś było jego najbezpieczniejszym przytuliskiem. Nałożył na łysą głowę czarny wytarty melonik; naprawdę brak mu tylko wąsika, który ozdabiał oblicze genialnego komika.
Napoleonem został nazwany w dawniejszych czasach, kiedy odnosił nieprzerwane pasmo sukcesów. Niegdyś po rocznym pobycie w Mielęcinie od razu za bramą oświadczył witającym go kompanom: Opuściłem Elbę i rozpoczynamy nową batalię!
Wtedy można było mu wierzyć. Marengo, Wagram, Austerlitz. Tak nazywał swoje kolejne sukcesy. Przyjaciele, choć pozwalali sobie na żarciki, przyjmowali konwencję i nawet tę panią Żabową, niewiastę jak piec, trzykrotną wdowę, rotmistrzową, prezesową i co tam jeszcze, którą przyhołubił sobie na boku, żonaty od wielu lat, doczekał się wnucząt, no i zachciało mu się kochanicy, traktowali jako panią Walewską, romantyczną miłość cesarza Francuzów. Niektórzy przeto zapytywali go z powagą, podszytą niezłośliwą kpiną: Ciekawe, czy dasz radę zmajstrować Napoleonka, małe Orlątko?
Prężył się próżny samiec, choć właściwie ginął w bujnej obfitości pani Żabowej; łysa główka wtulona w jej biust. Pani Żabowa wyglądała jak istna Horpyna. Tyle lat upłynęło od tamtej pory. Czasy były nędzne, ale duch Napoleona zawsze unosił się wysoko. Kto dzisiaj wie cokolwiek o pani Walewskiej vel Horpynie? Napoleon, dokonując bilansu długiej swej podróży w czasie, wierzy jednak niezachwianie, że nie dotknęło go dotąd żadne Waterloo, ani nie myśli o żadnej Świętej Helenie. Pozostał niepoprawnym optymistą.
- Mam siedem dych z hakiem - wcale nie ukrywa swego wieku - ale jak dotąd ten zdradziecki szkop, Alzheimer, nie ma do mnie żadnego dostępu.

[---]



 
____




Nekropolis 2

Marek Nowakowski



"Nekropolis 2" Marka Nowakowskiego to dziesięć barwnych opowiadań o Warszawie czasów PRL-u. Prozaik na kartach swojej książki umieszcza wspomnienia o miejscach, ludziach i zdarzeniach, które bezpowrotnie przeminęły. Jest w jego zbiorze zarówno miejsce na gorzkie przemyślenia, jak i na zabawne anegdoty.

Stolica, rzeczywistość peerelowska. Ludzie spotykają się w warszawskich kawiarniach, restauracjach, lecz najczęściej – barach. Wiele z tych osób za kilkadziesiąt lat będzie kojarzonych z kinem, literaturą czy sztuką. Przeplatają się wspomnienia o poetach – Leopoldzie Staffie, Julianie Tuwimie czy Agnieszce Osieckiej. Opowieści Nowakowskiego są żywe i dynamiczne. Autor rozwija wiele dygresji, które umiejętnie ze sobą splata, bardzo często – dowcipną pointą. Marek Nowakowski opisuje spotkanych przez siebie wiele lat temu ludzi. Mówi o ich wyglądzie i charakterze, miejscu spotkania, by zaraz rozwinąć krótką, pełną dygresji, anegdotę.

Czas młodości Nowakowskiego, przypadający na okres PRL-u, autor wspomina z ironią. Czytelnik bez trudu dostrzeże dystans narratora do opisywanych zdarzeń. Nowakowski płynie w tamte czasy, pozostaje jednak na uboczu – nigdy w centrum wydarzeń – skrupulatnie opisuje przestrzeń, wygląd budynków – Hotelu Victoria czy Europejskiego – zachowanie ludzi – swoich dawnych przyjaciół. Opisuje trudności w wydawaniu książek związane z cenzurą, problem z zachowaniem czystego sumienia lub współpracy i kontaktów z ubecją, przesłuchań, interwencji zomowców. Pisze o emigracji poszukujących lepszego i łatwiejszego życia przyjaciół do Francji i Stanów Zjednoczonych. Nowakowski nie ocenia ludzi, z którymi się spotykał. Byli to zarówno debiutujący literaci, odnoszący w późniejszych czasach wspaniałe sukcesy, jak również zwykli ludzie, którym nie udało się zrobić wielkiej kariery. Marek Nowakowski nikogo nie krytykuje. Zwykle natomiast swe szkice zamyka błyskotliwą pointą. Daje czytelnikowi swobodę w wydawaniu ostatecznych sądów. Współczesne losy bohaterów lub dzisiejszy stan opisywanych budynków kwituje jedynie lakonicznym komentarzem, w którym zwykle stwierdza, że przyjaciel zmarł lub że budynek bardzo się zmienił.

Marek Nowakowski w swojej twórczości podejmował zazwyczaj tematy pomijane przez innych pisarzy. Zajmował się opisem ludzi z tzw. marginesu społecznego, skłóconymi z prawem, złodziejami, kryminalistami. Wydał m.in. zbiory opowiadań „Ten stary złodziej”, „Benek Kwiaciarz”, „Silna gorączka”, „Zapis”, „Mizerykordia”, „Książę Nocy”. Jest bystrym obserwatorem, krytykiem czasów współczesnych, nostalgicznie i z tęsknotą patrzącym w przeszłość. Opis dawnej Warszawy zawarł w trzech zbiorach wspomnień „Powidoki” oraz w zbiorze opowiadań „Nekropolis”. W książce "Nekropolis 2" pokazuje, jak wyglądało życie literackie stolicy w czasach swej młodości. Jak kwitło życie towarzyskie, jak poznawało się nowych ludzi, które miejsca się odwiedzało, z kim się przyjaźniło. Nekropolis – miasto umarłych – to historie ludzi i miejsc, które odeszły na zawsze, przeminęły z upływem czasu, zmieniły się wraz z nastaniem nowej ery i przemian polityczno-gospodarczych. Choć żywe i nad wyraz barwne, żyją dziś tylko we wspomnieniach.






Marek Nowakowski.

"Syjoniści do Syjamu"



"Syjoniści do Syjamu" – to nowa książka Marka Nowakowskiego, która opowiada o wydarzeniach Marca'68. "To wyjątkowo wierny obraz tego, co działo się w głowach Polaków w tamtym czasie" - mówi prof. Jerzy Eisler jeden z najlepszych znawców tego tematu. "Książka Nowakowskiego jest wyjątkowa i ważna na tle innych opowieści o Marcu'68, ponieważ daje obraz nastrojów społecznych. Autor opisuje to, co sam widział albo usłyszał, a ponieważ należy do pisarzy mających wyjątkowy dar obserwacji, jego spostrzeżenia są bardzo cenne, bo prawdziwe. Składają się one na nieupiększony, bardzo prawdziwy obraz wydarzeń marcowych, tego jak zwykli ludzie je odbierali" - mówił prof. Eisler.

"Syjoniści do Syjamu" to książka eklektyczna - są tu krótkie opowiadania, impresje i udramatyzowane scenki. Kolejka do mięsnego komentuje z uznaniem ostatnie kazanie Wyszyńskiego, motorniczy wyrzuca z tramwaju kobietę, głośno rozprawiającą o tym, że trzeba "mocniej lać studenciaków". Inżynier denuncjuje dyrektora za żydowskie pochodzenie, by zająć jego miejsce. Nowakowski relacjonuje przebieg zebrania partyjnego, na którym zaatakowano jednego z pracowników pochodzenia żydowskiego, historię znajomej, której matka pod wpływem wydarzeń marcowych powróciła do świata okupacyjnych lęków.

Nowakowski zaczął prowadzić zapiski w 1967 roku. "Trzeba pamiętać, że zanim nastąpiły wydarzenia Marca'68 roku była wojna izraelsko-arabska, a po niej nastał w Polsce czas Moczara. Czuło się narastające napięcie. Wtedy zacząłem notować. Różne historie - to, co ludzie mówili, opisy wydarzeń, których byłem świadkiem, uliczne sceny, rozmowy w knajpach, relacje znajomych. Dużo się działo. Tak powstał tekst - kolaż, tworzony szybko i na gorąco. Dałem mu wtedy tytuł „Jak zazdroszczę Cyganom” - z tęsknoty za wolnością" - opowiadał Nowakowski.

W 1969 roku pisarz przesłał zebrany materiał do paryskiej "Kultury", gdzie chciano książkę opublikować jako jedną z pierwszych relacji z wydarzeń marcowych. Nowakowski uznał jednak, że publikacja w "Kulturze" może go skazać na niebyt literacki w kraju. Ostatecznie w przeciągu kilku lat opublikował w "Kulturze" tylko fragmenty tekstu pod pseudonimem Seweryn Kwarc.

Całość materiału przez prawie 40 lat była w depozycie "Kultury".


Źródło: IAR


WIĘCEJ O MARKU NOWAKOWSKIM



____________







ANDRZEJ WALTER

Andrzej Walter - ur. 29 grudnia 1969 w Zabrzu. 
Polski pisarz, poeta, publicysta, krytyk literacki oraz fotografik.
Członek Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.


MALARZ UCZUĆ
TADEUSZ MAKOWSKI (1882-1932)


Obrazy Tadeusza Makowskiego nikogo nie pozostawiają obojętnym. Zapadają głęboko w pamięć plastyczną formą i tkwią w niej, bodaj na zawsze. Kubistyczne przesłanie oraz pewien poetyczny nastrój są tak wyjątkowe, iż niemal bezwiednie mamy je przed oczami nawet nie chcąc.

Artysta tak określił przesłanie swoich prac – „Credo moje artystyczne wyraża się w rytmie formy i jej transpozycji lirycznej, światłocieniu nierealnym i kolorze również transponowanym”. Należy tu uzupełnić malarza, że nie zamknął się tylko w jednej dziedzinie sztuki: był muzykalny, grał na skrzypcach i mandolinie, uzdolniony literacko pisywał wiersze i tłumaczył poetów francuskich, a nawet pisał małe traktaty o sztuce, a interesując się teatrem, pisywał też recenzje paryskich spektakli teatralnych i baletowych.

Pochodził z małopolski. Urodził się w Oświęcimiu, lecz mentalnie i bytowo był związany z Krakowem, gdzie się wykształcił. Szybko wyjechał do Paryża i tam pozostał już do końca. Wiele lat zapisywał swoje refleksje w dzienniku, który nazwał Pamiętnikiem. Wiemy dzięki niemu o Makowskim – człowieku, bardzo dużo. Myślę, że ciekawa to lektura, gdyż stan świadomości artysty jest zawsze tematem pasjonującym.

Dzieciństwo spędziłem w Krakowie. Po ukończeniu Gimnazjum św. Anny , studiowałem na Uniwersytecie nauki filologiczne i literaturę polską, a równocześnie wstąpiłem do Akademii Sztuk Pięknych, gdzie byłem uczniem Stanisławskiego i Mehoffera. Po jej ukończeniu ze srebrnym medalem, wyjechałem za granicę i po krótkim pobycie w Monachium przybyłem do Paryża. Stąd już na krótko wyjeżdżałem do Holandii i Belgii dla zwiedzania muzeów.
W Paryżu była to epoka przeciw impresjonistycznemu kierunkowi w sztuce i rozkwit kubizmu, którego wpływowi jakiś czas ulegałem. Te poszukiwania pomogły mi później do rozszerzenia wizji formy, jej możliwości i rytmu, zwłaszcza do odszukania mej własnej wizji lat ostatnich. W ciągu tego czasu zawsze chwilami szukałem zetknięcia z naturą bezpośrednio i z niej czerpałem wiedzę malarską. Zawsze byłem malarzem niezależnym i w tych zasadach wytrwałem do końca…”

Jak widzieli go inni?

Wysoki, smukły, ciemny, w berecie na głowie, palący fajkę, nieco powolny w ruchach i w mowie, ale nie przez nonszalancję, lecz raczej z racji skupionej uwagi i jakiegoś zamyślenia. Makowski dzięki swej sztuce i słowiańskiemu pochodzeniu przedstawiał się nam jak jakaś istota urzekająca, mało realna, pochodząca z głębi Polski męczeńskiej, ale nie uległej w zdobywaniu prawdziwych wartości intelektualnych, moralnych, duchowych” – pisała o nim francuska poetka, Clotilde Cariou, u której w rodzinnym domu w Bretanii bywał artysta w latach 1915-1917.

Tadeusz Makowski jest jednym z najwybitniejszych i najbardziej cenionych malarzy polskich XX wieku. Stworzył malarstwo w pełni oryginalne i autonomiczne w stosunku do współczesnej mu sztuki europejskiej. Szerokiej publiczności znany jest jako malarz, który w swej twórczości przedstawiał w sposób swoisty i nowoczesny świat dziecka - jego radości, smutki, zabawy i zajęcia.

Tadeusz Makowski spędził we Francji dwadzieścia sześć lat dorosłego życia, nawiązał wiele przyjaźni z artystami francuskimi i, jak mało kto z polskich malarzy, wtopił się w świat paryskiej bohemy. Pozostał jednak artystą polskim, zawsze czułym na wiadomości z kraju. Krytycy francuscy podkreślali obecny w jego malarstwie liryczny, „słowiański wdzięk".

O ile twórczość Makowskiego jest charakterystyczna i łatwo rozpoznawalna, o tyle życie malarza, z natury samotnika skupionego głównie na pracy, wydaje się bezbarwne, monotonne, pozbawione spektakularnych wydarzeń. Makowski był jednak człowiekiem powszechnie lubianym, zwracającym uwagę wszechstronnym wykształceniem, wrażliwością i delikatnością usposobienia. „Było w nim coś z niewinnego dziecka, jakaś świeżość, naiwność... Ubóstwiał dzieci, był nimi zawsze otoczony, szczególnie na wsi nie odstępowały go". Temat dzieci pojawił się w jego twórczości około 1918 r. Pierwszym znaczącym obrazem, poprzedzonym licznymi szkicami, była Kapela dziecięca, obraz z 1922 r., o liryczno-naiwnej atmosferze, uproszczonych kształtach, rytmicznej kompozycji i wyraźnym kolorycie. Był to jedyny obraz, który zakupiono do zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie za życia artysty.

Pod koniec lat 20. artysta wykrystalizował własny, oryginalny na tle sztuki europejskiej, sposób obrazowania. Zawarł w nim wszystkie dotychczasowe doświadczenia formalne: wprowadził jasną, czytelną kompozycję, zgeometryzował kształty, uprościł bryłę do kuli, stożka i walca, ograniczył gamę barwną do brązów rozbitych niekiedy czerwienią, rozświetlał ziemistą tonację efektami luministycznymi. Tymi środkami artysta przedstawiał świat poetyckiej metafory, zaklęty w figurkach dzieci, podobnych do drewnianych pajacyków, marionetek, kukiełek, o okrągłych główkach nakrytych trójkątnymi, spiczastymi czapkami, oczkach-węgielkach, bezbronnie patrzących na świat. Najczęściej pokazywał je grupowo, na podwórku, we wnętrzu chaty lub w pracowni. Przebierał je też w stroje maskaradowe, nakładał maski z ptasimi dziobami, budząc nastrój niepokoju i grozy.

Tadeusz Makowski „poetyzował codzienność” (tak ujęła to Maria Janion) i to chyba najtrafniejsze określenie jego sztuki. Sztuka ta poprzez ów dar, którego nie da się empirycznie wyjaśnić – wzrusza. Poprzez wzruszenie oddziałuje głęboko w sferę uczuciową widza. To bezcenne. To coś, co wynosi jego sztukę wysoko i stawia ją ponad nami, a jednocześnie wnika w nas z siłą trudną do określenia. Uległ temu Tadeusz Różewicz.

Kopytka
pamięci zmarłego we Francji malarza Tadeusza Makowskiego

Czyje to kopytka
Czyje to kopytka
komu szyje buty
na tych kopytkach
stary szewc

na niebieskich aniołom
na złotych pszczołom
na czarnych kominiarzom
na czerwonych katom

wrósł w stołek
jak huba w dąb
pod stołkiem
ni to butelka ni aniołek
szyjką świeci

pociągnie łyk
kopytka z miejsca ruszają
pociągnie drugi
kopytka do drzwi pukają
pociągnie trzeci
pełno tu ptaków i dzieci

                               Tadeusz Różewicz

Makowski zmarł nagle 1 listopada 1932 roku na wylew krwi do mózgu w paryskim szpitalu Hŏtel-Dieu. Miał pięćdziesiąt lat … „Nie ma go już. Ale dusza i dzieło nie giną.” pisał Louis Léon-Martin w dniu śmierci Makowskiego. Władysław Jahl tak opisał ostatnie pożegnanie – „Wracamy z pogrzebu Tadeusza. Odbył się w tak piękny sposób, w tak cudny dzień i w tak prześlicznym miejscu, że mimo wszystko nie jest nam tak ciężko jak przez te dni ostatnie. I tak go ludzie kochali, że pogrzeb nie miał nic z tej zwykłej w tych razach atmosfery. Masa kwiatów, mnóstwo ludzi. Wszędzie biało czerwone wstęgi. To najpiękniejsze miejsce, gdzie pochować można Polaka we Francji – obok Norwida, Kniaziewicza, Niemcewicza i tylu innych.”

(…)
A co sny po kątach splatają,
to się zaraz wszystko rozplotło
(…)
To dzień jedno okno otworzył.
Zaraz zamknie.
I znowu nas nie będzie

Promień słońca , fragment wiersza – Jerzy Ficowski

Życzę każdemu artyście takiego życia i takiej śmierci. I takich przyjaciół. Polaków i Francuzów. Przyjaciół nie podzielonych słowami czy granicami. Życia: pełnią form, barw, oddechu. Życia krótkiego, lecz domkniętego. Miał rację Makowski, gdy pisał: „Aby umieć przeżyć swój czas, trzeba go umieć wyprzedzić”. Sądzę, że go wyprzedził. I sądzę, że jak mało kto może być nam dziś Drogowskazem. Nauczycielem przenikania - piękna oraz uczuć, w nasze małe życie, z tychże uczuć dziś bezwzględnie odzieranego …
Andrzej Walter


_______

 WANDA SZCZYPIORSKA


 Z zawodu artysta plastyk. Pisze i publikuje od kilkunastu lat. Mieszka w Otwocku.









PUCISZKA



Mama płacze, bo zepsuł się telewizor. Przed chwilą poruszały się na ekranie paski, a teraz nie ma nic. Mama domyśla się, że On, mój mąż, wyjął wtyczkę z gniazdka i jest rozgoryczona. Mogłaby pooglądać paski. A ja myślę, że On wyłączył telewizor, bo wiedział, że sprawi tym Mamie przykrość. On twierdzi, że gdyby telewizor był włączony psułby się jeszcze bardziej. Mama usiłuje zaprotestować., ale potrafi powiedzieć tylko: kooot.., Czasami udaje jej się powiedzieć coś innego, lecz żadne wypowiadane przez nią słowa nie pasują do sytuacji. Trudno. Przyjdzie ktoś i naprawi, lecz kiedy , nie wiadomo.
Jest wczesne popołudnie, ja i mama idziemy na spacer z dzieckiem. Chłodno, listopad, a więc Mama w wytartym płaszczu, w którym chodziłam przez dziesięć lat.. Ale ja też nie wyglądam lepiej. Z pewnym mozołem pchając wózek po piasku wychodzimy z bramy. W którą stronę byśmy nie poszły, w tą, czy w tamtą, zawsze mijamy sąsiadów kręcących się po podwórkach. Przyglądają się nam z daleka. Wiedzą, że Mama była nauczycielką, a mimo to czują się nieswojo i gdyby nie przypadek starucha, który leży w komórce po drugiej stronie drogi i też bełkocze (a przecież był normalny) nie wiedzieli by, czy jest chora, czy pomylona. Mama kuleje, właściwie pociąga nóżką i jedną rękę ma bezwładną. Sąsiadki patrzą podejrzliwie, choć z pewną dozą współczucia, ale nie decydują się odezwać.
Mieszkamy we czworo w jednym pokoju i to jest krepujące w nocy, choć mnie się wydaje, że Mama wtedy śpi, a jeśli nie śpi… Wkrótce dobudujemy drugi pokój , kuchnię i łazienkę. Pieniądze są, wystarczy na pustaki i papę na dach, resztę się skombinuje. On wszystko zrobi sam. On potrafi. Zrobi nawet centralne ogrzewanie i hydrofor. Grzejniki do centralnego pozbiera na złomowisku, pospawa, jeśli będzie trzeba, a ja je pomaluję na biało. Piec, podwójny, z wężownicą do grzania wody zrobi u siebie, w pracy. Razem będziemy wiercić studnię – ja będę już wtedy w ciąży. Na jesieni przyszłego roku będziemy mieli dwa pokoje. Lecz zanim to się stało musiała minąć mroźna zima. W marcu kry utworzyły zator i wylała rzeka. Niegroźnie, ale olbrzymie kry leżały długo na brzegach jak monstrualne cielska. Z czteromiesięcznym brzuchem wyszłam oglądać płynącą tuż za naszym ogrodem rzekę i byłam podekscytowana. To musiał być wyjątkowy rok, bo nic takiego nie zdarzyło się nigdy więcej.
----------------------------------------------------------------------------------------------------

To prawda, że On zarabia marnie, ale dajemy sobie jakoś radę. Odżywiamy się dość oszczędnie. Mama dostaje emeryturę. Odbieram ją od listonosza i dołączam do pieniędzy za które musimy przeżyć cały miesiąc. Dla Mamy zostaje końcówka, kilka złotych zaledwie – na cukierki. Kupuje je sobie sama w jedynym sklepie we wsi. Chodzi do sklepu ze mną. Stoimy w kolejce, trwa to długo, czasami kilkadziesiąt minut i kobiety się przyzwyczają. Gadają albo milczą w zależności od humoru i temperamentu nie zwracając na nas uwagi, lecz pewno współczują w głębi duszy, że taka grzeczna, miła pani, a nie mówi. Dochodzimy wreszcie do lady, Mama pokazuje co chce kupić i płaci sama. Myślę, że sprawia jej to przyjemność.
W maju stoją już mury dobudówki, nieotynkowane, ale pokryte dachem, jest korytarz i nowe drzwi, a mnie się wydaje, że mamy już dwa pokoje. Na początku lipca zaczęłam przesuwać meble i wtedy to się stało. Miało stać się za dwa tygodnie, ale stało się tego dnia. Kto i jak zawiózł mnie do szpitala, tego nie pamiętam. Jego na pewno nie było przy tym, bo pracował. Mama i chłopiec zostali z Jego matką –mieszkaliśmy przez ścianę - i jakoś to chyba obydwoje znieśli, choć Mama musiała być niespokojna. Kiedy wróciłam z nowego, jasnego szpitala, w którym na podłodze było linoleum, a w łazience i ubikacji kafle, dom wydał mi się ciemny, brudny i przygnębiający. Córka mała i pomarszczona. Bardzo podobna do ojca.
Dopóki miałam jedno dziecko lubiłam sobie wyskoczyć do pobliskiego miasta, ale po narodzinach drugiego, było to bardzo trudne, czasami jednak konieczne. W mieście, czekając cierpliwie na dostawę można kupić kiełbasę, albo jakieś mięso, a w pawilonie handlowym pośrodku miasta mogły pojawić się nieoczekiwanie pudła z rajstopami. Nawet wtedy, gdy je wnoszono i rozpakowywano, a sprzedaż jeszcze się nie zaczęła w sklepie już kłębił się zbity tłum i trzeba było czekać w nieskończoność, przepuszczać ciężarne i tak dalej.
Wybrałam się do Warszawy. Z dziećmi została Mama, no i jego matka. Musiałam jechać, bo tylko tam, w Warszawie, w spółdzielni dentystycznej robiono szybko koronki za pieniądze, a mnie wypadł ząb. To była pierwsza wizyta, na razie wyrwano mi tylko korzeń i kiedy tak szłam ulicą zbolała, z policzkiem wypchanym gazą nagle, jakaś kobieta, mniej więcej w moim wieku, ucieszyła się na mój widok. To dziwne, znała moje imię, a ja nie wiedziałam kim jest. Oczywiście. Koleżanka z pierwszego roku studiów. Ale ja jej nie pamiętałam. Czyżbym to ja bardziej rzucała się w oczy w tłumie? Okazała się przyjacielska, mieszkała niedaleko i zapytała, czy wstąpię. Czemu nie? W tym czasie rzadko widywałam prawdziwe mieszkania w bloku. A jej chodziło chyba o to, żebym zobaczyła męża, bo zaprosiła mnie na obiad. . Prawda, że wyglądałam fatalnie, no i nie przewidziałam kim będzie mąż, ale się zgodziłam. Od razu jej powiedziałam, że mieszkam na wsi. Byłam głodna, a powrót do domu na wieś, to dwie godziny z okładem. Zastałyśmy męża w domu. Naukowiec. I na dodatek przystojny. Przywitał mnie bardzo grzecznie. Podobało im się, że mieszkam na wsi. Potem był obiad , a na obiad coś twardego, czego nie mogłam zjeść mając tę dziurę w dziąśle. Usiłowałam jakoś sobie z tym poradzić – mój kłopot chyba był widoczny, ale oni zbyt dobrze wychowani , nie dawali niczego po sobie poznać. Podczas obiadu nie pamiętam, co takiego mówiłam o swoim mężu. Nie wiem, czy powiedziałam kim On jest. Zawsze mówiłam o nim, że jest bardzo zdolny, wręcz utalentowany, opowiadałam jak zrobił dziecku sanki w stylu holenderskim, więc pewno i tym razem opowiadałam o tym co potrafi, o domu i o tym jak razem wierciliśmy na podwórku studnię. I stało się coś dziwnego - nowi znajomi byli zachwyceni, koniecznie chcieli to zobaczyć, więc ich zaprosiłam. Opowiedziałam im o Mamie, żeby nie byli zaskoczeni. Wiedziałam, że zachowają się taktownie. Do tej pory nie miewaliśmy zbyt często gości, czasem pojawiał się ktoś z rodziny i ten ktoś zwykle przyjeżdżał do Mamy.
Byłam pewna, że nie przyjadą. Na ogół ludzie obiecują a potem nikomu się jednak nie chce. Ale im się chciało. Ani oni, ani oczywiście my nie mieliśmy telefonu. Widocznie jakoś żeśmy się porozumieli (może listownie), bo byłam przygotowana. Posprzątałam dom ze szczególną starannością, ale i tak czułam zażenowanie. Co prawda w tym ich bloku łazienka też tylko otynkowana, żadnych kafelków, ani płytek, a u nas w nowej łazience było nawet okno, ale wszystko to wyglądało jednak zbyt po amatorsku. Za to On, mój mąż, ubrany porządnie prezentował się całkiem nieźle. Nie tak elegancko jak tamten, bo nowi (starzy) znajomi przyjechali ubrani modnie. Goście byli dla Mamy ujmująco grzeczni i ona to doceniła, ożywiona i uśmiechnięta. Podałam obiad, a do obiadu On nieśmiało wyciągnął wódkę. Nie wiadomo: wypiją, czy się obrażą… Nie obrazili się. Wręcz przeciwnie. Trzeba było wyciągnąć drugą, potem trzecią, więcej już nie było.
Tak się zaczęła ta znajomość. Trwała kilkanaście lat. Poznaliśmy się do głębi, pod każdym względem i zaczęliśmy się nienawidzić, ale spotykaliśmy się dość często i zawsze te spotkania były ekscytujące, pijane do nieprzytomności i w rezultacie kłopotliwe, chyba dla obu stron. Potem tamten umarł , właściwie zginął w wypadku. Kto mógł przewidzieć, kiedy jeszcze żył, że ona pod koniec lat osiemdziesiątych okaże się antysemitką, a potem, na starość słuchaczką Radia Maryja? Za jego życia nic na to nie wskazywało. Chociaż… kto wie? To u nich odbyło się zebranie Klubu Inteligencji Katolickiej.
Kiedy w dziewięćdziesiątym roku przywiozła te pisemka (dla mojego męża) powiedziałam, że nie chcę jej więcej znać i to był naprawdę koniec.
Ale wtedy, po tej ich pierwszej wizycie, dla nas zaczęło się nowe życie.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Mama chce pomóc, dlatego szyje ubranka dla moich dzieci. Na okrętkę, ściegiem „wilk przez pole”. Nakładam koszulkę córce. Tak mało mam dla nich ubrań, że przyda się każde, nawet tak niezdarne. Mama sprząta po sobie, pierze i nigdy niczego się nie domaga. Dla Niego jest surowa. Chyba go nie lubi. Czasami mu przypominam, że korzystamy z jej pieniędzy i wtedy On robi mi awanturę. Właściwie to awantura poprzedza moje przypomnienie. On chce być panem sytuacji, trzymać wszystko w garści. Nie mogę się od niego uniezależnić i prawdę powiedziawszy wcale tego nie chcę, a On jest przekonany, że sama nie dałabym sobie rady. No i dobrze. Pamiętam przecież, że we dwie z Mamą balansowałyśmy na krawędzi nędzy.
On jest zaradny i pracowity. A jakże. W kuchence, która jest bardzo mała, pod oknem, zrobił szafkę z szerokim blatem pełniącą rolę stołu. Za oknem rośnie jabłoń, na której w zimie powiesiłam karmnik. Mam książkę, w której narysowane są wszystkie ptaki i uczę się nazywać te, które przylatują. Przez cały krótki zimowy dzień Mama i ja czekamy i cieszymy się, kiedy przyleci dzięcioł, grubodziób, albo jakiś inny. Na szerokim blacie szafki można rozłożyć gazetę. Dobrze się czyta, bo jest widno. Czytuję na stojąco, gotując jednocześnie obiad KULTURE, POLITYKĘ, ŻYCIE LITERCKIE.

W tym miejscu, przy tej szafce stało się coś, czego nie sposób zapomnieć.

Może to nie przypadek, że u mnie i jedna i druga ciąża zaczynały się w listopadzie. Przyczyniał się do tego widać taki jakiś dziwny jesienny nastrój. W grudniu tamtego roku też coś się zaczęło dziać. Były objawy, ale przed świętami Bożego Narodzenia wiedziałam, że to fałszywy alarm, bo zaczęłam krwawić. Tuż po świętach stałam któregoś dnia pochylona nad blatem w kuchni i czytałam felieton na ostatniej stronie. Był śmieszny, więc zaczęłam się głośno śmiać. A wtedy poczułam nagle, że to wypada ze mnie, nie wiem co, bezkształtny pęcherzyk jakiś, i bardzo krwawię i tego nie można powstrzymać , podłoga cała we krwi, a potem we krwi łóżko… I ja nie bardzo wiem, co się dokoła dzieje. Położyłam się, bo było mi trochę słabo. Ale nie czułam ulgi, ani… żalu.
On się upił. Ze strachu. Dopiero następnego dnia pojechaliśmy do szpitala. A w szpitalu miny, aluzje pielęgniarek, że pewno usiłowałam to sobie usunąć drutem. Dla nich wszystko zawsze jest oczywiste. Chciałam im powiedzieć, że stało się tak, bo się śmiałam. Czytałam felieton Hamiltona. Nie wiedziały kto to. A ja – że śmiech spowodował skurcz mięśni, a płód był martwy i tak dalej. Tak.. tak.. Nikt nie wierzył.
Pobyt w szpitalu był krótki i przyjemny. Leżałam odurzona czymś, o czym mówili „głupi Jaś”. Potem bardzo chciałam doświadczyć tego jeszcze raz.

Dla pielęgniarek byłam kobietą z marginesu, a ja nie jestem przecież byle kim, jestem wykształcona. Naczytałam się tylu książek, że mogę uchodzić za inteligenta. Jesteśmy kulturalni. Co prawda, On na pewno nie jest inteligentem. Jest robolem. Ale utalentowanym. A Mama? Mama niegdyś uwielbiała kino i była specem od krzyżówek. Mówię to w czasie przeszłym, bo teraz nic już nie potrafi, filmów zapewne nie rozumie, a o czytaniu książek mowy nie ma. Co czuje, co myśli? Nie wiem. Boi się śmierci? Nie wiem. Popłakuje.
Powinnam nadać imiona koleżance i jej mężowi, żeby znów mogli się tu pojawić. Bo stali się dla nas bardzo ważni. Ich sposób życia był dla nas nieosiągalny, ale stanowił jakiś wzorzec. Nazwę ją więc Teresą, a jego Kazimierzem.
----------------------------------------------------------------------------------------------------

Przyjeżdżali co jakiś czas, brnąc piechotą od oddalonej stacji kolejowej, ale to też chyba sprawiało im przyjemność. Latem atrakcją była dla nich rzeka i białe plaże, przejrzysta woda, tylko trochę zanieczyszczona. Wiosną i wczesnym latem przyjeżdżali często - w lipcu już nie, bo wyjeżdżali na wakacje. Wszyscy czworo mieliśmy wtedy tak plus minus po trzydzieści lat. Nasze wzajemne stosunki zaczęły się plątać, wikłać, nabierały podtekstów nieco erotycznych, Teresie podobał się On. Nie tyle podobał się, co podniecał swoją innością i nieśmiałością w stosunku do obcych, którą ona uważała za bardzo intrygującą. Ja chciałam podobać się Kazimierzowi. Nie wiedziałam, że to daremny trud. Kazimierz też wolał Jego i chyba dlatego tu przyjeżdżał. Być może miał nadzieje, że zdarzy się okazja, która pozwoli mu nabrać przekonania, że się nie pomylił. I nadarzyła się, ale dużo później. Dopiero po śmierci Mamy. A ja to widziałam na własne oczy. Doprawdy, nie ma o czym gadać.
Wkrótce okazało się, że Kazimierz jest alkoholikiem, i to takim, który nie może spędzić wieczoru w samotności. Może gdyby miał telewizor… Ale nie miał. Dla niego, no.. może nie intelektualisty, inteligenta raczej, telewizor był złodziejem czasu. Dlatego wieczorami szukał towarzystwa. Co to było za towarzystwo nie mam pojęcia, wiem tylko, że któregoś wiosennego dnia o świcie znaleźliśmy go pod jabłonką. Spał. A właściwie już się obudził. Nie wiedział jak się tu znalazł. Zdawało mu się, że szedł piechotą. Bardzo możliwe. Jeśli wyruszył wieczorem, to mógł dojść do rana. A może ktoś go podwiózł? On sobie nie przypominał, a dla nas tym bardziej było to niejasne. Wydaje mi się, że ta pijana wędrówka była swojego rodzaju wyznaniem. Ale to nie chodziło o mnie.
Musieli, tam, w Warszawie często rozmawiać o nas między sobą. Obydwoje mieli tu swoje osobiste sprawy. Lecz każda sprawa była trochę inna, a więc mówiąc o nas oszukiwali się nawzajem. Podejrzewam, że nade mną się litowali. Większość ludzi, tych, którzy mnie mało znają, lituje się, nie wiem czemu.
Mama była życzliwym świadkiem naszych spotkań, usiłowała nie przeszkadzać i nie narzucać swojego towarzystwa. Siedziała z nami przy stole, cichutko, starając się jeść tak, żeby nie widać było częściowego paraliżu twarzy. Czasami się zastanawiałam, jak to jest, być tak całkowicie na marginesie, być człowiekiem, któremu obcy poświęcają zdawkową uwagę z uprzejmości, i kiedy się jest …osobno?
Niepokoiłam się o Mamę , bo okazało się, że zachorowała na padaczkę. Pogotowie przyjechało, gdy było już po ataku i dali kropelki nasercowe. Potem przyjechał lekarz z ośrodka zdrowia i też zapisał kropelki. Nic nie powiedział o padaczce i nie dał na to żadnych leków. No tak, Mamę spisano na straty.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Krąg znajomych poszerzył się o pewną doktorantkę historii, znajomą Kazimierza. Jest samotna, dlatego łatwo ją było tutaj zwabić. Ją też fascynuje życie na wsi, choć nie pozbyła by się swojej kawalerki w centrum. Trochę nas to kosztuje – życie towarzyskie. Na jedno z przyjęć poszło pół wypłaty. Ale było wesoło. Chociaż…. Bo ja wiem?
To krępujące, że wciąż chodzę w starym płaszczu, a Teresa koniecznie musi mieć modny kożuch, rozkloszowany, obszyty kosmatym futrem. Takie kożuchy szyją w Garwolinie. Należy pojechać i zamówić, a potem pojechać jeszcze raz po odbiór. Mam jej towarzyszyć. Mnie nigdy nie będzie stać na kożuch, ale pojechać mogę. Do Garwolina jedzie się pekaesem. Jest wczesna jesień, na szosie lubelskiej długo czekamy na autobus…Dzieci zostały z Mamą. Niepokoję się, bo wrócę późno. A jednak towarzystwo znajomych, (o których nie mówimy jednak – przyjaciele), jest tym, z czego nie potrafiłabym zrezygnować.
Jesteśmy do nich zaproszeni. Do Teresy i Kazimierza. To rewanż, a może i coś więcej. On będzie tam po raz pierwszy. Kogo oprócz nas zaproszą, nie wiemy. Oczywiście będzie ta doktorantka i jeszcze inni, ale na ogół będą pary. Znajomi z Uniwersytetu, bo Kazimierz jest wykładowcą.
Jest sobota. Październik. A może to imieniny? Chyba nie , bo nie wieziemy prezentu, ani kwiatów, tylko półlitrówkę. Ubrani jesteśmy jako tako. Ściemnia się. Kiedy i jak wrócimy do domu - nie wiem. I nawet nie myślę o tym.
Być może rozmawialiśmy o czymś podczas tej podróży, ale ja tego nie pamiętam. Pamiętam gesty, spojrzenia, wygląd nas obojga, pośpiech i niepokój. Widocznie ludzie rzadko mówią do siebie coś, co warte było by zapamiętania. Znaleźliśmy szary blok stojący ukosem do ulicy, piąte piętro, korytarz jak w hotelu (nigdy nie byłam w hotelu) , drzwi. Dzwonek. Witają nas gospodarze, a półlitrówka zmienia właściciela. Chyba jesteśmy pierwsi. To dlatego, że tak długo musieliśmy tutaj jechać, prawie dwie godziny i wyjechaliśmy zawczasu. Ja znam to mieszkanie, ale On nie, dlatego rozgląda się ciekawie. Pod oknem szerokim na całą ścianę stoi stół a na nim misy z brukselką, szklanki i kieliszki. Podobno nic innego nie będzie tylko ta brukselka. -Świetny pomysł - mówię. Wykwintny. Bardzo elegancki. Zauważyłam, że On jakby dygoce lekko. To z emocji. Knajpa dworcowa, wesele, albo Święta w rodzinnym gronie tak.. to zna. Ale na takim przyjęciu jeszcze nie był i nie domyśla się, że to on będzie tu atrakcją. Ja jestem kimś jak oni, ja się nie wyróżniam. Miejsc do siedzenia jest niewiele, tapczan i parę krzeseł, a więc siadamy na tapczanie. Zbyt nisko. Korzystamy z okazji, gdy wchodzą następni goście, witamy się, przedstawieni przez gospodarzy i szybko zajmujemy krzesła. To tak na razie, potem wszyscy będą pili wódkę i jedli brukselkę na stojąco. Pokój się zapełnia. Przyjemny, intymny półmrok. Po pierwszych kieliszkach czujemy się rozluźnieni, nawiązujemy kontakt. Ja z mężczyznami, a Jego zagarnia ta doktorantka historii. Nie jest ładna, ale On wydaje się zadowolony, a mnie jest wszystko jedno. Na takich prywatkach na ogół nic się nie wydarza godnego zapamiętania. Ktoś bardziej pijany od innych robi z siebie błazna . W półmroku przemieszczamy się z kąta w kąt . Ktoś inny pyta mnie kim jestem, bo widzi mnie pierwszy raz. Kim jestem? Nie umiem odpowiedzieć, a może nie chcę się przyznać. Tu każdy jest kimś, nawet błazen. O Nim, o moim mężu wszyscy już wszystko wiedzą. Kazimierz się pochwalił. Bo On, mój mąż, nie jest żadnym tam konserwatorem, ani palaczem na uniwersytecie, których widują co dzień, ale prawdziwym chłoporobotnikiem. Ze wsi.
Widzę, że jest pijany, cały rozedrgany , zbytnio ożywiony i boję się kompromitacji, chociaż sama też jestem pijana. Tańczę z kimś obcym, potykamy się i padamy na tapczan. To tylko nieszczęśliwy wypadek, nic nie znaczy, podnosimy się i tańczymy dalej. Powietrze gęstnieje, staje się nieprzejrzyste, od alkoholu bardziej niż od dymu, jest coraz ciemniej i ciaśniej, mam jakby ograniczony krąg widzenia, co dzieje się pod oknem, albo w pobliżu drzwi nie wiem, a jednak mam świadomość, że ktoś mi się przygląda. Krytycznie. Kobieta. To pewno z powodu stroju. A może nie? A może z powodu męża? Co tam. Czuję się jak u siebie. Gospodyni jest przecież moją przyjaciółką. Chciałabym zbliżyć się do Kazimierza. Mam nieodpartą ochotę poczuć jego bliskość. Po chwili tańczymy razem przytuleni, a ja nie bardzo wiem jak do tego doszło. Widzę Jego, mojego męża. Siedzi na tapczanie oparty o ścianę, patrzy na nas, ale nas nie widzi. Znam ten wyraz twarzy, tępy, nieobecny. Wiem, od tego momentu nic już nie będzie pamiętał. Powinien się przespać. Co ze mną? Już nie tańczę. Też siedzę na tapczanie. Siedzimy osobno, jedno od drugiego w pewnej odległości. Goście wychodzą nie żegnając się. A może mówią „do widzenia” tylko ja nie zwracam na to uwagi? Zaczynam się niepokoić. Trzeba iść na dworzec. Piechotą. Kawał drogi. To już nieaktualne, bo On zasypia, zsuwa się na tapczan. Teresa i Kazimierz naradzają się, mówią, że wszyscy czworo będziemy spali na tapczanie. Na razie Teresa zbiera kieliszki ze stołu, a Kazimierz krąży niespokojnie. Potem leżymy obok siebie w takiej dziwnej konfiguracji, ja i On w środku, a Teresa i Kazimierz po bokach z tym, że Kazimierz z Jego strony. Zasnęłam. I chyba nie stało się nic takiego, co musiałabym zapamiętać.
Do domu dotarliśmy przed południem następnego dnia. Mama skrajnie zdenerwowana, roztrzęsiona, usiłowała robić mi wyrzuty. A mnie było tak niedobrze.

Po tym wydarzeniu życie towarzyskie zamarło na jakiś czas, to znaczy do następnego lata. Moje. Bo On sobie jakoś radził. Miał kumpli, którzy wsiadali i wysiadali na tej samej stacji. Mógł się nagadać w pociągu.

----------------------------------------------------------------------------------------------------

Lubię jesień dopóki nie jest bardzo zimno. Chodzimy z dziećmi na spacery. Mama mi towarzyszy. Chodzimy do sosnowego lasu, w którym jest zacisznie. Las jest niewielki, ale można się w nim zanurzyć i wdychać ten przedziwny, nieuchwytny zapach. Znów trzeba będzie zacząć palić w piecu i przygotować karmnik dla ptaków.
Ataki padaczki u Mamy stawały się coraz częstsze. Raz upadła w ogrodzie, innym razem w domu. Nie umiałam jej pomóc. Nikt nie umiał, a szczególnie lekarz. To był mężczyzna. Przyjeżdżał z Ośrodka Zdrowia zwykle następnego dnia i poprzestawał na badaniu. Nie musiał mi mówić, sama wiedziałam, że jest bardzo źle.
Mama umarła w maju. Umarła w nocy, kiedy wszyscy spali. Cierpiała bojąc się śmierci, sama śmierć przyszła nagle. Była piękna pogoda i wszystko kwitło. Na biało kwitła czeremcha, tu we wsi zwana puciszką. A ta puciszka bardzo dziwnie i intensywnie pachnie .
To nie mija. To wraca stale.
Ten zapach pozostanie zapachem śmierci.

2009

_________________________


Wanda Szczypiorska

 

CIENIE




Chłopak snujący się od pewnego czasu po bezlistnym jeszcze ogrodzie niepewnie zbliżał się w stronę domu. Wyjrzałam i powiedziałam grzecznie; w czym mogę być pomocna? A on zapytał, czy pozwolę mu umyć ręce. Oczywiście. Tu jest łazienka – pokazałam drzwi. I tak poznaliśmy się. I nie poznali właściwie, bo po wyjściu z łazienki powiedział tylko; przepraszam. I poszedł sobie.
Patrzyłam przez uchylone okno podczas gdy on zbliżał się do bramy. Wiedziałam, że nie był sam, w głębi podwórza od rana kręcili się jacyś obcy. Do licha, co za jedni? Po co przyjechali?
Ale tego samego dnia w domu pojawiło się poszarpane i trudne do odczytania pismo podziemne ZAPIS, nad którym podniecona spędziłam bezsenną noc. A więc ten młody okazał się emisariuszem. Emisariuszem objawionej mi nagle prawdy. Wiedziałam już, że mąż w warsztacie (produkcja deficytowych części do Malucha) cichaczem omawiał z nimi pewne przedsięwzięcie. A kiedy znikli wyznał, z wyrazem twarzy kogoś należącego już do konspiracji, że im odstąpił stary domek, z którego wyprowadziliśmy się przed miesiącem.
Od tego dnia minął jakiś czas. Nadeszła prawdziwa wiosna, wiosna „Solidarności” w rozkwicie. Długo nic się nie działo, ale my, we dwoje czyniliśmy przygotowania. Mąż starannie pobielił ściany w opuszczonym domku, przybił, co należało przybić i odetkał zlew. W małym pokoju stało jeszcze piętrowe łóżko należące niegdyś do moich dzieci, ale w dużym było przestronnie, pusto. I czynna była, nikomu już n niepotrzebna, stara lodówka w kuchni.
Pod koniec kwietnia zaczęli się pojawiać nowi znajomi, na razie tylko na chwilę, w jakimś konkretnym celu, a może – ot tak sobie? A może, żeby upewnić się, czy miejsce jest dość bezpieczne? Zaręczył co prawda za nas wspólny znajomy, hydraulik Janek, ale i tak, widocznie należało sprawdzić.
Jednym z pierwszych, który wpadał co pewien czas był młodzieniec o przezwisku Żuk. Dzięki dobremu wychowaniu z pytaniami zwracał się wyłącznie do mnie. Ale mąż tego nie lubił. Z przekąsem mówił o Żuku. Może na skutek tego nieporozumienia pomiędzy mną a Żukiem zaczęła kiełkować sympatia, wątlutka, jak roślinka zaczynająca życie pod kamieniem. Przyznaję, czekałam na tamtego, którego poznałam wówczas, gdy pytał mnie o łazienkę. Wiedziałam już – wykształcony. No i podobno znał Lipskiego, a także innych wielkich, będących na szczytach KORu. Na imię mu było Paweł (nazwisk nie używano). Jąkał się, był tajemniczy, smutny i nieładny. A Żuk, owszem, owszem. Wykształcony również. I wyglądał naprawdę nieźle.
Pod koniec kwietnia jeden z nowych znajomych o imieniu Maciej zaczął zwozić błękitnym Fiatem 125 papier powielaczowy w ryzach, beczkę farby, olej. Zdobycie tego dobytku musiało być n niebywale trudne. Pewnego ranka pojawiły się powielacze i przyjechali drukarze. Paweł, Żuk i inni.
To dziwne, że „nasi chłopcy” – przez pierwsze dni mówiliśmy „oni” – drukowali przeważnie w nocy. Czyżby… wymogi konspiracji? Wieczory w maju były wyjątkowo ciepłe więc nasi chłopcy szeroko otwierali okna. Którejś nocy podeszłam bliżej i usłyszałam monotonny szum. Chyba wiedza, co robią? Zobaczymy, co z tego wyniknie. Powiedziałam mężowi i on się tym trochę przejął. A gdyby sąsiedzi donieśli? Nie wiadomo kto. Ale ktoś mógłby.
W naszym nowym domu, wciąż jeszcze dalekim od wykończenia, taras zastępowały luźno ułożone deski. W ciągu dnia goście odpoczywali. Na deskach zbierało się męskie towarzystwo popijając piwo. Leżeli rozleniwieni, mój mąż gadał, gadał bardzo podniecony, a ja patrzyłam na to zza szyby kuchennego okna. Tamci słuchali z uśmieszkiem, od czasu do czasu któryś zachichotał. Pewnie. Takim bywalcom salonów jak oni, mój mąż, mieszkaniec zapadłej wsi powinien – czemu nie – wydawać się atrakcyjny. Chociaż zapewne nieco egzotyczny.
Czasami po obfitej porcji jajecznicy (były takie dni, ze do jedzenia mieliliśmy wyłącznie jajka), „chłopcy” rozsiadłszy się w fotelach rozmawiali z nami leniwie i od niechcenia, ale wydaje mi się, ze z dużą dozą poufałości, ciepła. Ośmielona starałam się dać im do zrozumienia, że jeśli chodzi o mnie, to mają do czynienia z kimś, kto znalazł się w tej odległej, podwarszawskiej dziurze poprzez przedziwne, nieoczekiwane zakręty losu. Byłam artystką zanim wyszłam za mąż i w całej pełni, jak oni należę do inteligencji. Skorzystałam nawet z okazji któregoś dnia i powiedziałam kilka ciekawych i oryginalnych – tak myślę – uwag o teatrze. W odpowiedzi na twarzy Pawła ukazał się życzliwy, owszem, chociaż nikły uśmiech. Problemem, który zajmował wszystkich była polityka i aprowizacja, a Pawła gnębił szczególnie brak słodyczy, bez których nie mógł się, po prostu, obyć. A więc, to była ta szansa, żeby się zbliżyć do niego. Postanowiłam zrobić wszystko, żeby to załatwić.
Czekałam z tym na odpowiedni moment, tymczasem wyprawiwszy dzieci do szkoły i nie mogąc myśleć o niczym, co nie było związane z „chłopcami” całymi dniami opalałam się leżąc w trawie. Wydaje mi się, że wyglądałam nieźle; nie mijali mnie obojętnie przechodząc przez dziurę w płocie z jednego ogrodu do drugiego. Zdarzało się nawet, że mieli do mnie pytania, albo interes bardzo pilny. Płynący za naszym ogrodem Świder nanosił co roku piasek na przybrzeżne plaże. Po naszej stronie za ogrodem wznosił się lekko podwyższony trawiasty brzeg, na który po południu przyganiano krowy.
Goście rzadko przenosili się na drugi brzeg, na plażę, widocznie lepiej czuli się na wydeptanej łączce. Przychodzili wczesnym popołudniem już wyspani po nocnej pracy i… rozbierali się do naga. Mnie leżącej za krzakiem nie widzieli, a może moja obecność nie miała dla n ich znaczenia. Po prostu, tak było im wygodnie. Pokryci byli plamami granatowej farby, która rozpuszczona w wodzie i niedomyta nadawała ich ciałom nieco upiorny, trupio siny kolor.
Starałam się nie patrzeć w tamtą stronę, w pewnych momentach jednak, wyjątkowego wybuchu wesołości, było to nieuniknione. I oto, któregoś dnia zobaczyłam jedną z tych starych kobiet, a była to – o Jezu – moja teściowa nazywana Babką idącą z krową prosto na nich. Krowa poczuwszy rzekę przyspieszyła kroku, więc Babka biegnąc truchtem nie miała czasu się rozejrzeć. Nie spodziewała się niczego, co mogłoby ją zaskoczyć i pewno nie od razu zauważyła nienaturalnie sinych, obnażonych mężczyzn.
Usiedli skromnie tyłem do niej, a ona napoiła krowę i poczekała aż tamta się wypróżni, a potem obojętna na sprawy świata, który jest tam, we mgle, daleko za horyzontem wyruszyła w powrotną drogę.
Z kupnem cukierków dla Pawła miałam oczywiście kłopot. W prywatnym kiosku z warzywami udało mi się kupić samochodzik wypełniony słodkimi kuleczkami w najrozmaitszych kolorach. Postanowiłam nie czekać i zanieść go osobiście. Dzięki temu mogłam zbliżyć się do tego, mojego niegdyś domu, a teraz tajemniczego przybytku wypełnionego wyłącznie obecnością mężczyzn. Zastałam wszystko w takim stanie, jakiego nie spodziewałam się może, ale jaki po prawdzie w zupełności mógł być do przewidzenia. W kuchni zatkany zlew z udrapowaną na nim ciemną, cuchnącą szmatą, a na maszynce przypalony garnek.
Żuk, , jak by nie było esteta, bo historyk sztuki, gdy weszłam wydawał się skrępowany i usiłował coś, czego zapewne się wstydził, upchać pod poduszką. Powiedziałam, że szukam Pawła. Paweł grzebał w stercie zepsutych druków w kącie dużego pokoju. Podałam mu samochodzik. Nie wiedział co to jest.
- Cukierki
Ucieszył się – Ach tak?
Schyliłam się, zaczęłam po trochu czytać nikomu już niepotrzebne zabrudzone kartki. Potem szperając w stosie zebrałam numer ZAPISu. O ile dobrze pamiętam numer osiemnasty. Zapytałam, czy mogę go sobie zabrać. Oczywiście. Wzięłam. Zachowam go na pamiątkę. To nic, że brudny trochę rozmazany i niewyraźny.
Po pewnym czasie zaczęliśmy jedni do drugich mówić po imieniu. Kontakty towarzyskie zacieśniały się, powstało coś w rodzaju zażyłości pomiędzy nami. Chłopcy spieszyli się. Organizator, Maciej woził za sobą ogon. Był to biały Fiat 125 z dwoma panami, którzy ani trochę nie wyglądali jak turyści. Twierdził, ze potrafi ich zgubić. Być może. Ale represje zelżały i jak mówili mi sami chłopcy, ta robota stawała się półlegalna. Ci panowie we Fiacie, tak myślę, doskonale wiedzieli co się święci i na razie nie zależało im na tym wcale, żeby się ujawnić.
Trzynastego maja od rana jak zawsze słuchałam Wolnej Europy (tylko ja, mąż nie miał do tego cierpliwości). Słuchałam przenosząc się to tu, to tam, żeby przedrzeć się przez zagłuszanie. I usłyszałam. Zamach. W popłochu i podnieceniu od razu pobiegłam do drukarni. Wiedzieli już. Wiedzieli też, kto to zrobił – KGB. Nikt nie miał wątpliwości. Wieczorem w telewizorze krótkie migawki pokazujące bezwładnego człowieka w bieli, rewolwer w kółku, Ali Agca. A potem wszystko wróciło do normy. Nie było o czym mówić, dociekać, wszystko co było do powiedzenia powiedzieliśmy sobie od razu. „Chłopcy” zajęli się ponownie pracą. Moja zażyłość z nimi odrobinę wzrosła.
Wzrosła na tyle, że siedząc nad rzeką, to z tym, to z tamtym, gwarzyliśmy sobie. Najczęściej z Żukiem, ale czasem z Pawłem. Paweł wprawiał mnie w zakłopotanie. Wiedział o moim podziwie dla niego, wszystkiego się domyślił, a to sprawiło, że siedząc na porośniętej trawą , niewysokiej skarpie rozmawialiśmy zwykle na osobiste tematy, nie tak osobiste, żeby się z czegoś zwierzać, o nie, ale tak o życiu w ogóle z powagą i ze szczerością. Wiedziałam już, że udręka Pawła spowodowana była przez kobietę. Żuk też czekał na dziewczynę. Nie przyjeżdżała, a on nie wiedział dlaczego. Telefonu nie było we wsi.
Pojawił się ktoś nowy. Młodziutki egzaltowany chłopak, który koniecznie chciał pomóc, ale nikt go nie znał. T znaczy znał go Maciej, zaręczył za niego, przywiózł. Podobno mały z wielkim zapałem włączył się do pracy gotowy na poświęcenie. Któregoś dnia odwiedziła go matka. Elegancka pani, pewna siebie, w rozmowie ze mną nieco protekcjonalna, wyniosła, a przecież to ja musiałam ją gościć, podać herbatę… Skąd ta kobieta wiedziała, gdzie jest syn? No oczywiście. Synek jej powiedział. Któryś z „chłopców” (kiedy już jej nie było) ostro go za to skarcił. Ale zanim to nastąpiło poszli na spacer, byli przecież na wsi. Pokazał jej rzekę, a potem wyszli na otwartą przestrzeń. Przestrzeń rozległą, szarozieloną od młodych zbóż, z cienkim pasemkiem lasu gdzieś na horyzoncie. W powrotnej drodze wstąpili do drukarni, ale to było już niepotrzebne. Nikt tej kobiety nie znał. Zadbana, rudawa (dobra farba) pani opowiadało mi o swoich podróżach do Londynu i szeptem, że przy okazji przewiozła powierzone jej materiały dla BBC, niewymuszone przeze mnie zwierzenia budzące oprócz zawiści podziw i onieśmielenie. Pojechała, to znaczy musiała dobrnąć do stacji Świder w podobny sposób, jak się tu dostała. A chłopak, nie wiem czemu, nie był już dobrze traktowany, no i po pewnym czasie on także się gdzieś ulotnił.
Maciej wywoził paki zadrukowanych kartek, które ktoś potem składał i oprawiał. Nasza przygoda z drukarnią zbliżała się już do końca. Czułam dręczący niepokój o to, co będzie potem. Pustka? Pomagaliśmy w likwidowaniu tego bałaganu. Palić, nie palić niepotrzebne kartki? Zebraliśmy stos. Nie. Lepiej zakopać w dole. A co zrobić z kubłem niezużytej farby drukarskiej? Później się zabierze. Powielacz? Powielacz jest zdekompletowany, a z resztą… nie mieści się w samochodzie. Przyjedziemy po niego później. Będzie nam potrzebny.
W kącie pokoju leżało kilkanaście ryz papieru powielaczowego. Bardzo cenny. Zabierzemy to kiedy będzie trzeba. A więc upchałam ten papier w pokoju naszej córki Marii w jej tapczanie. W opustoszałym domku pozostały błękitne plamy farby to tu, to tam. Gdzieniegdzie jakiś cień, jakby wspomnienie o kimś, kto zmęczony albo zamyślony oparł się o ścianę. Sprzątając śmieci z podłogi znalazłam pusty samochodzik cały pokryty śladami zabrudzonych palców. Trzeba go zabrać, schować. Będzie mi przypominał ten czas, tą niebywałą wiosnę… Pawła.
Kiedy zniknęli na dobre, było mi ciężko na duszy. Jakaś męcząca nostalgia, nie wiadomo co robić ze sobą i chociaż lato w pełni, nic się nie chce. Wybrałam się do Warszawy raz, drugi. Ale tam również pustka. W lokalu „Solidarnosci, gdzie wstąpiłam ot tak, rozejrzeć się, tylko znany z jakiegoś zdjęcia Tomasz Jastrun i nikogo więcej. Nie licząc tłumu zupełnie anonimowych ludzi. Upał.
Nadeszła jesień. W listopadzie spłonęła stodoła Babki. Na szczęście tej nocy nie było wiatru i oborę odratowano. Krowę, dwie świnki, kury wyprowadzono w porę. Ale drewniana stodoła kryta strzechą płonęła z hukiem. Strasznym. A słoma paliła się wyrzucając w niebo iskry niczym fajerwerki. Krzyk, groza, bieganina, straż. No i ten lament Babki.
Od razu nam na myśl przyszło wyjaśnienie oczywiste i tylko jedno – zemsta SB. Ale dopiero w listopadzie?
Potem zapalił się komuś stóg, a potem inna stodoła, milicja złapała piromana, a więc, nie zemsta jednak.
Ani po resztkę powielacza, ani po kubeł farby i papier tej jesieni nie przyjechano, a potem był stan wojenny. Nasi „chłopcy” trafili do Białołęki. Wiadomość o tym dostaliśmy od hydraulika.
Stan wojenny, jak to stan wojenny. Leżąc w łóżku z uchem wciśniętym w poduszkę słyszałam jakiś złowieszczy odgłos, jak gdyby łomot gąsienic. Gdzie? Może na szosie oddalonej o kilka kilometrów od nas? Ale to było tylko złudzenie. Nerwy.
Mąż nie wiedział co zrobić z powielaczem przechowywanym w garażu razem z rupieciami. Trzymanie go na widoku było ryzykowne, więc kiedy zrobiło się nieco cieplej, a zima tamtego roku była wyjątkowo mroźna, wykopał w kącie ogrodu niegłęboki dołek i ostrożnie umieścił tam ten powielacz starannie zabezpieczony, żeby się nie zniszczył.
W obejściu zamiast stodoły wciąż było pogorzelisko. Stodoła powinna być murowana. Z cementowej cegły. Trzeba wynająć murarza. O murarza nie było łatwo. Zgłosił się pewien znany w okolicy milicjant na emeryturze, Waldek. W sile wieku jeszcze. Postawił warunek; musi zamieszkać na miejscu, bo nie chciało mu się dojeżdżać. Prosta sprawa, jest przecież pusty domek, w domku wygodne łóżko i lodówka. Nikomu nie przyszło do głowy, że są również aż nadto wyraźne cienie tamtych lokatorów. I stoi w kacie pokoju kubeł granatowej farby.
No tak.
Kiedy SB i zomowcy zjawili się o świcie było lato. Parę dni przedtem mieliśmy wiadomość od hydraulika, że nasi chłopcy są już na wolności.
Okrążyli ogród z dwóch stron. Kilkunastu, a może kilkudziesięciu. W mundurach. Ci co weszli do domu ubrani po cywilnemu. Trzech. Ten trzeci trzymał w pogotowiu kamerę. Byli ostrożni, czujni. Ale mąż, dzieci, ja (w negliżu) bardzo wystraszeni, a więc zomowcy wkrótce przestali czaić się za parkanem i zwartą tyralierą zaczęli przeczesywać ogród. Jeden z cywilów został z nami, a drugi poszedł do drukarni. Wiedzieli o wszystkim, nie było się co wypierać. W tym czasie, kiedy przeszukiwano pokój Marii i wyciągano z tapczanu papier powielaczowy ten od kamery poszedł do ogrodu żeby sfilmować dom. Podobne do tej sytuacje pokazywano w telewizji traktując to jako piętno hańby. Mąż rzucił się, protestował, lecz ja mu szepnęłam: - głupi, to przecież będzie fajnie, kiedy pokażą nas w dzienniku. Więc się uspokoił.
Jednak trzęsłam się… nie wiem, ze strachu, czy też z pod niecenia? Nasz dom zwolna zamieniał się w pobojowisko. Zajrzeli do łóżek, szaf, z półek wywlekli książki, nielegalne druki. Te bardzo starannie powiązali w paczki. Najbardziej zależało im na powielaczu. Wiedzieli, że jest powielacz (od kogo?) tylko nie wiedzieli, gdzie. Nie mogli znaleźć ani w domu ani w zabudowaniach. W piwnicy trzech zomowców przekopywało węgiel. Tamta ekipa wysłana do drukarni triumfalnie przywlokła ze sobą kubeł farby drukarskiej i zbutwiałe kartki ZAPISu, które znaleźli w ogrodzie. Byliśmy winni, to już nie ulegało wątpliwości. Tylko kto jeszcze? No kto? A skąd my możemy wiedzieć? Przecież nie podawali nazwisk. Wynajęli domek i tyle. O proszę. Tu jest umowa. Jakaś organizacja studencka. Esbek zachichotam i spoważniał zaraz.
- Nie NOWA? – ironizował
A licho wie. Nie wiemy. Może nowa.
Po południu zabrano nas w konwoju na Rakowiecką, gdzie musieliśmy złożyć zeznanie. Oczywiście każde z nas osobno. Panom z SB (nie pamiętam twarzy) uparcie chodziło o ten powielacz. Po diabła im powielacz? Jeśli wiedzą, że jest schowany u nas, powinni również wiedzieć, że do niczego się nie nadaje, że jest niekompletny. Grozili aresztowaniem. W więzieniu są wszy i szczury. Na moje dzieci czekają już w domu dziecka. A czy pamiętam, co stało się ze stodołą? Więc się rozpłakałam.
Wróciliśmy jeszcze tego samego dnia. Każde z nas osobno. Wydawało się, że to koniec, ale niezupełnie. Za naszym ogrodem, w uliczce prowadzącej nad rzekę zaczęli pojawiać się turyści we Fiatach 125. Pary. Mąż postanowił ukryć staranniej powielacz. Pozbycie się urządzenia wydawało się koniecznością. Co z tego, że zakopany? Jeśli tamtym tak bardzo zależało mogli wrócić i zabrać się do przekopywania ogrodu. Trzeba powielacz przenieść na drugą stronę rzeki i zakopać w piasku. Pomysł dobry, na pewno, chociaż ryzykowny. Poczekamy na odpowiedni moment. No i nadeszła wreszcie dżdżysta i ciemna noc. Siedzieliśmy z powielaczem w krzakach patrząc i nasłuchując. A nuż ktoś nas śledzi? Po drugiej stronie rzeki był już wykopany dół. Tu go nie znajdą. A gdyby nawet? My o niczym nie wiemy. Może wiosenne roztopy przywlokły go skądś, z daleka, a może zakopał go kto inny?
Po dwóch tygodniach, kiedy byłam jeszcze poruszona wydarzeniami, chociaż zwolna stawały się już przebrzmiałe przyjechali Maciej i Paweł. Co za niespodzianka! Przeszkadzając sobie wzajemnie opowiedzieliśmy im (z pewna egzaltacją) o rewizji, o aresztowaniu. Ale oni wiedzieli o wszystkim i przyjechali właśnie w tej sprawie. Przede wszystkim należy ustalić, kto doniósł. Ja wiedziałam, to ten milicjant Waldek, ale nikt jakoś nie chciał w to uwierzyć. Mężowi i naszym gościom najbardziej trafiło do przekonania, ze to ta ruda pani, matka chłopca była wtyczką, agentką. Protestowałam. Nie mieli przecież dowodu. Upierałam się przy wersji Waldka. Mój mąż zaprzeczył. Znał go. Podczas budowy stodoły pili razem wódkę. Ale o ty chłopcom nie powiedział. O nieostrożności z zatrudnieniem Waldka nie było mowy, no cóż, mój mąż ma swoje słabostki i do takiej lekkomyślności na pewno by się nie przyznał.
Ze strony „chłopców” dało się wyczuć niewypowiedziane, ale snujące się pomiędzy słowami pytanie; no i co myśmy tam mówili, na tej Rakowieckiej?
Wspomniałam o powielaczu, że go można zabrać. Roześmieli się. Powielacz już niepotrzebny. Teraz offset. A część druków robi się na ksero.
A co stało się z powielaczem? Mąż go wykopał, ale już bez mojego udziału. Widywałam to urządzenie to tu, to tam, aż w końcu zauważyłam, ze leży na kupie złomu.
Z samochodzikiem stało się inaczej. Zaraz po wyprowadzce drukarni schowałam go w szafie pod swetrami. To była moja pamiątka, moja osobista. Wyjmowałam go, trzymałam przez chwile w dłoni i odkładałam z powrotem Niedawno sprzątając szafę znalazłam samochodzik, ale nie było już na nim śladów palców pobrudzonych farbą.
Cienie na pobielonej ścianie poznikały dawno.











______________

LISTA NAZWISK ZAWARTA W PONIŻSZYM LINKU




Z PEWNOŚCIĄ NIE JEST KOMPLETNA.
BĘDĘ SZUKAĆ BRAKUJĄCYCH OGNIW,
 CZEKAJĄC NA PROPOZYCJE CZYTELNIKÓW.

 .